Byłem na Pikuju, da się objechać za jeden dzień. Jedną niewiadomą jest czas, jaki trzeba będzie stracić na granicy, a drugą - drogi. Wjechaliśmy przez Krościenko, poszło szybko, tylko 30min. Przejazd do Bilasovytsy również bez problemów, w 2 miejscach zauważyłem, że po skręceniu z drogi głównej kawałek od skrzyżowania podrzędna jest wogóle bez asfaltu - albo kocie łby albo szuter. Po drodze widziałem wiele cerkwi i kapliczek, wszędzie błyszcząca złota i srebrna blacha na pokryciu. A my kiedy kłóciliśmy się o blachę miedzianą na kapliczce paryszowskiej...
Z Bilasovytsy zrobiliśmy pętelkę - wejście w kierunku zachodnim szlakiem zielono-żółtym, zejście z Pikuja w kierunku NE przez Koszaryszcze. Jakbym miał komuś polecać to jednak trasa którą wchodziliśmy jest lepsza, po drodze źródełko z cudownie zimną wodą. Wrażenia z góry pozytywne, takie nasze Bieszczady zanim większością zawładnął park. Można było robić wszystko, ale człek ma już wbite do łba, by iść tylko ścieżką. Borówek mnóstwo, jednak jakieś takie niesłodkie, co nie przeszkadzało w ciągłym ich próbowaniu i uniuraniu się ich sokiem. Po zejściu do wsi na wyciągnięcie ręki dorodne okazy Barszczu, te z Zawadki czy Płonnej się nie umywają.
Powrót był przez Ublę, bo liczyłem, że będzie mniej oblegana niż Krościenko (i może tak było?). To była jednak droga przez mękę - 100km drogi miejscami będącej w stanie bardziej zdegenerowanym niż przez Żydowskie. Do tego było zaraz po solidnej burzy i wszystkie dziury były wypełnione wodą, niepozwalającą ocenić ich głębokości. Decyzję o miejscu przejazdu trzeba było podejmować w ułamku sekundy, korzystając z całej szerokości drogi. I stąd nie dziwnym było spotkanie z pojazdami z naprzeciwka, zjeżdżającymi na swój pas 50m przede mną - było to bardzo bezpieczne, bo prędkości oscylowały koło prędkości marszowej. Parę razy było hamowanie do zera, wsteczny i szukanie innego przejazdu, bo mózg nie nadążył. Modliłem się, by dojechać wreszcie do Słowacji...
W Ubli ukraińska strona szybko, a Słowacy to na pewno na akord nie robili. Dwa pasy samochodów, w każdym poniżej 10szt, zeszło ponad 2h przy 34st C. Nie mam zielonego pojęcia, z czym im tak długo schodziło, na pewno nie z wykrywaniem przemytu bo sporo fajek czy spirytu mógłbym przewieźć przy takim ich zaangażowaniu. W sumie to byłem chyba jedynym frajerem, który nie miał ze sobą fajek, spirytu czy paliwa. Celniczka słowacka nie wierzyła i pytała po parę razy (albo nie rozumiała moich odpowiedzi).
Droga przez Słowację to poezja - ruch jak na Ukrainie, jakość dróg jak u nas.
Podsumowując - Ukraina zawsze jawiła mi się jak ziemia obiecana dla turystów, z brakiem ograniczeń co do wędrówki i pięknymi widokami. I tak jest.
Ale moje zainteresowanie tym kierunkiem trafił szlag. Po co mam się męczyć na ich drogach i marnować czas na granicy? Równie ciekawe wycieczki zorganizuję sobie po BN czy wschodniej części Słowacji i podczas nich będę cieszył się taką samą pustką i samotnością.
Może mógłbym się przygotować lepiej do wyjazdu, popytać o jakość dróg i którędy jechać, ale ostatnio miałem wrażenie, że lepiej szukać w internecie niż tu pytać na forum...


Odpowiedz z cytatem