Jak można było przewidzieć, nastał nieunikniony dzień czwarty.
Czując we wszystkich członkach dni minione, z niechęcią podnosili powieki i z ociąganiem opuszczali swe legowiska.
Cóż mieli począć, słońce było już wysoko i bezlitośnie przebijało tropik kumulując swą moc wewnątrz.
No dobra, dziś zrobimy lajtowy dzień, powiedział kierownik wycieczki patrząc ponuro na swych podopiecznych.
Po czy powiódł niczego nieświadome niebożęta do Cytadeli Ponoru.
Do miejsca gdzie czekały na nich już tylko mrok, chłód, obślizgłe kamulce i łańcuchy...
Fragment z "Kronik Coshida", autor nieznany.