-
Pamiętnik znaleziony w Sanie (drugi)
Pamiętnik znaleziony w Sanie
Motto:
Do miejsc tak dobrze znanych już ,
Gdzie buki szumem wznoszą modły,
Znając tęsknotę w naszych sercach
Dobre Anioły nas przywiodły.
Stopa za stopą , krok za krokiem,
-tu kamień, korzeń, dotyk traw,
wyrównać oddech, poprawić plecak,
zostawić z tyłu balast spraw.
A tam daleko nad połoniną,
Błyska i chmury ciężarne deszczem.
Może się uda zejść ze szlaku
I nie zmokniemy tym razem jeszcze.
A dłonie dolin takie czułe,
Ścianami zboczy schodzą miękko.
W potokach niebo się odbija,
Wąską niebieści się tasiemką.
W. Kwinto- Koczan (WUKA)
Nie dziwi chyba, że w motcie umieściłem wiersz WUKI, w dodatku wiersz pt. „Wędrówka”. Wiersze WUKI są tak do bólu bieszczadzko prawdziwe, tak anielsko natchnione. Nie raz czułem powiew skrzydeł bosonogich aniołów, które szczęśliwie przeprowadziły mnie przez Bieszczad, podtrzymując, kiedy boso przedzierałem się przez San po śliskich kamieniach, kiedy wchodziłem na niemal pionową skałę kamieniołomu w poszukiwaniu geocache’owego skarbu, kiedy bez zastanowienia sięgałem po grzyby w gęstej, nagrzanej słońcem trawie, gdzie być może tuż obok wygrzewała się zygzakowata. I kiedy z fizycznego i alkoholowego wysiłku moje nadciśnienie rozsadzało czaszkę .I na wszystkich bieszczadzkich ścieżkach.
Rozdział I.
Z Torunia do Warszawy jechałem jak zawsze pociągiem. W podróży nic ciekawego. Jak zwykle całą drogę spędziłem stojąc w oknie ze słuchawkami na uszach. O ósmej rano dojechałem na dworzec Warszawa Zachodnia, gdzie odebrać miał mnie Stały Bywalec. Tym razem SB nie wiózł mnie bezinteresownie, jak zwykł to czynić dotychczas. Teraz miałem niezwykle odpowiedzialne zadanie opieki nad jego kotem Sabinkiem, żeby w sposób zbyt natrętny nie próbował Bywalcowi pomagać w prowadzeniu samochody, np. wskakując na głowę, lub wchodząc pod nogi.
Sabinek to bieszczadnik pełną kocią gębą, przywieziony latoś z Zajazdu pod Caryńską w UG. Miał być Sabinką, ale po bliższych badaniach okazał się kocurkiem. Pięknym czarnym kocim facetem. Teraz po raz pierwszy od przyjazdu do Warszawy jechał w swoje rodzinne strony.
W ogóle sposób transportu kota był nieskomplikowany i nie absorbujący, wymagał zatrudnienie jedynie trzech osób. Mianowicie- na dworzec SB przyjechał z żoną Gosią, tam ja przejąłem kota, odwieźliśmy Gosię do domu i pojechaliśmy do Radomia po Ryśka. W drodze powrotnej to on będzie opiekował się Sabinkiem aż do Radomia, dokąd przyjedzie Gosia i przejmie jego obowiązki. Nawet, powodowany bezinteresowną chęcią pomocy, zaofiarowałem się, że również w drodze powrotnej zaopiekuję się kotem. Wystarczyło by, żeby SB opłacił mi jeszcze tydzień pobytu. Jednakże Kaziu odrzucił moją jakże atrakcyjną propozycję, woląc angażować żonę.
Z początku kot zachowywał się bardzo niespokojnie, był niemal przerażony tym, co z nim robią. Wyrywał się do Kazia; nieraz bywało, że dwiema rękami trzymałem kota, a trzecią piłem piwo. A gdy brakowało trzeciej ręki wkładałem puszkę z piwem pomiędzy nogi, do momentu, aż wyrywający się Sabinek nie wylał mi jej, pięknie zalewając moje obszary strategiczne. Na szczęcie było ciepło i kiedy dojechaliśmy do Sękowca nie wyglądałem już jakbym się obsikał. Zresztą w połowie mniej więcej podróży zmęczony Sabinek usnął i wszyscy mieliśmy spokój.
Na razie jesteśmy w Radomiu. Dosiada się Rysiu, wieloletni przyjaciel Stałego Bywalca. Rysia poznałem dwa lata temu, również w Sękowcu. Przed rokiem z przyczyn osobistych nie mógł do nas dołączyć. Jest to przesympatyczny pan o gołębim sercu, łagodnym, budzącym zaufanie głosie kaznodziei, lecz przy kielichu potrafi siarczyście zakląć, dać celną ripostę, lub opowiedzieć sprośmy dowcip. Wszystkich w koło nawraca na słuchanie radia, które również mnie jest bliskie, ale tylko geograficznie. Chodzi bowiem o te słynne radio z Torunia. Z tego tez powodu Wojtek1121 ochrzcił Rysia Ojcem Prowadzącym, Rysiowi zaś, który ma świetne poczucie humoru bardzo się to spodobało. Po biesiadnych kolacjach w domku nr 1 sprowadzałem Rysia po stromych stopniach Ośrodka w Sękowcu. Zazwyczaj bowiem SB wychodził wcześniej (na usprawiedliwienie napiszę, że często powodem tego był fakt, że następnego dnia Kaziu robił za kierowcę). Łącząc te dwie okoliczności wymyśliłem, że za dnia Rysiu jest Ojcem Prowadzącym , wieczorem zaś Ojcem Sprowadzanym.
