Byłem w lipcu tego roku w Bieszczadach. Nie było żadnych przygotowań, miałem co innego zaplanowane. W innym kierunku kraju miałem się znaleźć. Krewna zza Wielkiej Kałuży, porwała mnie do Berezki. Pełne osiem dni jeździliśmy, szlajaliśmy się po wertepach, obwodnicy dużej i małej. Wleźliśmy na zaporę i do jej wnętrza. Podreptaliśmy po kocich łbach galicyjskiego rynku, weszliśmy do wnętrza paru chyż i cerkwi. Odwiedziliśmy Synagogę i kirkut w Lesku. Byliśmy na koncercie "Pod Caryńską". Pokłoniliśmy się Łopieńskiej Pani. Wczłapaliśmy się na Połoninę Wetlińską. Zaliczyliśmy jeszcze kilka innych atrakcji. A wszystko to przy codziennej mżawce i braku możliwości podziwiania widoków. Czy to była wyprawa, wycieczka, wyrpa, a może wypad???