Wracam więc spokojnie przez Szeroki Wierch. Gdybym nie wiedział dlaczego "Szeroki" to bym już wiedział



Kłębi się i nade mną i przede mną, ale przede wszystkim za mną. Tarnica się gotuje i kipi, błyszczy w słońcu albo otula welonem.



I jak tu iść patrząc jednocześnie przed siebie...



... i za siebie?



Siłą rzeczy koncentruję się jednak, z żalem, na tym co przede mną.



Czasem z zadymki wypryśnie Caryńska z Wetlińską...



czasem Wielka Rawka z młodszą siostrą. A ja idę, patrzę i cieszę się słońcem. I niespodziewanie dochodzę do znaku, który straszy mnie końcem spaceru.



Teraz trzeba jakoś do auta w Wołosatem wrócić (oczywiście na parking przed pizzerią, jakżeby inaczej ). Aby nabrać sił zaglądam na żurek Pod Caryńską i oglądam sobie na telewizorze zdjęcia znajomych (kto był na tych zdjęciach to już wie), po czym z bólem ruszam na asfalt. Stopa łapię jednak już po 100m i komfortowo jadę do pizzerii na tradycyjną bieszczadzką pizzę i pyszną kawę.

I to już koniec tego słonecznego dnia w górach. Nie dałem rady Bazylowi, do auta wróciłem o 12:30. Trzeba będzie jeszcze kiedyś spróbować pobić ten wyczyn