Myślą przewodnią mojej wędrówki było przejechać jak największy kawałek Polesia, nie oddalając się od Prypeci. Na Prypecią myślałem też nocować. Mój plan, skonfrontowany z mapami, obejmował wyłącznie pierwszy dzień, a w szczególności pierwszy nocleg na Uroczysku Bereśce. Z zebranych wiadomości, miało to być miejsce, w którym da się zejść do koryta rzeki, na brzegu jest jasny i czysty piasek a tuż obok wznosi się sucha i zalesiona skarpa, na której można komfortowo biwakować.
Pomimo późnej godziny wyruszenia w trasę (ok. 9:30) oraz okropnego upału (ok. 35C), chyba cudem udało mi się tam dojechać / dopchać rower. Na miejscu już zapadał zmierzch i jedynym rozsądnym działaniem było szybkie postawienie namiotu. Rzeki, ani żadnej ścieżki, która by do niej prowadziła, nie było w pobliżu widać.
A skąd wiedziałem, że to tutaj powinno być Uroczysko Bereśce? Obejrzałem wcześniej w domu starą mapę WIG z 1931 roku, na której jest ono zaznaczone, a miejsce to przeniosłem na współczesną mapę. Napis „Ur. Bereśce” jest jednak dość duży. W przewodniku „Wołyń” G.Rąkowski pisze, że jest to przy zakręcie rzeki. Ulokowałem więc uroczysko w miejscu czerwonej kropki i tutaj - po ponad 100 km jazdy - dotarłem.



Na miejscu czekało mnie okazałe powitanie ze strony chmary komarów. Początkowo powiedziałem im, że się wcale nie boję i dumnie wyjąłem z sakwy tubę maści przeciwkomarowej. Nasmarowałem odkryte części ciała, tak, że aż były tłuste. Tutejsze komary były jednak jakieś nieuczone, bo nie poznały, co to za maść, i kąsały nadal. A jeszcze bardziej denerwujące było bzykanie koło uszu z głośnością odrzutowca.
Kiedyś podobne zakomarzenie miałem na Roztoczu. Gdy tam postawiłem namiot, komary i inne owady tłumnie krążyły wokół namiotu, ale nie wlatywały do środka. Jakiś dziwny szacunek miały dla mojego przenośnego domku. Myślałem, że tutaj będzie podobnie i namiot przez parę minut stał otwarty. Gdy położyłem się spać, wewnątrz jakby zawrzało i złośliwe stado zaczęło mnie obzykiwać i podgryzać. Zacząłem najpierw walić się po głowie, szyi, rękach i nogach. Potem tłukłem je na wewnętrznej ściance namiotu. Po niektórych pozostały krwawe plamy. I po tych kilkudziesięciu zamordowanych komarach, spokojnie zasnąłem. W nocy wydawało mi się, że słyszę niosące się po wodzie i ukraińskie śpiewy, ale po takim morderczym dniu i wieczorze, różne rzeczy człowiekowi się mogą przyśnić.