Docieramy w koncu na Połoninę Ryżą - wreszcie wiekszą łąke z jakims widoczkiem i co najwazniejsze - z chatką!
Gdy zblizamy sie do chaty przystaje i robie zdjecia - fajnie mgły sie gdzies tam nad gorami układają.
Toperz wyrywa do przodu. Dzieli nas moze 100 metrow? Moze 200? Nagle miedzy nami w ziemie uderza mini piorun! Powietrze rozcina błyskawica o długosci gdzies 3 metrów. Dokladnie uderza w srodek sciezki miedzy nami i znika. Grzmot tez sie pojawia, ale dopiero za jakies 15 sekund. Na ziemi nie ma zadnego śladu. Dziwne zjawisko...
Troche sie obawiamy czy nie zastaniemy w chacie stada owiec wraz z opiekunami, ale domek jest pusty.
Chatka jest bardzo przytulna, ma ławeczki na zewnatrz, zadaszony balkonik, w srodku dwa pomieszczenia, z czego jedno z paleniskiem. Nie ma innej opcji - zostajemy!
Źródełko ciurczy w lesie nieopodal.
Dach nie jest w najlepszym stanie - chyba troche cieknie - wszedzie wewnatrz sa rozwieszone grube folie.
Burze, widzac, ze znalezlismy chatke znowu odpuszczają. Odchodzą gdzies ku wyzszym szczytom na horyzoncie. Nie milkną jednak zupelnie. Ich daleki pomruk towarzyszy nam cała noc. Choc niebo nad nami robi sie pogodne. Wyłażą gwiazdy, widac nawet mini wozik!
Układamy sie w pachnącym dymem i wędzonką pomieszczeniu i śpimy chyba 12 godzin. W bacówkach zawsze dobrze się śpi! Około 10 budzi nas słońce przeciskające sie miedzy belkami chatki, a czasem wieksze smugi wpadają przez wyleciałe sęki.
Ostatni rzut oka na miłą łączke, ktora udzieliła nam dzis schronienia...
cdn


Odpowiedz z cytatem

