Ok. 14 wyruszamy do Łopienki w dwa auta, oczywiście mocno podenerwowani wagą wydarzenia. Już po wyjeździe z Wetliny gorączkowo sprawdzamy, czy zabraliśmy niezbędne dokumenty i inne utensylia. Okazuje się, że nie wzięliśmy mapy. Czuję się trochę nieswojo, bo w Łopience byłem może ze dwa razy, dość dawno temu, w dodatku docierając do cerkwi pieszo od strony Łopiennika. Ale jest za późno, żeby wracać do "Łuki". Jakoś przecież damy radę. Zasadniczo trzeba tylko zjechać z głównej drogi. Zasadniczo...
Skręcamy na Terkę. W lusterku widzę, że ufnie podążają za nami Kum z Kumą. Wydaje mi się, że pamiętam ten fragment mapy, więc za Bukiem wypatruję parkingu po lewej stronie drogi. Powinien pojawić się zaraz za przystankiem PKS, zaraz za mostkiem, naprzeciw kempingu. Wreszcie widzę coś takiego - placyk, ogrodzony, z tablicą o treści: "Zrywka drzew, wstęp wzbroniony"… O rany… Wypatrujemy jakiejś dróżki obok, ale nie ma takowej. Między sągami drewna widzimy jakąś wolną przestrzeń, ale zaschnięte, głębokie koleiny z błota i muldy po ciężkim sprzęcie wykluczają przejazd standardowym, nisko zawieszonym autkiem. Nerowo zastanawiam się, co robić. Czas płynie… Dzwonię do pani Ewy z "Łuki" z pytaniem, czy zna może jakiś miejscowy, inny sposób na dojechanie. Pani Ewa otwiera mapę i przypomina mi, że nieco wcześniej, przed zjazdem do Łopienki, jest kemping. Też zaraz za przystankiem PKS-u, też zaraz za mostkiem. Ale po lewej. Taaa… Zgadza się. Tu stoimy. Pod daszkiem instalują się jak raz jacyś panowie, którzy potwierdzają - do zjazdu na Łopienkę jeszcze kaaaaaawał. Wsiadamy i ruszamy w pośpiechu, ale z ulgą. Dojeżdżamy do Pohulanki i odbijamy na Łopienkę, z duszą na ramieniu przejeżdżając obok zakaz wjazdu. Ale w końcu cel mamy zbożny, tak?!
W ostatniej chwili dojeżdżamy do cerkwi. Z daleka widać, że drogę pod samą świątynią zagradza tajemnicza postać w kamuflażu, z groźnie wyglądającym kosturem. Ani chybi miejscowy bies! Podjeżdżamy bliżej… Ha! Wręcz przeciwnie - to Bertrand! Witamy się wylewnie i ruszamy w stronę świątyni, przed wejściem wpadając na księdza Piotra. Cóż za perfekcyjna koordynacja i wyczucie dramaturgii! Ksiądz właśnie przyszedł górami od strony Tyskowej. Siada na zewnątrz przy zbitym z desek stole, z wytartego plecaka wyciąga księgę chrztów i spisuje nas wszystkich z natury. I już. Po formalnościach!
Ksiądz idzie otworzyć kościółek - jakżeby inaczej - od zakrystii, razem z nim znika Bertrand. Na dworze jest już prawdziwe, słoneczne lato, ale gdy otwierają się drzwi, przez które katechumenka zostanie wniesiona do świątyni, ze środka bucha lodowate powietrze. Wiedzieliśmy, że będzie tam zimno, ale nie spodziewaliśmy się, że AŻ TAK! Na szczęście Marcówna jest solidnie opatulona, a dorośli... są dorośli. We wnętrzu zaskakuje nas widok Bertranda stojącego przy stellach. Czyżby wzięli go w ministranty?! Najwyraźniej, bo gdy ropoczyna się msza, Bertrand czyta pięknie fragmenty z Ewangelii. Oprócz nas we wnętrzu świątyni jest tylko jedna postronna osoba, bieszczadzka powsimorda płci męskiej. Razem 8 dusz.
Marcównej początkowo podobają się nowe okoliczności przyrody i rozgląda się ciekawie, ale z czasem - gdy nic spektakularnego się nie dzieje - zaczyna się nudzić i swemu stanowi głośno dawać wyraz. Na próżno Kuma za plecami próbuje jej pokazywać kościelne pisemka z obrazkami dla dzieci - mała nie okazuje zainteresowania. Ale w końcu nie jest chrześcijanką, więc jeszcze przez chwilę jej wolno.
Krótka retrospekcja - przy wyjeździe z "Łuki" pani Ewa zapewniała nas, że podczas swojej pierwszej mszy dzieci zazwyczja marudzą, ale tylko do momentu chrztu, ale potem - jak ręką odjął. Przypominamy sobie markotnie tę przepowiednię, gdy na głowę Marcówny leją się strugi święconej wody, a płucka Małej dają z siebie wszystko. I tak już prawie do końca mszy. Zapewne jedynie za sprawą wstawiennictwa Matki Bożej Pięknej Miłości konstrukcja budowli nie ucierpiała od tego operowego ryku.
Po uroczystości lekko skostniali wychodzimy na zewnątrz, z ulgą witając ciepłe promienie słońca. Próbujemy porwać na chrzciny księdza Piotra, ale z żalem odmawia - nabożeństwo majowe w Górzance tuż tuż. Udaje nam się jednak skusić Bertranda i ruszamy w drogę powrotną do Wetliny. W łuczańskim salonie czas płynie miło i zdecydowanie za szybko. Po uroczystej konsumpcji Kum i Kuma ruszają w drogę powrotną do stolicy, Bertrand również się żegna, a my korzystamy z ostatniego wieczoru w Biesach i wypuszczamy się na spacer. Na dłuższą chwilę przysiadamy w knajpce w Starym Siole, w celu wiadomym. Na szczęście Marcówna tego nie widzi, po całodziennych wrażeniach śpiąc spokojnym snem bieszczadzkiego anioła.
Rano, po śniadaniu i serdecznym pożegnaniu z gospodarzami, ruszamy w okrężną drogę powrotną pętlą bieszczadzką do Ustrzyk Dolnych, bo chociaż przez okna samochodu Panie Marcowe zobaczą połoniny. Obiecuję im po drodze postój na placek po bieszczadzku, ale jest na razie za wcześnie.
A potem kończą się Bieszczady.
Epilog wkrótce![]()


Odpowiedz z cytatem
A po powrocie z Łopienki do "Łuki" okazało się, że w tak zwanym międzyczasie do gospodarzy dzwonili Barszczu i Iras (pozdrawiamy!), którzy już wiedzieli, że w Łopience jest chrzest. Podsumowując - jeśli kogoś zainspiruje nasza przygoda, to będzie nam bardzo miło i polecamy serdecznie, jednak nie łudźcie się, że bieszczadzka głusza zapewni Wam stuprocentową anonimowość 