Tymczasem, wykorzystując fakt, że teraz do telefonów wyposażonych w MP3 dodają specjalne głośniczki zaproponowałem muzyczkę. I jak się okazało trafiłem w gust obu panów.
I tak od Wolnej Grupy Bukowiny do sklepu z piwem, od Silnej Grupy Pod Wezwaniem do postoju na siusiu pomknęliśmy na południowy wschód, by już około 17-ej zameldować się w Ośrodku Wczasowym Sękowiec.
-
Odp: Pamiętnik znaleziony w Sanie (drugi)
Piskal, początek prześwietny. Nie każ długo czekać na ciąg dalszy.
-
Odp: Pamiętnik znaleziony w Sanie (drugi)
No, no... Zapowiada się ciekawie.
Pozdrawiam "Ojca Piszącego" ;)
-
Odp: Pamiętnik znaleziony w Sanie (drugi)
Poczatek swietny, dobrze sie czyta w swietle tego ogniska obok...
-
Odp: Pamiętnik znaleziony w Sanie (drugi)
Piskal świetnie-czekam na ciąg dalszy
-
Odp: Pamiętnik znaleziony w Sanie (drugi)
Piskal, nie wiem czy wiesz, ale są tacy co dalszego ciągu wypatrują :shock:
-
Odp: Pamiętnik znaleziony w Sanie (drugi)
Rozdział IINa wyjazd w Bieszczady z Wojtkiem Myśliwcem umówiłem się już kilka miesięcy temu. Wojtek jest człowiekiem z ogłoszenia ,prawie ogłoszenia typu: lodówkę używaną przyjmę, albo: króliki na chów, futro lub mięso, tanio. Kiedy z WUKĄ zaczęliśmy rozkręcać nasze toruńsko- bieszczadzkie spotkania, WUKA dała ogłoszenie do „Nowości” (największy lokalny dziennik), że w miejscu takim a takim w dniu tym i tym, itd.. Spotkaliśmy się w Kotwicy a przy stoliku obok przycupnął skromnie Wojtek. Kiedy wywnioskował z naszych rozmów, że my to my, dosiadł się. Tak się zaczęła nasza znajomość. Wojtka od dawna ciągnęło w Bieszczady, wcześniej nie był, i, jak to się mówi na wschodzie, tak to my i pojechali. A tak dla kronikarskiej ścisłości- to ja pojechałem ze Stałym Bywalcem, a Wojtek miał dojechać. W toyocie SB po zapakowaniu bagaży, kota, Rysia i mnie nie było już miejsca. Umówiliśmy się, że Wojtek dojedzie do Leska w niedzielę, tam się przenocuje, a na drugi dzień po niego przyjadę. Zadzwoniłem do niego z Radomia, okazało się, że przyjechał dzień wcześniej i właśnie jest w Sanoku. W dodatku jako pracownik muzeum ma darmowy wstęp do innych muzeów. Dzięki czemu mógł zrobić to, na co mnie zawsze brakuje w Bieszczadach czasu, chociaż za każdym razem obiecuję sobie, że to zrobię. Mianowicie obejrzę w końcu wystawę obrazów Zdzisława Beksińskiego.Tak czy inaczej w poniedziałek o 6.15 czasu sękowickiego wsiadłem do autobusu i via Ustrzyki Dolne pojechałem do Leska. Męczył mnie umiarkowany kac, bo poprzedniego wieczora poszedłem do barku przywitać się z Ulą, barmanką.W Lesku spotkałem się z Wojtkiem i ruszyliśmy zielonym szlakiem do Kamienia Leskiego. Miasteczko i kirkut Wojtek zwiedził wcześniej. Kamień Leski, fantastyczne miejsce. Majestatyczna skalna ściana, wkoło zieleń, pomimo bliskości szosy cisza i spokój, butelki, puszki, papierki i inne śmieci pozostawione po „miłośnikach” gór. Na szczycie Kamienia Wojtek wyciągnął żywca. „Ocho”- myślę sobie” czuje klimat”. Oj, przydał się w tym momencie. Widzę, że jest zauroczony miejscem. A kiedy schodziliśmy zauważyłem bardzo fajną rzecz. Kilka metrów nad ziemią w szczelince buka wyrósł mlecz, taki zwyczajny, łąkowy mlecz. Niestety nie kwitł, widok byłby jeszcze bardziej egzotyczny. Nie marudząc długo ruszyliśmy z powrotem, o 12.20 mieliśmy autobus, Wojtek musiał jeszcze iść do Bieszczadnika po duży plecak a po drodze mieliśmy jeszcze zahaczyć o Alfa, by uzupełnić płyny i Biedronkę by uzupełnić prowiant. Tymczasem okazało się, że autobus, którym jeszcze w maju jechałem bezpośrednio do Sękowca, co więcej, wisi w Internecie i na rozkładzie w Bieszczadniku już nie jeździ. Pojechaliśmy zatem do Dolnych i dopiero stamtąd mieliśmy autobus bezpośredni.Mięliśmy też trochę czasu, zaprowadziłem więc Wojtka do fajnej knajpki koło PKS-u. Nazywa się Bar’rock i zawsze gdy tam jestem proszę obsługę o KSU, ponieważ, jak wieść gminna niesie, to o tej knajpie śpiewał Siczka na pierwszej płycie KSU: Siedzę w pustej knajpie, wszyscy już odeszli w ciemną noc/ kelner zbiera szklanki, zaraz mnie wypędzą znowu stąd. Za barem młoda ładna dziewczynka kurząca fajkę za fajką , zgadnąłem więc prawiąc o skutkach palenia papierosów. Obiecała, że się poprawi. Oczywiście tego nie zrobi, ale w końcu to jej zdrowie. Co mnie to obchodzi. A to takie proste. Bodajże to Mark Twain powiedział: Rzucić palenie, nic prostszego. Robiłem to sto razy i zawsze mi się udawało.Refleksja natury ogólnej. Zauważyłem, że znakomita większość z was, których poznaję w Bieszczadach nie pali. Podobnie jest na naszych toruńsko-bieszczadzkich spotkaniach. Coś w tym musi być. Kto pali? Ręka do góry. A teraz wolno na dół na wysokość piersi i proszę kilkakrotnie się w nią rąbnąć.Tymczasem my wsiedliśmy w autobus i pojechaliśmy do Sękowca
-
Odp: Pamiętnik znaleziony w Sanie (drugi)
Nie wiem czemu wszystko mi sie pozlewało i nie mogę tego edytować. I w ogóle żadnej wiadomości.U was też jest podobnie?
