[QUOTE=bertrand236;107701]Po pierwsze primo: uważaj na miśka. Był tam 4 lata temu :)
I w tym roku też jest. Wiszą kartki z ostrzeżeniem.Teren luksio! Powodzenia i pozdrowienia!
Wersja do druku
[QUOTE=bertrand236;107701]Po pierwsze primo: uważaj na miśka. Był tam 4 lata temu :)
I w tym roku też jest. Wiszą kartki z ostrzeżeniem.Teren luksio! Powodzenia i pozdrowienia!
Byłem tam wczoraj ale o tym opowiem później. Jest możliwe, że zacznę pisać jeszcze w Ustrzykach Górnych.
Jeszcze przed przyjazdem i sam dojazd…
Planowany(!!!) wyjazd w Bieszczady był na dzień 10 listopada na godzinę 00.30. O tej godzinie miałem Neobus, który miał przyjechać do Sanoka na 6.00. Później o 7.00 Veolią bezpośrednia jazda do Ustrzyk Górnych , tak aby dojechać na miejsce o 9.21. Dojazd dość prosty, wygodny i niemęczacy.
Jednak 9 listopada tak przed osiemnastą dzwoni do mnie mavo czy już się szykuję i czy na pewno będę na święto narodowe w Nasicznem?... a ja mu odpowiadam, że jeszcze jestem w pracy i zejdzie mi do 21. Szykuję ofertę na następny dzień i to na ogromną kasę i następnego dnia muszę być na otwarciu o 12.00. Mavo też długo pracuje i także następnego dnia ma wyjechać ale tak gdzieś około godziny 18. Zgadaliśmy się, że jeśli ja wyjadę o 17.00 to planowo będę w Sanoku o 23.00, więc… no właśnie teraz zaczyna się matematyczne zadanie. Z punku A (czyli z Warszawy) jedzie jeden pojazd i ma być w punkcie C (Sanok) o 23.00 to o której przyjedzie pojazd drugi z punktu B (powiedzmy, że z Krakowa) do wspomnianego punktu C, jeśli wyjedzie około godziny 18, hmmm?
A 11 listopada, nie ma bata, flaga przecież musi powiewać na Dwerniku-Kamieniu, jagnięcina zamówiona, mały Jasiu już się cieszy na spotkanie ze mną… Reconie musisz!
10 listopada wszystko idzie mi w pracy w miarę dobrze, robię jeszcze zakup flag (jedną dużą także do domu bo stara się trochę skoloryzowała), zaczynam też często zerkać na zegarek, powrót do domu, intuicyjnie pakuję torbę (u mnie jest wszystko czyste, ułożone… tylko brać), zamawiam taksówkę na 15.45 i o tej godzinie … zaczyna się horror. Dziś w Polsce po południu zaczyna się przecież wielka laba. Już przy wyjeździe z Ursynowa zaczynają się korki a gdzie jeszcze do Dworca Zachodniego??? Po drodze jest przecież Śródmieście, Aleje Jerozolimskie, uffff. Wspólnie z kierowcą wymyślamy różne skróty przez podwórka, ja zerkam gdzie inni „stoją” i kieruję na gdzie „jakoś jadą do przodu”. Kierowca przeciera oczy na moje skróty a ja na jego. Klepsydra czasowa wskazuje miarowy upływ czasu ale zgrana współpraca z taksówkarzem zaczyna przynosić rezultaty… wolno ale systematycznie zbliżamy się do Zachodniego. Jestem przy autokarze o 16.40. Kupuję bilet, który dzień wcześniej zarezerwowałem. O 17.00 są już wszystkie miejsca zajęte i ruszamy. Wiadomo już, że Warszawa jest dziś totalnie zakorkowana… istny paraliż komunikacyjny, więc jazda jest denerwująco powolna. Między Tarczynem a Grójcem STOP na pół godziny… wypadek na drodze gdzieś przed nami i korek kilometrowy. Czas leci a ja wiem, że gdzieś z tego punktu B lada chwila także ruszy pojazd a może już ruszył?
Po 18 dzwoni mavo i uspokaja się, że jednak jadę a ja się uspokajam, że on też jedzie. Uspokaja mnie, że spoko… w razie czego zaczeka w Sanoku na mnie. Ja przekazuję mu, że jest spore opóźnienie. Przed Ostrowcem Świętokrzyskim na stacji benzynowej, gdzie jest jedyny postój, dowiaduję się, że mamy 40 minutowe opóźnienie.
W Rzeszowie zaczyna padać ale u wrót Bieszcadów przestaje. Pierwsi pasażerowie wysiadają dopiero w Brzozowie. I pomyśleć, że tylu ludków z mojej ulubionej krainy gdzieś razem ze mna szlifuje warszawski bruk.
