Na Bukowince pojawia sie “okno pogodowe”. Trwa chyba 3 minuty! Rzucamy plecaki w błoto i gnamy na szczyt. Moze zdążymy? Rozwiewają sie nieco chmury. Mozna zrobic kilka zdjec. Mozna zobaczyc jak ładne widoki mogłyby nam tu towarzyszyc gdybysmy mieli wiecej szczescia…















Jest 19:30. Deszcz tylko pada a nie leje jak z cebra. Wykorzystując ten moment stawiamy namiot.

Tu kazda górka jest jakas wyspecjalizowana zwierzęco. Jedna była owcza. Potem dwie krowie. Bukowinka jest zdecydowanie końska.



Biega ich tu wielkie stado z dzwoneczkami na szyjach, rżą, skaczą, kopią sie nawzajem. Widać mają swoje wewnatrzstadne porachunki. Mam nadzieje, ze nie stratują nam namiotu bo ciagle przebiegają obok. Nawet mysle czy by nie postawic go w lesie - ale tam jest jedno wielkie bagno…

Ledwo włazimy do namiotu to zaczyna lać. Jak z wiadra. Uszczelniamy namiot workami bo pod naporem tych setek litrow wody zaczyna cieknąć i z góry i podmakać od spodu. Zasypiamy, marząc o sloncu, leżeniu na wygrzanych, stepowych łąkach wsrod morza gorskich szczytów…

Poranek nie zwiastuje poprawy pogody. Czekamy. Koło 12 potoki deszczu przechodzą w mżawke. To chyba nasza szansa aby opuscic to, jakze przytulne, miejsce.



Włazimy w las. I tu sie zaczyna.. Jakby wejsc pod wodospad. Poki co jeszcze nigdy mi nie przemokł moj gumowy wędkarski płaszczyk… Do dzisiaj.. Woda wdziera sie wszystkimi szwami i miedzy zatrzaskami. Wpływa gdzies z boku pod kaptur (nie mam pojecia skad!) i zalewa oczy. Czuje sie jak na basenie, gdy obok ktos przeplywa delfinem! Mogłam sobie zabrac takie okularki do pływania! Czemu nikt nigdy nie poruszył na forach przydatnosci tego sprzetu w górach? Czlowiek by widzial gdzie idzie i nie wpadał na drzewa! Potoki wody spływają tez po spodniach i wlewają sie do butów. I co z tego, ze but nie przemaka? To jeszcze gorzej - bo woda przesiaka po spodniach i skarpetce, wpływa do buta górą, wypelnia go od srodka i juz tam zostaje. Toperzowi to przynajmniej wpływa i wypływa. A moje buty ważą chyba po 5 kg. Pare razy sie zatrzymuje aby wylac wode… Woda pełznie tez po nogawkach spodni do góry. A tak miło było miec chociaz suche gacie! Plecaki tez juz całe ociekają, pokrowce sie tez dawno poddały. Wiele ulew spotkalismy w gorach ale czegos takiego jeszcze nigdy. Coby taka intensywnosc opadu trwała tak długo. Kurde, jakas pora monsunowa czy jak?

Gdzies pod lasem we mgle majaczy ksztalt, ktory sugeruje, ze moze posiadac dach. Idziemy. To wiata. Ale i ona nie oparła sie deszczom. W srodku taki sam basen jak i na zewnatrz.



Obok kręci sie dwoch grzybiarzy. Mówia, ze wracają do domu. Do dupy z takimi grzybami. Ani ich suszyc ani marynowac. Wszystko gnije. Niwa dzis ugrzęzła 3 razy. Ani te błota ominąc ani brac z rozpędu. Teraz jeszcze cos pozalewało w silniku i cos tam wycierają szmatami i uszczelniają workiem. Tylko koniaczek ratuje sytuacje. Na szczescie mają go sporo i chetnie sie dzielą. Pytamy o progozy pogody. “Tak bylo i tak bedzie. Takie lato”. Wiec chyba nie ma sensu probowac przeczekiwac dzien, dwa w gorach z nadzieją na poprawe… Grzybiarze nam jeszcze opowiadają, ze kawałek dalej jest wagonik gdzie mozna sie schronic a dalej knajpa. Wydaje sie nam to niemozliwe ale sie rozglądamy.

Jest kapliczka. Zbyt mała aby w niej spac…





Wagonika nie widzielismy w ogole.

Bacówke mijamy. Tu mają wszystko - konie, krowy, owce. Podchodzimy. Mają tez dwa psy. Zawracamy. Pasterzy nie widac. Pewnie siedzą pod dachem z parasolem w jednej ręce i flaszką w drugiej…



Zastanawiamy sie czy juz im gniją owce, tak jak ktorejs wiosny w Armenii. Albo te karpackie juz nawykłe do wilgoci?



Gdy wracamy od bacówki, drogą powyzej przejezdza niwa grzybiarzy… Niech to szlag! Chyba stracilismy szanse na jedynego dzis stopa…

Deszcz sie nasila. Nie sądziłam, ze to mozliwe - a jednak..

Na poloninie Kunikliwa stoi kapliczka. Wyglada jak żelazny bunkier. Chowamy sie do srodka. Jest ciasno nawet jak stoimy, siasc nie ma szans. Ale przynajmniej chwilowo mozna odetchnac od wszechobecnych potoków wody. I wtedy slyszymy pomruki zblizajacej sie burzy. Ciekawe w co najchetniej walą pioruny na tej łace??





Drogi sie coraz mniej nadają do chodzenia. Stwierdzenie “lawiny błota” nie jest juz tylko przenosnią...





Odpuszczamy sobie odcinek do Mikuliczyna. To nie ma sensu... Moze kiedys? Moze los i okolicznosci beda laskawsze dla wędrowcow?

Stromą skarpą, z walącymi drogą potokami, zjezdzamy na tyłkach w strone Tatarowa.





Ponure lasy wsrod karpackiej pizgawicy...



Napotkani grzybiarze nas ostrzegają, ze zerwalo mostek na jednym z potokow - i zeby nie probowac isc po jego resztkach. Jeden z ich ekipy, na oko 10 letni chlopak, ześlizgnal sie z połamanych desek i wleciał jak długi do wody. Teraz idzie na połoniny zły, mokry i nieco pobijany. Ale biorąc pod uwage rodzaj opadu i nawierzchni - jego towarzysze beda zaraz prezentowac sie tak samo.