-
Odp: Pamiętnik znaleziony w Sanie (drugi)
Wszystko gra!Jest świetnie!
-
Odp: Pamiętnik znaleziony w Sanie (drugi)
Wczoraj to tylko mi sie rozlało, jak sie biłam w obie piersi, że nie palę. Dziś raczej sie literki zlewają:-)
a tak serio to były problemy dzień wczesniej ale u mnie raczej z dostępem do strony, załacznikami i z wysłaniem wiadomości (dział techniczny jest wiadomość od Admina), teraz jest Ok.
-
Odp: Pamiętnik znaleziony w Sanie (drugi)
Piskal, nie patrz na sprawy techniczne, ważny jest klimat!
-
Odp: Pamiętnik znaleziony w Sanie (drugi)
Sprawy techniczne są ważne,odstęp, kursywa, podkreślenie. Ale widzę, że dziś już wszystko w porządku.:lol:
Wkrótce ciąg dalszy!:-P
-
Odp: Pamiętnik znaleziony w Sanie (drugi)
Cytat:
Zamieszczone przez
piskal
Wkrótce ciąg dalszy!:-P
Czekamy z niecierpliwością.
-
Odp: Pamiętnik znaleziony w Sanie (drugi)
Kapselek z piwa poleciał gdzieś w kąt, KSU zapuściłem, papierosów nie palę....ciągu dalszego niecierpliwie wypatruję...
-
Odp: Pamiętnik znaleziony w Sanie (drugi)
Rozdział III
Każdy z nas był po raz pierwszy w Bieszczadach, ja sam nie jestem jakimś wielkim weteranem, ale te kilka razy byłem. Nie miałem więc wątpliwości dokąd zaprowadzić Wojtka Myśliwca, z Sękowca na pierwszą pieszą wędrówkę. Dwernik Kamień był oczywisty. Przepiękny widok na obie połoniny, Rawki i kilka innych szczytów. Za sękowieckim mostem skręciliśmy w lewo na stokówkę a po godzinie w las na same podejście na szczyt. Ja swoim zwyczajem bardziej niż na drogę zwracałem uwagę na grzyby, nic ciekawego nie udało mi się znaleźć, ot, kilka koźlaków. Przed rokiem na Magurze znalazłem kilka sromotników bezwstydnych (Phallus impudicuc), kształtem przypominających swoją łacińską nazwę. Jest to grzyb jadalny, lecz pod ochroną. Teraz go nie było, chociaż rozglądałem się pilnie.
Dwernik Kamień, jak można było się domyślić, Wojtka zachwycił. Pierwsze spojrzenie na najbardziej charakterystyczne i jedne z najpiękniejszych szczytów Bieszczad, to jak złamanie siódmej pieczęci. Kto był, a pewnie była większość z was, ten wie. Wojtek złamał siódmą pieczęć i była to pierwsza bieszczadzka inicjacja Wojtka. Ale, jak bliska przyszłość miała pokazać, nie ostatnia w dniu dzisiejszym. Posiedzieliśmy tam dłuższą chwilę, obowiązkowa sesja zdjęciowa, pokłon Arturowi Nowotarskiemu, zmarłemu na szczycie Dwernika Kamienia w niejasnych okolicznościach i zejście na dół, wybierając zejście pierwsze zejście, które prawie od Magury prowadzi niemal prosto nad wodospad Szepit na Hylatym.
Szepit, to także urokliwe miejsce, nad którym nie mam zamiaru się rozpisywać bo wszyscy tam byli. Ot przerwa wystarczająco długa, by wypić piwo i dalej w drogę- prosto pod kultową wiatę. Przypuszczam, że gdyby Wojtek wiedział co go tam czeka, wolał by wracać przez szczyt Dwernika Kamienia.
