Na początek errata: w podpisie mojego ostatniego zdjęcia jest „1668”, a powinno być „1662”.
Po pokonaniu kilku śnieżno-lodowych zasp na płaju wychodzimy na przełączkę pomiędzy Wielkim Wierchem a grzbietem w stronę Stija. W gęstej kępie jagodowych krzewinek chowamy swój ekwipunek. Dalej marsz na lekko.
Są miejsca gdzie śniegu jest bardzo dużo.
Ale jest zwięzły i idzie się po nim bez zapadania. Spora część trasy jest przetarta. Dużo jest też odcinków ścieżki bez śniegu. Optymalny mix. Do tego słońce, przyjemne ciepełko, bezwietrznie.
Rzut oka wstecz pokazuje nam Wielki Wierch z płajem, którym szliśmy.
Śniegu znacznie mniej, ale to południowe i zachodnie stoki.
Północne stoki Stija prezentują się okazale i groźnie.
Z bliska podziwiamy wspaniałe nawisy śnieżne na grzbiecie południowo-wschodnim Stija.
Im bliżej szczytu tym gorsza pogoda. Na samej kulminacji dopadają nas kolejne zadymki śnieżne. Szczęśliwie krótkotrwałe. Niewiele rzeczy uchowało się po dawnych pieczarkach.
Spod śniegu wystają fragmenty kolistych podmurówek
Sporo wystającego z podłoża drobnego żelastwa. Od czasu do czasu mimo zachmurzenia widać coś dalej – tutaj ponad głównym grzbietem Borżawy zaśnieżone: Kamionka, Piszkonia i ramię Topasa z P. Krasnej
Parę kroków na południe od szczytu znajdujemy najpokaźniejsze trofea
Schodzimy z powrotem przy lepszej pogodzie.
Robi się tak przyjemnie, że trochę dalej zatrzymujemy się na nasłonecznionym, jagodowym stoku. Jest stromo, półleżąca pozycja jest całkiem naturalna i sprzyja relaksowi, ale trzeba uważać bo...
... przestrzeni pod nami nie brakuje…
Rzut oka do tyłu na Stija i naszą trasę
Przyglądamy się bliżej ruinom koszar na południowo-wschodnim ramieniu Stija.
Było już o nich wspomniane przez Wojtka Pysza w tym miejscu http://forum.bieszczady.info.pl/show...ia-wzi%C4%99ta
Jeszcze jeden widok na Płaj.
Mimo coraz gorszej widoczności akurat w tym kierunku widać teraz najdalej – po raz pierwszy i jedyny na tym wyjeździe polskie góry!
Obchodzimy Wielki Wierch od wschodu. Maszerujemy w coraz większym wietrze, który na Małej Himbie zamienia się w wichurę. Nie ma mowy o rozbijaniu się w tych warunkach gdzieś na grzbiecie, czy blisko niego. Spadamy na południe cały czas szukając czegoś w miarę płaskiego. Na jednym z takich miejsc podczas próby rozłożenia namiotu wiatr łamie nam jeden maszt. Zostawiam Marka samego z „tą kupą nieszczęścia” i schodzę aż do granicy lasu, ale nie udaje mi się nic znaleźć. Wracam pod górę i po dłuższej chwili znajdujemy zarośnięty wąski płaj, a w zasadzie wąską ścieżkę. Przenosimy się tu, reanimujemy maszt wykorzystując wszystkie zasoby taśm klejących i lepiących jakie mamy w apteczkach. Wyglądało to beznadziejnie, ale mniejsza o wygląd. Najważniejsze, że się trzyma. No i próbujemy to wszystko postawić na wietrze. Udaje się za którymś razem. Dociążamy wnętrze plecakami i własnymi cielskami i już nie wychodzimy do rana. W nocy wieje jeszcze mocniej! Parę razy wichura przyciska nam strop namiotu do twarzy. Wszystko trzeszczy, chwieje się, ale wytrzymuje!
Rano cisza aż dzwoni w uszach… Co było to było… ale widoki spod samego namiotu są przednie!
Wdrapujemy się na grzbiet. Widoczność mocno ograniczona. Za to do woli możemy podziwiać wspaniale kłębiące się chmury…
… spod których czasami wyziera gdzieś niżej inny, słoneczny świat.
(Inne ujęcia tego tematu wg. Bartolomeo tutaj http://forum.bieszczady.info.pl/show...-Mi%C5%BChirja)
cdn



Odpowiedz z cytatem
Zakładki