A nie możecie trochę jeszcze poczekać i zamknąć dopiero po mojej wizycieOd lat się do Was wybieram i dotrzeć nie mogę. Także proszę jeszcze o cierpliwość
Tak serio - jest mi co najmniej równie przykro co kol. don Enrico. Myślę, że wielu ludzi, którzy chodzą po górach i trzymają się jakichś zasad czy norm współżycia społecznego, ma podobne spostrzeżenia co on. Ba - wcale nie trzeba jechać w góry! Wystarczy przejechać się pociągiem na jakiejś dłuższej trasie. Np. ja wczoraj jechałem z Rzeszowa do Wrocławia. Przykłady braku empatii, myślenia tylko o sobie, a nie o innych, lekceważenia przepisów itd. mógłbym tu wymieniać długo. Tylko po co, skoro nie zmieni to postępowania coraz większej liczby osób w Kraju nad Wisłą i Odrą? Podobno Polska jest katolicka. Jeśli tak wygląda w praktyce polski katolicyzm, jak to co widziałem i słyszałem wczoraj stojąc na korytarzu pociągu relacji Przemyśl-Berlin, to ja bardzo dziękuję [wczoraj była niedziela, jakby ktoś nie pamiętał]. To naprawdę jest dołujące... Cóż, parafrazując Mikołaja Kopernika, który sformułował prawo, iż słaby pieniądz wypiera dobry, można orzec, że współcześnie w naszych górach turysta typu roszczeniowego ("ja jestem centrum świata") wypiera turystę dawnego typu. Nie pozostaje już chyba nic innego poza wspominaniem z sentymentem dawnych czasów. Kto pamięta Bieszczady sprzed 30, 20, a może choćby i 10 lat, chyba zgodzi się ze mną, że było w nich choć trochę pod wieloma względami lepiej. To świat, którego już nie ma...
Mając niejakie doświadczenia z pobytów w Niemczech i Czechach (w tych drugich także sporo wędrówek po górach), również nie sposób nie podpisać się pod słowami don Enrico. Można by poszerzyć jego diagnozę o dodatkowe pozycje. I to nie tylko dotyczące turystyki, ale i np. mentalności czy zachowania w górach. Temat-rzeka na osobny wątek.




Odpowiedz z cytatem