Zobacz pełną wersję : Wazny cel czy droga...
tak sobie dyskutowalismy wczoraj z kumplem i pomyslalam co wy o tym sadzicie ;)
Planowana sytuacja- wyjazd na babia. Kumpel uwaza ze najlepsze jest wsiasc w samochod, podjechac na krowiarki, wejsc jak najszybciej, miec poczucie zdobycia szczytu i dobrze spelnionego obowiazku, zrobic zdjecie dla udokumentowania ze byl, zejsc , wrocic.
a ja tego calkiem nie umiem zrozumiec, bo dla mnie wielka przygoda zaczyna sie juz w momencie wyjscia z domu, ba! nawet pakowania plecaka i kombinowania ekipy. Bo przeciez urok ma juz sama podroz pociagiem, mozna piwko wypic, poznac nowe osoby, dowiedziec sie gdzie jada i jakie maja plany, potem mozna w zywcu zjesc ziemniaczki i pograc na gitarce na PKSie, pogadac z kierowca na temat zimy w beskidach i tego czemu lubi swoj zawod.. a ladne widoczki zaczynaja sie juz po drodze, a i wioska u podnoza ma swoj klimat, gdy miejscowi obkladaja chalupy drewnem, i z menelkiem pod sklepem mozna zamienic pare slow.. po drodze na szczyt mozna znalezc fajny szalasik na jakis przyszly nocleg, mozna zapatrzec sie na robaczka idacego sciezka, powachac kosodrzewiny, posluchac wiatru wyjacego w starych zaroslach... i nawet nie koniecznie wejsc na sam szczyt a pomimo to miec duzo radosci, satysfakcji i wspomnien z wyjazdu.
a jak wy podchodzicie do wyjazdow w gorki???
a zeby bylo badziej bieszczadzko ;) - zamiast babiej moze byc tarnica a zamiast krowiarek wolosate ;)
No masz rację, tyle razy powtarzałem w swoich relacjach: nie spieszyć się.
Wielu forumowiczów zna Bieszczady lepiej niż ja, ale to nie sztuka. Ja mam przawie w każdej wiosce znajomych. I zawsze jak jestem w górach, brakuje mi czasu na odwiedziny u wszystkich. I tak dzielę czas między wędrówkę i odwiedziny. Tworylne, Stoły, Tosia. Otryt, Karolina i Witek. Szlak graniczny i Krysia. Wszystkich nie wymienię, a pojawiają się nowe znajomości. I tak jestem po raz kolejny pod Rawkami, a po raz pierwszy spotykam Lucynę itd. itd. Bo "cóż jest piękniejsze od drogi w lesie, gdy słońce świeci i wóz się toczy. Cóż nam nowego zakręt przyniesie, czym się napełnią zdziwione oczy."
Ale spotykam innych turystów, w pośpiechu, biegiem zaliczających kolejne szczyty i szlaki. Niech biegną. Ja usiądę i popatrzę jak myszołów kołuje, jak listek się kiwa i chmurka powoli odsłania szczyty na horyzoncie. Posiedzę, przyjaźnie pomilczę z przyjaciółmi i pójdziemy dalej.
Pozdrawiam
Długi
To tak troszkę podobnie jak ze "zdobywaniem" kobiety(przepraszam panie za swoistą wulgarnośc).Jedni wolą na tzw.szybkiego, inni zaś rozkoszują się każdym spojrzeniem,uśmiechem,muśnięciem warg...Z górami jest podobnie.
Osobiście jestem romantykiem więc zgadzam się z Długim.
Buba, fajna z Ciebie dziewczyna... krnąbrna, rogata i myśląca. Kiedyś, kiedy jeszcze nie miałam swojej rodziny, zawsze jechałam w góry bez bliżej określonego planu... Nigdy nie wiedziałam, gdzie poniosą mnie nogi, gdzie będę spać tej nocy. Nigdy nie planowałam dzisiaj przejdę tyle, a jutro tyle. Po drodze zawsze coś się wydarzyło... i nic mi nie zabierze dziś tych wspomnień, ludzi, których spotkałam na swej drodze, (niektórzy już odeszli ) ich opowieści, które jeszcze są w mojej głowie... Dzisiaj wygląda to trochę inaczej, kiedy jadę z moimi dzieciakami, muszę mieć sprecyzowane cele i zapewnione noclegi, ale nawet teraz uczę ich, że ważne są przeżycia, walka z sobą i własnymi słabościami i niekiedy zniechęceniem, a nie ile... ;D
Celebrowanie wyjazdu. Nie dla mnie. Ok 3 pobudka, sprawy domowe, ok 6 -7wyjazd autobusem do grupy, ok 9 spotkanie z grupą. Ok 18-20 powrót do domu i praca w biurze.Czsami planuję wypady z kumplami np. szukanie wilków na Otrycie, czyli miałobyc wycie z wilkami na Otrycie. Z godzinę przygotowywałam się zastanawiając się co ze sobą zabrać. Ładnie się spakowałam i z kolegami pojechałam pod Otryt. Skończyło się na imprezie w Lutowiskach, zresztą bardzo udanej. Abym nie płakała to puścili mi film o wilkach. Od tego czasu nie planuję ale płynę z nurtem wydarzen. To Bieszczady więc wiem jedno. Tu nie można się nudzić.
