Miedzy Kalnym a Ławocznym, na samej przeleczy, napotykamy chyba najbardziej wypaśną ambone jaka dotychczas udalo sie napotkac. Nie dosc ze ogromna, to w srodku jest jeszcze stol z ławami. Na 3 osoby luksus do spania!







Nad samym Ławocznym tez stoi sympatyczna wiata z drewniana podloga i widokiem na wies.





Dzis tez poszukiwania potoczków spełzły na niczym. W koncu w Ławocznym znajdujemy jakąs "krowianke" o lekkim zapachu obornika- ale płynie i jest dosc chlodna. Przynajmniej robimy sobie pranie!

W Ławocznym jestesmy jakies 2 godziny przed planowanym przyjazdem elektriczki wiec idziemy jeszcze do sklepu na pielmieni.







Wyciagamy tez mapy i dochodzimy do wniosku, ze na Paraszke braknie nam czasu. Zeby choc miec jeden dzien wiecej. Paraszka musi wiec zaczekac a my na dzisiaj wymyslilismy sobie jeszcze wyjscie na Trościan.

A potem sie okazuje, ze elektriczka jest opozniona 40 minut! Chyba dopiero drugi raz zdarzylo mi sie na Ukrainie trafic na spozniony pociag!

Wysiadamy w Sławsku i tuptamy w strone owego Trościana. Odmawiamy wszystkim natretnym taksowkarzom, ktorzy chca nas wiesc do kurortowej dzielnicy. A potem troche załujemy bo robi sie pozno. Moze trzeba bylo jednak podjechac? Na wszelki wypadek zagladamy jak wyglada sprawa kolejki linowej- ktora ponoc jezdzi na ową góre. Poki co wszystko jest tam zamkniete na głucho, ciezko ocenic czy na amen czy po prostu jestesmy po godzinach pracy. Poza tym po linach wjezdzaja krzesełka tak małe, ze na hustawke dla kabaka to by sie nadały, ale czy nasze tłuste kupry by tam weszły to juz nie wiem. A z wielkim plecakiem na kolanach to juz calkiem tego nie widzimy.



Słoneczko juz sie chowa za góry, a my tuptamy przez dzielnice pensjonatow z postanowieniem, ze szlag z Trościanem- rozbijamy sie jak sie tylko skoncza zabudowania.



Ostatni kilometr naszej trasy to totalna masakra- prawie pionowa sciana pod wyciagiem narciarskim (schodzacy jagodziarze odradzili nam wejscie pod wyciagiem krzesełkowym ze wzgledu na nieprzebyty chaszcz)





Momentami nie daje rady isc nawet na czworakach i po prostu sie czołgam, chwytajac sie kamieni, ziół, luznego błota, ktore niestety ni cholery nie chce dawac oparcia. Kilka razy proba podciagniecia sie w gore konczy sie na zjechaniu na brzuchu i brodzie w strone przeciwną. Przypomina nam sie droga do Szatinwanku w Armenii- acz tam bylo jeszcze gorzej- bo byla skała, kolczasta roslinnosc i najprawdopodobniej węże.. Kilka razy toperz zostawia swoj plecak i wraca po moj, bo nie jestem w stanie czołgac sie z obciazeniem. Nie dziwie sie, ze na mapach nie mam znaczonej od strony Sławska zadnej drogi czy nawet sciezki. Ale wydawalo nam sie to niedorzeczne- przeciez niemozliwe, zeby z takiego uzdrowiska nie bylo drogi na szczyt! Co chwile nam sie wydaje, ze to juz juz szczyt a tu dupa... kolejny garbek..

Zabudowania na naszej drodze sie nie koncza, ale konczy sie sciezka i góra. Na szczycie jest pelno budek, baraków, wagoników, wiat i miejsc na szaszłyki. Wszystko puste. Czesc pozamykana i jakby niekiedy uzywana- przynajmniej zimą, swiadcza o tym usmiechniete twarze narciarzy na plakatach. Inne baraczki sa pootwierane, popadłe w ruine.. Na szczycie pusto, spotykamy tylko jednego mlodego chłopaka, ktory jest jakis dziwny. Na nasz widok jakby sie bardzo wystraszyl. Chyba sie nie spodziewal o tej godziny najscia turystow, na dodatek z plecakami i jeszcze nietutejszych. Chlopak robi sobie grila, gada przez telefon i jakby na kogos czekal. Pytamy go czy zna inna droge na Sławsko (zjazd tą dzisiejsza w doł moze byc jutro ..hmmm.. ciekawy..) Chłopak twierdzi, ze drogi nie zna, on nic nie wie i mine ma taka jakby chcial powiedziec "nie znam wogole zadnego Sławska, nie wiem co to droga i moze juz sobie pojdziecie bo ja sie was boje!"

Do snu ukladamy sie na werandzie jednego z budynkow. Noc jest ciepła, gwiezdzista, nawet świetliste piłki po niebie latają No wlasnie.... Poznym wieczorem jestesmy swiadkami dosc nietypowego zjawiska (przynajmniej dla nas). Widowisko wyglada troche jak spadajaca gwiazda tylko duzo wieksza. Cos jak duza, świecąca piłka. Pojawia sie nad gorami, długo leci i ma kolor zielonkawy. I znika. Rozmywa sie w powietrzu. Meteoryt? Raca? Ki diabeł?