Oczywiście przesadzam, chcąc udramatyzować akcję. Nic takiego się nie wydarzyło. Każdemu zdarzyło się upić w Bieszczadach. Doszliśmy do sklepu i z ulgą stwierdziliśmy, że nikogo nie ma. Pijemy piwko i wtedy przyszedł Piotruś, miejscowy, znany mi, a ja jemu, bez żadnych więc ceregieli dosiadł się do nas. Za chwilę przyszedł jego kolega, również mi znany i również Piotruś, a po kolejnej chwili już składaliśmy się na flaszkę. Wojtek z godnością stwierdził, że złożyć się może, ale pić nie będzie. I rzeczywiście kilka pierwszych kolejek odpuścił, ale jak jeden z Piotrków zaczął w żartach wyzywać go od mięczaków dołączył się. I to była druga inicjacja bieszczadzka Wojtka- picie z jednego kieliszka ciepłą wódkę pod sklepem, w oknie którego widniała kartka: „picie alkoholu w obrębie sklepu zabronione” . Drugą flaszkę już postawiłem ja, no i poszło..
Zastanawiam się, co powoduje tymi ludźmi, co zmusza ich do picia. Nie jestem socjologiem, ale odpowiedź wydaje się prosta- brak perspektyw, widoków na przyszłość. Młodzi uciekają w Polskę, ale ci jeszcze nie starzy, ale już nie młodzi, często z rodzinami na utrzymaniu, gdzie jedyna praca, to praca w lesie, ciężka, ale za to słabo płatna. Gdzie wiata pod sklepem jest dla nich kinem, teatrem i salą koncertową w jednym, jak kania dżdżownic wypatrują wiosny, gdzie pojawią się pierwsi turyści, których można naciągnąć. Chociaż uczciwie przyznać trzeba, że potrafią też postawić, rzecz jasna z nadzieją, że następną flaszkę czy piwo postawi turysta. Ta wiata w Zatwarnicy to ich jedyna radość, to ziemia obiecana, z której można uciec od przytłaczającej rzeczywistości na dno butelki. Jest w nich frustracja, ale nie ma agresji. Nam Bieszczady wydają się bardzo romantyczne, owszem, kiedy przyjeżdżamy tu raz, dwa a nawet kilka razy w roku, by po kilku dniach wrócić do łazienek z gorącą wodą, pryszniców, telewizji kablowej, internetu i innych dobrodziejstw cywilizacji. Ale czy nie jest to taki sam rodzaj ucieczki z tych naszych cudownych Bieszczadów? Jak fajnie się czyta o „ludziach przeklętych” u Potockiego, ale kto z nas tak umiał by żyć. I przeżyć. Nawet sam Potocki musi niektóre fakty mocno naginać, żeby czytelnika nie znudzić. Ale to już zupełnie inna historia.
Kilka dni później obaj Piotrkowie pojawili się w barze w Sękowcu. W tym czasie przyjechał wesoły domek nr 11. To ludzie, bardzo sympatyczni zresztą, którzy zamieszkali w „jedenastce” i przez cały swój pobyt nie trzeźwieli. Spotkali się z Piotrkami w barze, szybko doszło do integracji i powodowani potrzebą serca, po zamknięciu baru zaprosili ich do domku na dalszą część libacji. Rano, olaboga!, okazało się, że zginął plecak, w którym było sześć stów. Ale, tak między Bogiem a prawdą, nie jestem przekonany, czy sami gdzieś po pijanemu go nie zgubili..
Ale ad rem. Wracajmy pod wiatę. Otóż w pewnym momencie Wojtek stwierdził, że ma już dosyć i idzie. Prosiłem ,żeby poczekał, dopiję piwo i pójdziemy razem. Uparł się nie czekać. Cóż, trudno zabłądzić na szosie z Zatwarnicy do Sękowca. Też długo nie marudziłem. Przed mostem czekał na mnie trzymając się jakiegoś znaku i... i nie napisze co było dalej, zwłaszcza, że sam Wojtek nie wszystko wie, bo, jak to się popularnie mówi, urwał mu się film. Wystarczy, że wam napisze , że bezpiecznie doprowadziłem go do łóżeczka w domku nr 1. Od tego momentu Wojtek przez długi czas ograniczał się li tylko do piwa. Ale nikt już nie może powiedzieć, że to mięczak.
Z wydarzeń tego dnia należy jeszcze odnotować przyjazd Jurka. Juro jeszcze przed moim wyjazdem napisał do mnie na priv. czy przyjmę go pod dach swojego domku, bo nie ma wolnych domków, które nadają się do wynajęcia. A Basia, kierowniczka ośrodka uzależniła to od mojej zgody. A ja zgodziłem się z radością . Od tego momentu zrobiło się jeszcze weselej...
-
Odp: Pamiętnik znaleziony w Sanie (drugi)
Cytat:
Zamieszczone przez
piskal
Rozdział III
... Rano, olaboga!, okazało się, że zginął plecak, w którym było sześć stów. Ale, tak między Bogiem a prawdą, nie jestem przekonany, czy sami gdzieś po pijanemu go nie zgubili..
...
W pełni podzielam Twoje Piskalu przypuszczenie!
Pozdrawiam
-
Odp: Pamiętnik znaleziony w Sanie (drugi)
Tylko maleńkie sprostowanie-Artur Nowotarski nie zmarł na szczycie Kamienia,ale okoliczności jego śmierci są niewiadomą.
-
Odp: Pamiętnik znaleziony w Sanie (drugi)
Cytat:
Zamieszczone przez
WUKA
Tylko maleńkie sprostowanie-Artur Nowotarski nie zmarł na szczycie Kamienia,ale okoliczności jego śmierci są niewiadomą.
To prawda, przed chwilą dostałem na priv. wiadomość od osoby, która pochodzi z tej samej miejscowości co Artur. Artur Nowotarski zginął w wypadku pod Rymanowem, jego przyjaciele umieścili tablicę w tym przepięknym miejscu. Być może bardzo je lubił.