Nie spieszyć się... Chciałbym i zazdroszę tym, co mogą...
Wszystkie moje ostatnie wyjazdy w góry (przeważnie Tatry, w Biesy za daleko) wyglądały tak: 2-3 w nocy w samochód, 3h jazdy, 10-12h po górach, 3h powrót... Psychicznie człowiek wraca jak nowy, ale fizycznie wykończony po takich wypadach. Inaczej niestety się nie da, okoliczności rodzinne nie pozwalają. Ale i w ten sposób warto - od sierpnia jeździłem tak co tydzień i nie żałuję, naprawdę psychika odpoczywa, choć na krótko. Teraz niestety zima i dzień za krótki na takie eskapady...
wedlug mnie planowanie nie odbiera wyjazdom spontanicznosci- ja zawsze planuje dokladnie miejsce noclegu, trase... ba! teraz mam juz zaplanowane z 15 wyjazdow na przyszly rok.. ale w momencie wyjscia z domu plany zaczynaja zyc swoim zyciem ;)
DUCHPRZESZŁOŚCI
04-11-2006, 13:19
Spontanicznie tylko krótkie wyjazdy, dłuższe ponad tydzień zawsze są zaplanowane - urlop jest konsekwentnie realizowany według grafiku rozpisanego w Kwietniu dla każdego pracownika przez mego pracodawcę. Ale to tylko dotyczy samego terminu. Dalej idę na żywioł czyli pakuję plecak ostatniego dnia przed wyjazdem, wsiadam do jakiegoś środka komunikacji publicznej i jadę w Biesy albo Sudety to tylko jest zależne od tego co się trafi. Wysiadam w Lesku, Srebrnej Górze albo Kudowie, W tym ostatnim miejscu tylko po sezonie stonki bezplecakowej. Znowu szukanie transportu - PKS, bus albo stop i hajda w tereny bardziej zalesione. Gdy byłem kilka lat młodszy i naście kilo lżejszy noclegi były pod namiotem i to niezależnie od pory roku. Obecnie szukam miejscówki z ciepłą wodą ale bez wyżywienia, niema to jak kanapka zrobiona własną ręką popita wodą z potoku. Albo sos grzybowy zrobiony ręką "Niedżwiedzia" mieszkańca szałasu na stokach Paprotnej.
Dawniej ważniejsza dla mnie była droga,ale teraz szkoda trochę mi czasu na celebrowanie dojazdu.A podczas ostatniego wyjazdu w Bieszczad i tak poznałem multum nowych Bladych Twarzy ;-)
Ta, no i można sie dosiąść do stołu brodaczy.... Z uwagi na odległość, i typowo niegórską trasę, to zdecydowanie gnam w Biesy. A dalej spieszyć się.... po co? Kiedyś pędziłem, ale chyba zmądrzałem, albo może sie wybiegałem już, a teraz wzrok mi się wyostrzył i sie zagapiam.... A w ogóle to super w plecak brać piwko, i klapnąć sobie parę razy na trasie i osuszyć puszkę to tu, to tam.
Ja także uważam że nie ważne czy sie tego króliczka zlapie, cały urok to gonic go, gonić ... Dlatego dziwią mnie wszyscy ci goniący po szlaku na złamanie karku, przecież w ten sposób tego najciekawszego nie zobaczą. Mnie o tyle powiedzmy "łatwiej" bo zazwyczaj z kondycja u mnie juz różnie bywa, więc wolniej sie przemieszczam i wiecej widzę. Tak przy okazji - Bieszczady nauczyły mnie podobnie patrzeć na to wszystko co wokół nas, także w najbliższej okolicy czy na moim "rodzinnym" Pogórzu Dynowskim.
mAAtylda
14-11-2006, 23:47
Popieram w 100% ,a ja jeszcze zdjęcia robię,więc się wiercę, kręcę, chciłabym mieć oczy z każdej strony głowy...
Popieram w 100% ,a ja jeszcze zdjęcia robię,więc się wiercę, kręcę, chciłabym mieć oczy z każdej strony głowy...
Ja także nie rozstaję się z aparatem fotograficznym, czasem biorę też kamerę. Swoją droga robienie zdjęć to świetny pretekst by wyrównać oddech - jak na stromych odcinkach oddech mój staje sie zbyt glośny, robię zawzięcie zdjęcia.
Dla mnie najważniejszą zasadą jest by plan był elastyczny, Chce ide, nie chce nie ide i robie sobie dobrze w oczy gapiąc sie bezmyślnie w przestrzeń. A i jak Barnaba wspomniał i piwko z brodatymi przez przypadek mozna wypić...:mrgreen:
Dla mnie najważniejszą zasadą jest by plan był elastyczny, Chce ide, nie chce nie ide i robie sobie dobrze w oczy gapiąc sie bezmyślnie w przestrzeń.
....i iść, ciągle iść
w stronę słońca....
i rejestrując w pamięci to wszystko. aby nam starczyło do następnego razu
Powered by vBulletin® Version 4.2.1 Copyright © 2026 vBulletin Solutions, Inc. All rights reserved.