Na grzbiet udało nam się wdrapać w miarę łatwo, grzbietem zaś początkowo prowadziła nas nikła ścieżka.
Wyprowadziła nas jednak (dosłownie!) w maliny i... znikła. I znów krzaczory, tak jak dzień wcześniejWędrowaliście kiedyś przez wielkie malinisko, z krzakami powyżej głowy? Interesujące przeżycie...
Nie na tyle jednak, by grzbietu nie porzucić i nie cieszyć się z otwartych przestrzeni w dolinie.
Drugi raz zostaliśmy zmuszeni do porzucenia grzbietu i kontynuowania wędrówki polnymi drogami. Do Rozłucza nie było już daleko, tym razem udało nam się zasiąść w restauracji hotelu Sobin i zamówić wybrane dwa dni wcześniej smakołykiA potem droga powrotna, trzy godziny na granicy i gwałtowna burza z oberwaniem chmury pod Dynowem. Ale to już inna historia
![]()





Odpowiedz z cytatem