-
Odp: Pamiętnik znaleziony w Sanie (drugi)
-
Odp: Pamiętnik znaleziony w Sanie (drugi)
Ten sklepik z wiatą to ścisła czołówka.
Czołówka w rankingu najbardziej bieszczadzkich sklepów.
-
Odp: Pamiętnik znaleziony w Sanie (drugi)
Rozdział IV
Jurko wymyślił, że następnego dnia pójdziemy na... Dwernik Kamień. Przyłączyć się miał Stały Bywalec i Ojciec Prowadzący. I skoro Wojtek nie miał nic naprzeciwko- wręcz przeciwnie- żeby powtórzyć jeszcze raz tę trasę, to tym bardziej nie miałem ja. Ustaliliśmy tylko, że ze szczytu zejdziemy tą drugą z nowo wytyczonych ścieżek, którą jeszcze żaden z nas nie szedł.
Na drugi dzień okazało się jednak, że dołączy do nas tylko Ojciec Prowadzący. Kaziu bowiem miał gdzieś jechać samochodem. W ogóle z panem Prezydentem niewiele wspólnie chodziliśmy, a spotykaliśmy się głownie w barku, albo „ moim” domku. No i dobrze, ponieważ nasze relacje nie będą w zbyt wielu miejscach się powtarzać. A wszystko to w trosce o was, drodzy forumoczytelnicy.
Tak więc udaliśmy się tą samą drogą, co wczoraj, dłużej zatrzymując się przy pozostawionym ciągniku gąsienicowym w połowie podejścia na Dwernik Kamień. Na szczycie za to spotkaliśmy bardzo ładna dziewczynkę (dla wiadomości Wojtka 1121- to z całą pewnością była sarenka. O co chodzi wyjaśnię później), która wykorzystując ostatni dzień pobytu w Bieszczadach weszła z Nasicznego li tylko po to, aby poczytać sobie książkę. Był to, jeśli dobrze zapamiętałem „Autoportret reportera” Ryszarda Kapuścińskiego. Minęło tyle czasu ile potrzeba (na wypicie piwa) i ruszyliśmy na dół. Ścieżka, która prowadzi bezpośrednio ze szczytu okazała się bardzo atrakcyjna. Na początku idzie ostro w dół, ale później łagodnie się obniża po bardzo ładnej okolicy, aż do drogi szutrowej, tej samej, która przebiega obok wodospadu Szepit. Po drodze nic nadzwyczajnego się nie działo, trochę pomarudziliśmy przy wodospadzie, trochę dłużej przy sklepie, chociaż dzisiaj tylko piwnie. Znowu byli Piotrkowie, taki jeden miejscowy Rysiu, ale chyba żaden z nas nie miał ochoty na mocniejsze alkohole. Przynajmniej w tym momencie.Na dziś bowiem zaplanowałem proszoną kolację, na której miały być placki piskalskie, czyli zwyczajne placki ziemniaczane z dodanym do ciasta tartym serem. Czekałem z tą kolacją na przyjazd żony Stałego Bywalca, Wojtka 1121 i Andrzeja 627.
Jeszcze pod sklepem otrzymałem telefonicznie polecenie od pana Prezydenta, abym po drodze do niego zaszedł. Okazało się, że Kaziu w sposób godny wita żonę ,Wojtka 1121 i Andrzeja. Przywitałem się z panami, wypiłem wstrętne piwo (bo i ciepłe i Tyskie), dopiero potem okazało się, że ma schłodzonego Leżajska. Cóż, było już późno, ale przecież musiałem się odtruć po Tyskim.
W domku zarówno Wojtek, jak i Jurko z miejsca ofiarowali mi swoją pomoc przy kolacji, którą odrzuciłem, ponieważ kuchnia w domku nr 1 jest tej wielkości, że ledwie mieści się tam jedna osoba, a cóż dopiero kucharek sześć. Jurko zajął się kominkiem, a ja kolacją.
O 19 zaczęło schodzić się towarzystwo, jak można było się domyślić, nie z pustymi rękami. Z kronikarskiego obowiązku odnotujmy obecnych: Gosia, żona SB, SB,OP, Jurko, Wojtek1121, Andrzej 627, Wojtek Myśliwiec i ja. Oj działo się, działo. Wódka się lała, piwo się chmieliło, dusza śpiewała , usta też. Wojtek 1121 przyznał, że już dawno tak się nie bawił. Nie tylko on zresztą. Rysio po raz pierwszy został Ojcem Sprowadzanym. Szczegółów oszczędzę, bo może ktoś z was należy do Towarzystwa Antyalkoholowego;). W każdym bądź razie ten wieczór miał brzemienne skutki dla niektórych z nas następnego dnia. Ale o tym już w następnym rozdziale.
PS. Bertrand apeluje, żeby do jego ogniska dorzucać polan- postów, ja też proszę o więcej wpisów do mojego pamiętnika. Dopiero wtedy wątek żyje. Nie piszę tego pamiętnika przecież dla siebie:lol:.
-
Odp: Pamiętnik znaleziony w Sanie (drugi)
Piskal!
Żeś mi się naraził okrutnie. Musimy się kiedyś spotkać i sobie wprost wyjaśnić pewną rzecz. Myślę, że bez rękoczynów się obejdzie, chociaż jeden z nas może mieć problem ze wstaniem po degustacji wielu gatunków piwa Jak można w ten sposób wyrażać się o Tyskim?????