W Sanoku pod dworcem kolejowym jestem o 23.40, dzwonię do mavo… słyszę „spoko jestem za 5 minut”. I za 5 minut jest! Ot ciort ta matematyka, jadący z punktu A i B spotkali się… no, prawie o czasie, w punkcie C! W samochodzie po małym powitaniu i przemeblowaniu ruszamy w dalszą drogę.
W Hotelu Górskim PTTK jestem o 1.30 gdzie pani recepcjonistka, już wcześniej uprzedzona o porze mojego przyjazdu, czekała i po zapłaceniu z góry (bo Bieszcady to przecież góry, ale płacenie w hotelu z góry to dla mnie całkowita nowość!) za nocleg dała kluczyk do pokoju wraz z bonami na śniadanie (wliczone w nocleg).
Mavo pojechał ciut dalej do siebie. Umówiliśmy się, że swoim sumptem staram się dotrzeć do Nasicznego do godziny 10.30, jeśli nie to on po tej godzinie rusza w moją stronę z baczeniem na drogę. Wiem, że od Ustrzyk Górnych w stronę Wetliny to kiepsko z dojazdem.
Kładę się spać gdzieś o 2.30, budzik nastawiam na 7.15. Gaszę światło, wygladam przez okno a mam pokój od strony Caryńskiej i widzę istną ciemność… znaczy się nic nie widzę. Do łóżka małżeńskiego, takie mam, szybko jednak trafiam po omacku. Nie dociera jeszcze do mnie, że już jestem w Bieszczadach. Jedna sekunda i… zasypiam.
11 listopada 2010 rok (czwartek)
Nastawiony budzik z komórki gra mi trilalalila jakąś fajną melodię na pobudkę i budzi moją świadomość ze snu na jawę szepcząc… chłopie, dziś nie idziesz do pracy… dziś jesteś w Bieszczadach… jest święto… i żadne tam przekręcanie się z boku na bok… wstawaj, Dwernik-Kamień czeka! To mocna mobilizacja do natychmiastowego poderwania się z łóżka i oddania rutynowemu doprowadzeniu się do wyjścia na śniadanie wśród ludzi.
W restauracji jestem w kilka minut po ósmej i to jako pierwszy… szwedzki stół w pełni mnie poi i syci. Dodatkowo proszę o kilka herbat do termosu, a to też… w ramach śniadania, nie muszę więc nic dodatkowo płacić.
Przebieram się w pokoju w ciuchy „na góry”. Będę mógł zacząć testować nową kurtkę, którą dzień wcześniej kupiłem, zobaczę jak się spisze w czasie kilkudniowego pobytu tutaj.
Na zewnątrz temperatura 8 stopni powyżej zera, bardzo pochmurno, nie pada, trochę wieje, czuć nadchodzącą zmianę pogody, może w nocy lub na drugi dzień wiatr być dużo silniejszy. Ruszam na mały rekon`esans po Ustrzykach Górnych.
Przy ZpC spotykam sjuga i trochę rozmawiamy… „Rób zdjęcie ZpC, bo w poniedziałek zaczynamy ją burzyć. Otwarcie nowego ZpC jest planowane na 15 lipca 2011, ale może się trochę przesunąć. Wprosiłem się, ale zaznaczyłem, że z pustymi rękoma nie przyjdę!”
Sklep vis-a-vis jadłodajni „Pod eskulapem” jest otwarty, jednak wspomniana knajpka jest zamknięta. W sklepie kupuję słodkości na kalorie oraz „coś” do skitrania na Dwerniku-Kamieniu, wyboru specjalnego nie ma, bo tych co lepsze mogą kupić też nie ma. Kupuję też jakieś chińskie rękawiczki (nie użyłem ich ani razu), tak na wszelki wypadek, za zawrotną sumę 7,50 zł. Kiosk Ruchu też jest otwarty i tam kupuję worki na śmieci, które przydadzą się jako przeciwdeszczowa, wewnętrzna ochrona zawartości plecaka a i także jako same worki na śmieci.
Trochę ludzi jednak się kręci po Ustrzykach Górnych, zauważalnie mało w tak zwanym wieku średnim.
Oddalam się szosą od Centrum i staję koło Kremenarosa, tutaj według mojej oceny jest najlepszy punkt na stopa. Jest godzina 9.50. Ruch pojazdów w stronę Wetliny jak na lekarstwo, jeśli już coś jedzie w moją stronę to skręca do SG… dalej nic, no może 1-2 pełne samochody. Wreszcie tico zatrzymuje się z dwoma młodymi chłopakami i podwożą mnie do odbicia niebieskiego szlaku na Wielką Rawkę, ale mówią, że zaraz przyjedzie zamówiony bus, który ma ich zawieźć do Wetliny. Dojeżdżam nim do Berehów Górnych i od razu z buta walę na Nasiczne.
