Przekraczamy potok Tworylczyk, którego dolinką jedziemy lekko pod górę.
Potem podjazd na mały grzbiecik i zjazd do Tworylnego z widokiem na Otryt i dolinę Sanu, który będzie nagrodą za dotychczasowe zmagania.
Zjeżdżamy komfortowo w dół po wykoszonej łące.
Najpierw mamy poszukać cmentarzy. Okazuje się, że nie trzeba szukać. Są oczyszczone z krzaków i ogrodzone.
Kolejnym obiektem zainteresowania miała być podmurówka po niemieckiej strażnicy. Droga, która obok niej przechodziła, jest teraz zatarasowana zwalonymi drzewami. Limit przenoszenia rowerów przez drzewa mamy już wykorzystany, obchodzimy teren łagodnym łukiem od wschodu. Widać jakiś pagórek, który pewnie jest zarośniętymi fundamentami, ale dużego zapasu czasu nie mamy, odpuszczamy strażnicę na rzecz dzwonnicy. Tę znajdujemy bez problemu, bo wystaje nad krzaki;-)
Piwnice dawnej kaplicy.
Zjeżdżamy nadal w dół doliny, staramy się nie wpaść w zasadzki, przygotowane przez bobry. Trzeba więc cały czas odbijać w prawo, przedzierając rowery przez kolejne dopływy głównego potoku. Ten potok wprawdzie nie ma nazwy, ale dopływy ma
Po drodze przystajemy przy kultowej jabłonce. Ma od lat takie pousychane i powykrzywiane gałęzie, a ciągle rodzi rumiane jabłuszka.
W dolinkach dopływików rosły różne kolczaste krzaki. Przepychając przez nie rowery ponieśliśmy drobne straty. Mnie się upuściło trochę krwi z przedramienia a Pawłowi przedziurawiła się dętka. A stało się to już w miejscu, gdzie niechcący weszliśmy na teren rezerwatu Krywe. Przykro nam było, bo mogliśmy w ten sposób zestresować miejscową zwierzynę, która na pewno zmartwiła się naszym nieszczęściem. Wprawdzie było to w miejscu, gdzie do rzeki zjeżdżają wielkie traktory, ale do traktorów to się już miejscowa zwierzyna przyzwyczaiła. Dętkę udało się szybko wymienić i zwierzyna odetchnęła z ulgą. Gdyby to opowiadanie czytała taka jedna Lucyna, co tu (na forum) kiedyś była a teraz jej nie ma, to nie zostawiłaby na nas (za ten rezerwat) suchej nitki!
![]()


Odpowiedz z cytatem