Z piwnym tyskim pozdrowieniem ;)
-
Odp: Pamiętnik znaleziony w Sanie (drugi)
Bertrandzie, przyjmuję wyzwanie, podnoszę rękawicę. Gombrowicz wymyślił pojedynek na miny, a my mozemy stoczyć na piwa.Niech żyje Grupa Żywiec! No i wielka szkoda, że w Bieszczadach nie można kupić Czarnego Specjala ;).
-
Odp: Pamiętnik znaleziony w Sanie (drugi)
Jak tak czytam... hmmm, to nieźle zmoczony jest ten pamiętnik, ale chyba nie w Sanie? 8)
-
Odp: Pamiętnik znaleziony w Sanie (drugi)
Grupa Żywiec niech sobie żyje. Nic do niej nie mam. Tylko niech robi to trochę z boku... Do zobaczenia.
-
Odp: Pamiętnik znaleziony w Sanie (drugi)
Cytat:
Zamieszczone przez
piskal
Czekałem z tą kolacją na przyjazd żony Stałego Bywalca, Wojtka 1121 i Andrzeja 627.
To owi panowie mają wspólną żonę? ;)
-
Odp: Pamiętnik znaleziony w Sanie (drugi)
To ten ciągnik jeszcze tam stoi? Jak tam byliśmy pod koniec sierpnia, to już stał przy ścieżce. A blisko niego zbieraliśmy piękne prawdziwki. A na zejściu z Dwernika także kilka ładnych krawców.Ciekawe, jak tam teraz z grzybami? Piskal,popieram Cię w sprawie Tyskiego,TO już nie jest to samo piwo co kiedyś.Wolę Leżajsk lub Perłę
-
Odp: Pamiętnik znaleziony w Sanie (drugi)
Cytat:
Zamieszczone przez
adamr
Piskal,popieram Cię w sprawie Tyskiego,TO już nie jest to samo piwo co kiedyś.Wolę Leżajsk lub Perłę
Perła też była, ale to TEŻ nie jest to samo piwo (niestety), o którym pisał Andrzej Pilipiuk.
-
Odp: Pamiętnik znaleziony w Sanie (drugi)
Pogodzę Was - każde ciepłe piwo (z wyjątkiem grzanego celowo) jest paskudne!
-
Odp: Pamiętnik znaleziony w Sanie (drugi)
Rozdział V
Dziś odpoczywam. Nie wyrwali by mnie z łóżka nawet ciężkim sprzętem do ściągania drzew. Muszę zregenerować siły i trochę dojść do siebie. Poza tym czeka mnie sprzątanie i mycie naczyń po wczorajszej kolacji. Panowie postanowili zdobyć Otryt, wejść stokówką koło rezerwatu Hulskie, potem do góry do Chaty Socjologa i zejść do Lutowisk, i tam łapać autobus ostatniej szansy. Lecz w czasie wyprawy zamiast zejścia do Lutowisk mogli doświadczyć zejścia Wojtka 1121, któremu kac i ciśnienie dały do wiwatu.. Skrócili więc marszrutę i zeszli do Chmiela, a stamtąd podwiozła ich sklepowa, co można obejrzeć na filmie Andrzeja (http://www.youtube.com/watch?v=2ueeSIlTh6M ). A przycinkom pod moim adresem nie było pono końca. Że nawet Wojtek 1121 wybrał się, dał radę, a ja nie. Bo o ile na kolacji Wojtek bawił się na całego, to teraz ciężko to musiał odpokutować. No tak, tylko że Wojtek przyjechał poprzedniego dnia, a ja jestem od czterech i nie zdarzyło się, żebym nie zarwał nocy. A ciśnienie mam bodaj większe od Wojtka. Nie tłumaczę się no bo po co? Po prostu wyjaśniam. Tak czy inaczej postanowiłem odpocząć i basta!
Ogarnąłem z grubsza domek, poczytałem książkę, napaliłem w kominku i udałem się z pieszą pielgrzymką dwa poziomy wyżej do Andrzejowego namiotu, sławnego na forum, który umie robić ponoć wszystko.
Zresztą Andrzej 627 ciekawie zaplanował wrześniowy pobyt w Bieszczadach. Mianowicie opłacał luksusowy pokój w wilii Łuka (prawie WUKA) w Wetlinie, który wynajął dla żony, opłacał domek w Sękowcu, który wynajął dla swoich rzeczy, a sam spał pod namiotem.
Pod wieczór postanowiłem zrobić sobie pyszną jajecznicę i w tym momencie prowadzeni jakimś szóstym zmysłem wrócili Wojtek Myśliwiec i Jurko. Dorobiłem więc jajecznicy, i wtedy prowadzony jakimś szóstym zmysłem przyszedł Andrzej. Przyszedł z puszkami dla „prawdziwych turystów”, wychodząc ze słusznego z wszech miar założenia, że miast samotnie spożywać kolacje lepiej spożywać je w towarzystwie. Dość nasłuchałem się o słynnej majowej kurze z kury przywiezionej przez Andrzeja, po której wszyscy się pochorowali, żeby teraz ryzykować spożywania jakiś francuskich wynalazków. Natychmiast dorobiłem więc jajecznicy i zaprosiliśmy Andrzeja do kolacji. Od tej pory Andrzej był codziennym gościem na kolacjach w domku nr 1. Z czasem zjedliśmy też Andrzejowe puszki, które okazały się spożywcze, a nawet niektóre z nich smaczne.
