c.d.
Banduryk westchnął tylko i odłożył instrument.
- Widzicie Panie , w taką zadymkę z sercem na dłoni przyszedłem.
- Serce może i przyniosłeś ale trzos to ci chyba nieźle przewiało – wtrącił zajezdnik
- przysłuchujący się rozmowie .
- Wracałem podobną porą , droga wypadła mi przez odległą i pustą połoninę .
Śnieg nie sypał zbyt obficie więc nieśpiesznie podążałem w doliny. Tam łatwiej jakiś nocleg
znaleźć i po odpoczynku dalej wędrować . Jak wiecie nie jest to moja ulubiona pora na podróże.
Cenię sobie ciepło swego siedliska i niechętnie z niego rezygnuję. Miałem jeszcze dwa dni drogi
do domu więc nocleg gdzieś , był nieodzowny.
Koń powoli acz miarowo przedzierał się przez kopny nawiany śnieg . Z lewej strony pod szczytem zauważyłem nieduży śnieżny wir . Mimo niewielkiego wiatru kręcił się jak wrzeciono
przemieszczając się w różne strony . Po plecach poczułem spływający mi zimny pot – to był zawij .
Złośliwy i uparty byt czerpiący dziką radość z możliwości zaszkodzenia komuś .
Bywało że i śmierć przywołać potrafił . Tymczasem umykałem cichcem mając nadzieję
że mnie nie dostrzeże . Ale gdzie tam . Kątem oka dojrzałem jak z objęć śnieżnego wiru
wyrwał się stary głośno kraczący kruk i jak czarna zjawa poszybował w dal.
Nim to widocznie zajmował się złośliwy zawij . Dostrzegłszy mnie porzucił zmęczone ptaszysko.
Począł kręcić się dookoła , zrazu dalej i wolniej potem coraz bliżej . Koń zastrzygł uszami i
trwożnie zarżał . Wokół zaczęło wirować coraz więcej śniegu . Zamazał się horyzont , wzrok
nie przebijał śnieżnej zamieci . Zdałem sobie sprawę że straciłem orientację . Liczyłem że koń
w tej zawiei sobie poradzi i wyniesie cało nasze głowy. Niestety , zwierze oślepione zewsząd atakującą zadymką , puszczone wolno , bezradnie kręciło się wkoło .
Trwało to już dobrą chwilę i nie zanosiło się na jakikolwiek ratunek
-Ale przeżyliście , wszak was widzimy – wyszeptała mimowolnie córka zajezdnika .
-No w końcu przypomniałem sobie że zawij odpuści kiedy rzecz jaką , w szczególności cenną
porwać potrafi .
Nie namyślając się długo wydobyłem z sakwy chustę prześliczną w modre kwiaty zdobioną .
Potrzymałem chwile na wietrze po czym wypuściłem . Porwana , poszybowała w zapadające
ciemności. Wraz z nią przepadł i zanikł wściekły powietrzny wir.
Na śniegu dostrzegłem szeroką wydeptaną przez jelenie ścieżkę . Nie mając innego pomysłu
podążyłem za nią . Wyszło mi to na dobre bo po ich śladach trafiłem na pasterską kolibę .
Zwierzęta odwiedzały ją szukając resztek soli , pozostawionej przez wypasników a używanej do
dokarmiania bydła. Mając jako taką osłonę , spokojnie spędziliśmy noc.
Do dziś niemile wspominam moją bezradność wobec złego .


Odpowiedz z cytatem