A wokoł karpackie widoki… tak… teraz jeszcze nie mamy swiadomosci, ze nie naogladamy sie ich na tym wyjezdzie zbyt wiele…

Powoli wspinamy sie na łagodne wzgorza obrosniete domkami licznych przysiółkow. Gęsta zabudowa miasteczka zostaje daleko w dole. Czasem nam cos pokapuje na głowe, ale upał i duchota są tak ogromne, ze ubierajac kurtki automatycznie robimy sie jeszcze bardziej mokrzy niz od lekkiego deszczu. Chowamy kurtki. Pogoda jest jak w tropikach czy innej palmiarni. Wilgoc i przyducha… Wyzsze góry zamykające horyzont raz po raz przysłaniają chmury oplecione wianuszkiem błyskawic..















Tam gdzie koncza sie zabudowania stoi wiata. Probujemy przeczekac w niej burze, ale burza chyba wie, ze wlasnie znalezlismy schronienie. Zatrzymuje sie wiec i czeka. Odciążamy plecak z 2 litrow kwasu i żalując, ze nie kupilsmy go wiecej podążamy dalej.





Widoki spod wiaty.





Trasa za wiata staje sie bardzo monotonna - leśny tunel i ciagle mocno pod gore. Cały czas wokół chodzą burze i napierdzielają piorunami. Nad nami niebo jest w miare pogodne. Idziemy jak w oku cyklonu.

Droga jest bardzo rozjezdzona, błotnista, czesto na cała jej szerokosc są kolorowe jeziorka, zarosłe jakims glonem czy po prostu wypelnione błotem o takiej barwie.







Mijamy ekipe na kładach (mozna wypozyczyc we wszystkich miasteczkach u podnoza), dwoch grzybiarzy chwalących zbiory i jagodziarza z pustym koszykiem.

Samotne gospodarstwo na lesnej polanie.



Źródełko przy zwalonym drzewie.





Przez chwile naprawde myslalam, ze to jakas postac!



Krzyz na zboczach Worochtianskiej - bez opisu czemu stoi akurat tutaj… "Pewnie piorun kogos walnął" - kwituje toperz… Taaaa… wszechobecne grzmoty zdają sie do nas przyblizac…



Kapliczka na jednym z pagórków.