W ostatnią niedzielę ponownie łyknąłem dziczy i zapadłem we wszechogarniającą zieloność
spacer14.jpg spacer15.jpg
w poszukiwaniu jednej z wielu nieistniejących bieszczadzkich wsi, o tyle ciekawej, że składała się niegdyś z siedmiu części i trzech przysiółków, a pomiędzy jej częścią najniższą a najwyższą deniwelacja wynosiła 200 metrów. Nim jednak dotarłem w wypatrzoną na mapie drugą część wsi (postanowiłem spenetrować części od drugiej do siódmej, pierwszą odpuszczając z przyczyn obiektywnych) musiałem chwilę poczekać, do czasu, aż z obranej przeze mnie drogi usunie pasące się stadko
spacer11.jpg spacer12.jpg spacer13.jpg
Zbytnio im się nie śpieszyło i lazły z nogi na nogę non stop podgryzając świeżą zieleninkę. Ja również nie miałem napiętego harmonogramu dnia więc nie chcąc ich płoszyć czekałem kilkanaście minut aż same oddaliły się w leśne ostępy. Radosny po tym spotkaniu nastrój lekko zakłóciły mi mijane kolejne oddziały leśne, na terenie których prowadzona jest ścinka drzew. W lewo zakaz, w prawo zakaz, do przodu zakaz – jakaś masakra. Umówmy się, że żadnego nie złamałemi w końcu opadającym w dół grzbietem dotarłem do miejsc na razie nie skażonych siekierezadą. A nie skażonych tylko dlatego, że opanowanych nie przez buki czy jodły a przez pieroński KRZAL, sukcesję i inne plagi przy których dżungla wietnamska to pikuś! O raju, com się tam nagimnastykował, to do przodu, to w bok jeden, to w drugi, to z powrotem pod górę, to czołganie, to skakanie, marsz w przykucu, pełzanie na czworaka aż w końcu jak mnie jakiś podstępny badyl róży przerysował po ryju gdy próbowałem przedrzeć się przez obrośniętą tym drutem kolczastym tarninę, po kolana w pokrzywach, to z bezsilności opuściłem ręce i zaskowyczałem: ale się wp…wpakowałem! Normalnie gąszcz nieprzebyty, istna jaruga! Niedzielny, kuźwa spacer!
![]()


Odpowiedz z cytatem