Teraz dopiero dociera do mnie, że jestem w Bieszczadach. Idąc przypomina mi się z dzieciństwa piosenka… „Jak dobrze nam zdobywać góry, I młodą piersią chłonąć wiatr, Prężnymi stopy deptać chmury…”. Naokoło pusto, żadnej żywej duszy, więc co mi tam… śpiewam sobie, a co?… mam tłumić radość, że jednak udało mi się wyrwać tutaj na kilka dni?
Koło kamieniołomu muszę jednak przestać śpiewać, widzę jak jedzie znajomy samochód. Przywitanie z mavo i małym Jasiem… ech ten mały Jasiu…. co ma pan tu?... czy wziął pan gps-a?... sto pytań i dwieście odpowiedzi… a co to za laska?... a jak się ją przedłuża?... a po co panu szalik w plecaku? Zawartość plecaka jest teraz ważniejsza od prezentów, które otrzymał. Z nich będzie się cieszył później. Teraz numer jeden to mój Oregon, gdy się widzimy to zostaje zaanektowany i ląduje w jego kieszeni. Rozbraja mnie ten chłopak i zmiękcza serce do cna.
W domku u mavo nie możemy się nagadać i zarazem zebrać do wyjścia. Po godzinie 12 jednak ruszamy, początek jest stokówką w górę, kilka zakrętów i skręcamy na szlak w górę.
Cdn…
Załącznik 21328Załącznik 21332Załącznik 21330Załącznik 21326Załącznik 21329Załącznik 21327Załącznik 21331
Przed szlakiem jeszcze mijamy pasące się konie, które łasą się do nas przymilnie i ustawiają do fotek.
Cdn...
Załącznik 21335Załącznik 21334Załącznik 21333
Wejście na Dwernik-Kamień staje się od samego początku niezwykłą wycieczką.
W górach jestem milczkiem, każdy krok to spłynięcie złych prądów w uziom bieszczadzkiej ziemi, dla mnie wędrówka tutaj to izolacja od świata zewnętrznego, który zostawiam w niebycie a czasami wzorem tybetańskich mnichów włączam w sobie swoistą mantrę by ewentualnie zagłuszyć przesączające się ważne (!) sprawy. Pozwala mi to wyciszyć zostawioną rzeczywistość i wyścig szczurów, w którym aktywnie uczestniczę.
Idąc w górę często stajemy i gadamy, małemu Jasiowi przekazuję wtedy jakieś „mądrości życiowe” poparte różnymi „historiami”, często o coś pyta i dyskutuje z nami a my go mobilizujemy do dalszej wędrówki różnymi sposobami bo wchodzenie dzisiejsze na szczyt jakoś opornie mu idzie.
Kompletnie nie kontrolujemy czasu a czas nie kontroluje nas. Pogoda jak na listopad jest dobra, nic nie pada, co tylko nas cieszy.
Jaśki mnie tak rozminowali, że uwagę kieruję tylko na wspólne rozmowy, wejście przecież znam.
Idziemy i patrzymy na odciśnięte na ścieżce, w dniu dzisiejszym, ślady dwóch osób. Na moje oko to musiał iść przed nami młody facet i kilkunastoletnie dziecko a może to kobieta w wieku faceta. Nikt inny od strony Nasicznego dziś nie wchodził na Dwernik-Kamień. Wyszedł, co prawda skądś jakiś mężczyzna w kaloszach i gdzieś poszedł, ale ze zdobywaniem góry raczej go nie połączę. Nawet zaintrygowała nas jego obecność.
Na szczycie spotykamy biesiadującą przy ławie kilkuosobową grupę młodych ludzi. My od razu bierzemy się za wieszanie flagi a jeden z biesiadujących robi nam zdjęcie i z formalności to wszystko. Idziemy teraz zakopać wcześniej zakupione w Ustrzykach Górnych „coś”. Wybieramy stosowne miejsce.
Teraz uwaga dla poszukiwaczy „cosika”… powyżej tablicy poświęconej Arturowi Nowotarskiemu rośnie brzózka, bezpośrednio pod nią, tak raczej po lewej stronie, dość płytko w folii jest zakopane „coś”. Odkrywca niech się przy okazji pochwali.
Mavo zaczyna się niepokoić, że jest już prawie 15 a o tej godzinie miał być w Chmielu po upieczonego jagnięcia. Wyrywa do przodu a my go gonimy, po chwili jednak idziemy razem jednakowym rytmem w dół. Wchodząc i schodząc zauważam bardzo czysty szlak, porządni turyści tutaj chodzą.
