Zdjęcie obrazuje armagedon sprzed dwóch tygodni. I to jeszcze nic - takie same sznury samochodów stały wzdłuż drogi w jedną i drugą stronę od przełęczy, tak jednej jak i drugiej. Też wtedy byłem w Bieszczadach i z bezpiecznej odległości obserwowałem ludzkie mrowie na wszystkich połoninach.
Ja łaziłem sobie po swojemu i tylko na chwil kilka wyszedłem na jeden ze szlaków, taki całkiem boczny, na którym spotkałem tylko troje turystów. Schodząc do obwodnicy słyszałem przez ostatnie ponad pół godziny drogi, jednostajny szum/warkot silników. Z lasu wylazłem na zakręcie szosy i chciałem złapać jakiegoś stopa, bo autobus uciekł mi ze trzy kwadranse wcześniej. Wiadomo, że na zakręcie łapanie stopa to głupota więc podszedłem pół kilometra na prostą, gdzie znajdował się przystanek autobusowy. Stanąłem na jego początku, żeby ewentualny dobroczyńca mógł spokojnie wyhamować i zajechać w zatoczkę. Samochody jechały całymi stadami, tak po kilka, kilkadziesiąt sztuk i zanim ostatni znikał pojawiał się pierwszy z kolejnego ciągu. Macham i macham, i macham…Tak mniej więcej połowa była zajęta przez trzech i więcej pasażerów ale druga połowa to tylko dwóch z przodu. Z upływem czasu jakoś tak mi się za tych ludzi wstyd zaczęło robić, za ich zachowanie, brak zrozumienia i chęci pomocy. Masa ludzi a człowieka ani jednego. Po kilkudziesięciu minutach w końcu znalazła się dobra dusza, która podrzuciła mnie do Leska. Raz tylko, przed kilkoma laty tyle stałem łapiąc stopa ale wtedy przez jakieś 40 minut przejechały tylko trzy samochody, z których dwa były zapełnione a trzeci mnie zabrał. Teraz przejechało ich co najmniej trzysta. I jeszcze jakiś pustak wielce zadowolony ze swojego wysublimowanego poczucia humoru mi odmachuje z pustego samochodu. Co to za gatunek? Niech mi ktoś powie, że ci ludzie wiedzą co to Bieszczady, że czują klimat, że cokolwiek wiedzą o tej ziemi. Strach pomyśleć co to będzie dalej. A wszystko przy zadowoleniu i poklasku Bieszczadzkiego Parku Narodowego, który turystów plecakowych ma za wrogów ale parkujących samochodów na łąkach poza parkingiem jakoś nie zauważa. BdPN jakoś też nie zauważa przekroczenia określonych we własnym regulaminie limitów turystów wchodzących jednego dnia na dany szlak. Na Tarnicę ludzie wchodzili w kolejce i jak ktoś przystanął złapać oddech to reszta kolejki sunąca za nim automatycznie musiała się zatrzymać i poczekać aż ten ktoś ruszy dalej. Ale nie można powiedzieć, że Park nic nie robi – przecież dla wygody i dobrego samopoczucia prawdziwych turystów wyda kilka baniek na modernizację schroniska na Połoninie Wetlińskiej, dzięki której już nie będzie schroniska i noclegów, bo po co mają nocować jakieś takie brudne i może z gitarami, ale będzie sala w której po wspięciu się z parkingu można będzie sobie usiąść i odpocząć przed ciężkim powrotem do samochodu. Po rozebraniu schronu w Negrylowie, spaleniu w ramach ekologicznej rozbiórki schroniska w Suchych Rzekach przyszła kolej na likwidację schroniska na Połoninie Wetlińskiej. Brawo wy …(dowolny wyraz można sobie wstawić w miejsce kropek).

Parkowe władze niby ciągle myślą jak ograniczyć ruch ale jak widać tylko udają, że im na tym zależy.
A ja widzę prosty sposób: jest Park, który ma swoje granice, więc postawić za Wetliną, za Nasicznem, za Bereżkami szlabany i koniec jazdy, dalej prosimy pieszo (oczywiście z wyjątkiem miejscowych). Myślę, że ruch zmalałby co najmniej o połowę a schodki z Wołosatego na Tarnicę nie byłyby potrzebne.