Zanim pojawi się dalsza część relacji, to chcę wyjaśnić na czym polega nasza społeczna działalność. Mieszkamy w małej miejscowości i w większości pracujemy zawodowo choć prawie każdy posiada po dziadkach i rodzicach jakieś hektary. Już dawno tak nie ma, że wszyscy mieszkańcy jak na komendę robili to samo, w polach było ciasno od ludzi i zwierząt a w wolne dni ludzie spotykali się i gościli. Teraz jest tak, że każdy żyje inaczej, zarabia jak może i praktycznie nie ma czasu a z sąsiadami widzi się przez szybę samochodu. Do tego dochodzi emigracja.

My postanowiliśmy coś zmienić. Urosło takie pokolenie, które ma tyle energii, że ciasno mu w opłotkach. a wojny na sztachety są niemożliwe, bo ochrona na dyskotece Brand Music Club(mamy) bije pierwsza. Powołaliśmy do życia Stowarzyszenie na Rzecz Rozwoju...i tu nazwa wioski...coś jakby dawne Koło Gospodyń Wiejskich ale rozszerzone, już "unijne". Ktoś z boku może uśmiechać się z politowaniem, że to błazenada ale to działa. Sam nie mogę pojąć skąd w ludziach tyle dobrej energii i że jeszcze się chce.

Wycieczka w Bieszczady jest jedną z konsekwencji tej działalności. Już po pierwszym wyjeździe okazało się, że taki sposób niekonwencjonalnej integracji jest nam bardzo potrzebny.
To i jeszcze inne przedsięwzięcia powodują, że stajemy się sobie bliżsi, coś jakby duża rodzina a poza tym pani prezes(Kaśka) stwierdziła, że skoro się lubimy to i robimy. I tyle.