Po kolacji Andrzej zaprosił nas do barku na piwo. Nie podobał mi się ten pomysł i mocno się ograniczałem, za to Jurko rozkręcił się i przybrawszy wodzirejowski styl bawił całe towarzystwo, z Ulą, barmanką na czele. Jurko to bardzo wesoły i towarzyski facet, szczerze byłem zadowolony, że zaprosiłem go do naszego domku.
Umówiliśmy też marszrutę na jutrzejszy dzień. Wybór padł na jedno z najfantastyczniejszych miejsc w Bieszczadach- Krywe.
-
Odp: Pamiętnik znaleziony w Sanie (drugi)
"A ciśnienie mam bodaj większe od Wojtka"
Piskalu, czytanie tego pamiętnika jak i Twoich poprzednich relacji, to prawdziwa przyjemność. Ale, na miłość Bieszczadów! Czy Ty zacząłeś wreszcie to nadciśnienie leczyć?
-
Odp: Pamiętnik znaleziony w Sanie (drugi)
Cytat:
Zamieszczone przez
Migawka
"A ciśnienie mam bodaj większe od Wojtka"
Piskalu, czytanie tego pamiętnika jak i Twoich poprzednich relacji, to prawdziwa przyjemność. Ale, na miłość Bieszczadów! Czy Ty zacząłeś wreszcie to nadciśnienie leczyć?
Zacząlem. Ale przerwałem.
-
Odp: Pamiętnik znaleziony w Sanie (drugi)
"Zacząlem. Ale przerwałem"
A ja zaczęłam czytać Twoje pamiętniki i nie zamierzam przerywać. Stąd zależy mi, abyś zdrowy śmigał po Biesach, a potem pis(k)ał i pis(k)ał, ku uciesze wielu.
-
Odp: Pamiętnik znaleziony w Sanie (drugi)
Przed rokiem regularnie mierzyłem i im dłużej tam byłem, tym miałem niższe. Wtedy jeszcze nie leczone. Wniosek? Muszę w Biesach zamieszkać. Ale już skończmy ten temat, bo wychodzi z tego offtop.
-
Odp: Pamiętnik znaleziony w Sanie (drugi)
Tak jest, Piskalu! Już kończę. Mieszkanie w Bieszczadach, ech, marzenie :-)
-
Odp: Pamiętnik znaleziony w Sanie (drugi)
Rozdział VI
Krywe- miejsce magiczne, kto był, a pewnie większość z was była, ten wie. Miejsce, jedno z wielu w Bieszczadach, gdzie historia aż krzyczy. Kiedy kilka dni później byliśmy tam ponownie w zwiększonym składzie. Dolinę Krywego zasnuła mgła o konsystencji bitej śmietany. Staliśmy na Rylim i z zapartym tchem kontemplowaliśmy widok, a mgła bardzo wolno ustępowała odsłaniając dawną wieś. Myślę, że co jakiś czas Pan Bóg zsyła taką mgłę, żeby ukryć fakt, że wsie wysiedlone w czasie akcji „Wisła”, takie jak Krywe lub sąsiednie Hulskie wcale nie opustoszały, wciąż żyją, wciąż dawni mieszkańcy tych wsi pchają swój wózek życia zmagając się z codziennymi troskami, problemami, radościami, miłościami. Wtedy, pod tą cudownie kryjącą mgłą, tam, w dolinie, krzątały się duchy dawnych mieszkańców przy zwykłych sobotnich obowiązkach w zagrodach i przy cerkwi pw. św. Paraskewy . Aż prawie można było ich usłyszeć, a na pewno poczuć.
Tymczasem mamy jeszcze piątek, 18 września. Niebo zasnute chmurami, ale nie pada. Andrzej 627, Jurko, Wojtek Myśliwiec i ja przeszliśmy most na Sanie, skręciliśmy w prawo i koło dawnego Sękowca (obecnie to już Zatwarnica) ścieżką wzdłuż rzeki udajemy się najpierw do hulskiego młyna. Od wsi towarzyszy nam mały kotek, z pewnością nie bezdomny, bo w obroży przeciwpchelnej na szyi. Próby odgonienia go traktuje jako świetną zabawę, odskakuje, potem znowu podbiega. Schodzimy do ruin młyna w miejscu, gdzie potok hulski wpada do Sanu. Miejsce bardzo urokliwe, ale jakie ma być, skoro jest w Bieszczadach? Kotek cały czas z nami. Odnajdujemy ruiny, niewiele z nich zostało. Krótki odpoczynek i wracamy do ścieżki. Chcemy dojść do potoku, desantować się na drugi brzeg i uderzyć na Ryli. Szedłem tą drogą dwa lata temu, w odwrotnym kierunku, ale mam nadzieję, że znajdę miejsce, gdzie jest bród, najwyżej dojdziemy do danej wsi Hulskie i tam się przeprawimy. Tymczasem niespodzianka- pojawiają się niebieskie znaki ścieżki, która doprowadza nas dokładnie do tego miejsca, o którym myślałem. Przed dwoma laty szliśmy wzdłuż potoku od miejsca, gdzie stało indiański wigwam, teraz nowo wytyczona ścieżka uderza od razu do góry. Dawna ścieżka szła po prywatnym terenie. Pomimo niskiego poziomu wody kamienie są bardzo śliskie, trzeba bardzo uważać. Udaje mi się przejść, Andrzejowi z niewielką moją pomocą również, Jurko ambitnie chce przejść samodzielnie i prawie mu się to udaje. Jednak na ostatnim, jak to często bywa, kamieniu poślizgnął się i zaliczył mała kąpiel. Wojtek zachwiał się i zrezygnował z przejścia w tym miejscu. Przeszedł kilka metrów dalej. I tylko nasz koci towarzysz nie zdołał przejść, kręcił się wzdłuż strumienia i miauczał w niebogłosy, Boże, jak on płakał, gdy oddalaliśmy się, ale nie mogliśmy go przecież zabrać ze sobą. Chociaż, gdyby nie przygoda Jurka, kto wie, czy nie wróciłbym po niego. Jeszcze mi się serce kraje na ćwierć, gdy przypomnę sobie jego płacz. Znaczył przez cały czas teren, jestem więc przy nadziei, przy nadziei, że wrócił bez przygód do Zatwarnicy.
