Następnego ranka jakoś się pozbieraliśmy i dziarsko wystrzeliliśmy na rakietach ze schroniska dając nura w gęste mleko rozlane na pewno po najbliższej okolicy a nie wykluczone, że i po dalszej.

Jakieś niewyraźne ludzkie cienie lazły przed nami więc starając się nie dopuścić do zwarcia w mózgownicach, spowodowanego zbyt nagłym i zbyt wczesnym wysiłkiem parujących zwojów, ruszyliśmy gnani instynktem stadnym za rozpływającymi się w mgle sylwetkami. Mieliśmy atakować szczyt a tu po chwili zaczęło się dość ostre zejście. Co jest grane? Pewnie jakieś wahnięcie terenu, jakaś przełęcz przed właściwym podejściem! Tylko dlaczego nie ma jej na mapie? I kompas też sugerował, że kontynuowanie wędrówki w obranym kierunku nie jest dobrym pomysłem. Targani niepokojem i ostrymi podmuchami wiatru próbowaliśmy rozwikłać tą zagadkę. Zwołana naprędce rada starszych postanowiła zasięgnąć języka u nadchodzącego z przeciwnego kierunku turysty. Okazało się, że instynkt stadny wyprowadził nas na manowce, gdyż gdzieś tam wysoko, w niewidocznej dali znajdowało się rozwidlenie szlaków, którego jakimś cudem nie zauważyliśmy.

No to w tył zwrot i śmigamy do góry przekonać się czy to prawda. Czujni jak Indianie na wojennej ścieżce wkrótce wytropiliśmy rząd dwumetrowych tyczek odchodzących we właściwym kierunku.
Dumbier 11.jpg
Nie spuszczając złapanego tropu z oczu wspinaliśmy się coraz to wyżej i wyżej by w końcu dotrzeć na szczyt
Dumbier12.jpg
Troszkę odsapnęliśmy i ruszyliśmy z powrotem. Jak już byliśmy blisko schroniska zaczęło tu
Dumbier 13.jpg
i tam
Dumbier13.jpg
i siam
Dumbier14.jpg
troszkę się przecierać. Nie minęło kilka chwil a zrobiło się już całkiem fantastycznie
Dumbier15.jpg
Cóż było robić – wracamy na szczyt!