Podchodzimy pod górę, gdzieś blisko nas ryczy byk, niestety nie udało się nam go wypatrzyć. Musiał nas usłyszeć, chociaż staraliśmy się iść po cichu. Za chwilę druga niespodzianka- ścieżka się urywa, wyszliśmy już na łąki, ale znaków ani śladu. Ścieżka była dopiero w trakcie wytyczania. „Tędy”- decyduję. Idziemy w kierunku, w którym, jak przypuszczam powinien być Ryli. I tu kolejna niespodzianka, piękne koźlaczki, aż się proszą, żeby je zerwać. Zostawiam je jednak, co z nimi zrobię? Za chwilę kilkadziesiąt metrów dalej coś bieleje. Wykonuję przepisową stójkę, chwytam wiatr i walę w tamtym kierunku. Piękna kania (u nas mówi się sowa, ale postaram się przestawić i zostanę przy nazwie, jaka funkcjonuje w Bieszczadach), obok następna i jeszcze jedna. Już mnie nic innego nie obchodziło, mogliśmy nawet zabłądzić, bo o ile koźlaki sobie odpuściłem, to kani nigdy! I tak od kani do kani doszliśmy na grzbiet Rylego. W sumie uzbierałem 17 kani, co jedna, to piękniejsza, które należało spożyć jeszcze dzisiaj. Znowu zapowiadała się proszona kolacja, bo w czwórkę nie zdołalibyśmy wszystkich zjeść.
Doszliśmy do celu, Andrzej zaproponował, żeby zejść jeszcze nad San niedaleko miejsca gdzie był most. Potem pozostałości zabudowy dworskiej, ruiny cerkwi, sesja zdjęciowa, czyli zestaw obowiązkowy, no i skrótem na Ryli. A tam kolejna niespodzianka. Cóż za dzień pełen niespodzianek. Telefon od Wojtka 1121. Rano jechali do Dolnych do muzeum bieszczadzkiego, a chyba głownie po ukraińskie zaopatrzenie, teraz są na obiedzie z Zatwarnicy i wybierają się samochodem na Krywe. Gosię, Wojtka 1121, Stałego Bywalca i Ojca Prowadzącego spotykamy już po zejściu, na stokówce niedaleko mostu na hulskim. Zapraszam na kolację, obgadujemy szczegóły, Wojtek częstuję mnie piwem, niezłą wyrobiłem sobie opinię, nie ma co. Ale żeby nie robić mu przykrości, nie odmawiam. Nie marudząc idziemy stokówką do Zatwarnicy, musimy kupić jeszcze to i owo do kolacji. Andrzej dzięki gps’owi odnajduje skrót, który prowadzi nas do samego kościoła. Potem sklep i powrót do domu.
Tymczasem ekipa samochodowa dojechała do miejsca po moście. Wojtek chcąc sprawdzić, czy da się przejechać samochodem, przechodzi San wpław, najpierw po kamieniach potem w butach po dnie. Szczegóły zapewne zapoda Stały Bywalec, naoczny świadek, ja od siebie dodam tylko tyle, że te buty trzeba było potem wysuszyć, a najbliższy życzliwy domek z kominkiem, to? Oczywiście, domek nr 1!
Kolacja była udana, kanie smakowały wyśmienicie, a Ojciec Prowadzący znowu został Ojcem Sprowadzanym. Potem jeszcze wizyta w barku, podczas której obejrzeliśmy film z przeprawy Wojtka 1121 przez San.
Ech, żadna, nawet najlepiej napisana relacja ( nie myślę tutaj o swojej, to uwaga natury ogólnej) nie odda tego, co w Bieszczadach przeżywamy. Aż łezka się w oku kręci...
-
Odp: Pamiętnik znaleziony w Sanie (drugi)
-
Odp: Pamiętnik znaleziony w Sanie (drugi)
Pięknie to opisujesz. Faktycznie
Cytat:
Zamieszczone przez
piskal
Aż łezka się w oku kręci...
Pozwolisz, że zamiast komentarza, pokażę moją relację filmową z tej wycieczki:
Hulskie-Krywe-Zatwarnica
-
Odp: Pamiętnik znaleziony w Sanie (drugi)
Ależ to biedne kocisko płakało! Było tak, jak pisał Piskal - w niebogłosy. Nawet szum wody nie był w stanie go zagłuszyć. Na pewno dotarł do swojej bazy, jak to kot. Piskalu - kiedy ciąg dalszy pamiętnika?
-
Odp: Pamiętnik znaleziony w Sanie (drugi)
Cytat:
Zamieszczone przez
Migawka
Piskalu - kiedy ciąg dalszy pamiętnika?
Niebawem, cierpliwości, może jutro, może pojutrze..