Teraz tylko w skrócie… mavo wnosząc do domu upieczoną jagnięcinę (w całości) roztoczył zapachem rozmarynu cały parter swojego domu. Były inne też przyprawy, ale najbardziej czuć było ten rozmaryn.
Wiecie jak pachnie rozmaryn? Szkoda, że Was tam nie było. L
Następna wyprawa z flagą za rok. Tylko na który szczyt teraz wypadnie i czy będę wtedy mógł przyjechać w Bieszczady? Mavo już wspomniał o Rabiej Skale… no cóż, zjeść małe śniadanko na platformie widokowej to miła perspektywa. A może na inną górę jednak wypadnie? Temat jest otwarty.
Teraz trochę statystyki z dzisiejszej wędrówki… w sumie przeszliśmy 6,70 km, najwyższa osiągnięta wysokość to 1008 m, czas ruchu 1,46 godz., czas postoju 1,45 godz., prędkość średnia ruchu 3,8 km/godz.
Ps. Czyżby nikt nie znalazł „cosika” koło Dydiówki?
Cdn…
Załącznik 21342Załącznik 21346Załącznik 21341Załącznik 21343Załącznik 21340Załącznik 21344Załącznik 21345Załącznik 21347
12 listopada 2010 rok (piątek)
Temperatura 5 stopni powyżej zera, pełne zachmurzenie, nie pada (jeszcze!). Dziś robię wypad tam gdzie już wcześniej zapowiadałem. O godzinie 10.01 spod Hotelu Górskiego jadę Veolią do Procisne. Autobusem jedzie z 10 osób, głównie turyści.
Od przystanku zawracam do miejsca parkingowego przy ujściu Wołosatego do Sanu. Gdy robię przepakowanie i wyciągam aparat to z drogi, którą mam zamiar iść, wyjeżdża terenówka SG a za jakąś chwilę następna z leśnikami i później jeszcze jedna SL. I bardzo dobrze.
Po prawej stronie dwie górki Czereszenka i Czereśnia, to naokoło nich dziś chcę iść. Ruszam w stronę mostu, ale przed i za nim jest sporo zakazów, aż czerwono bije po oczach. Najbardziej groźne ostrzeżenia to „Ostoja niedźwiedzia, Uwaga!!! Zwierzęta niebezpieczne” oraz „!!!UWAGA!!! AGRESYWNY NIEDŹWIEDŹ. WSTĘP WZBRONIONY”. Są też inne, ale te wspomniane bardziej działają na podświadomość. Hmmm… i co?... mam teraz zawrócić? Muszę wspomnieć, że drogą którą będę szedł jest wyznaczony na mapie szlak rowerowy, są też stosowne znaczki po drodze, jednak na bramie wjazdowej informacji już brak.
Wchodzę na teren „Rezerwatu Śnieżycy wiosennej w Dwerniczku”. Za mostem droga najpierw idzie skrajem lasu po prawej stronie, a z lewej są widoki ze sporymi przebłyskami na pola i zabudowania Smolnika. Po północnej stronie przez pierwszą część drogi będzie mi towarzyszył San, który trochę wcześniej sobie odszedł meandrami na zachód i przestał być w tym miejscu rzeką graniczną. Otwarta przestrzeń w stronę Sanu pozwala na dłuższą obserwację przez lornetkę (muszę jednak kupić lepszą!). Przy małym zagajniku widzę ambonę. Ze zwierząt nic nie widać, w górze tylko krąży para kruków i to chyba z małymi… tak jakby im dawały jakieś nauki. Gdy poleciały za las to i ja ruszyłem dalej.
Droga czasami mocno błotnista ciągle systematycznie wspina się pod górę. Skaczę w każdą boczną drogę, ale głównie to są zrywkowe i nic tam specjalnie ciekawego nie widać. W jednej jednak trafiam na ciągnik do drewna. Te boczne drogi to koryta błotne i z każdej wracam potwornie upaćkany.
Cdn…
Załącznik 21353Załącznik 21348Załącznik 21350Załącznik 21351Załącznik 21352Załącznik 21349Załącznik 21354Załącznik 21355
[FONT=Times New Roman][SIZE=3]Idziemy i patrzymy na odciśnięte na ścieżce, w dniu dzisiejszym, ślady dwóch osób. Na moje oko to musiał iść przed nami młody facet i kilkunastoletnie dziecko a może to kobieta w wieku faceta. Nikt inny od strony Nasicznego dziś nie wchodził na Dwernik-Kamień.
:) Wchodził ! Nie młody już i w niczym kobietę przypominający . Tak się akurat złożyło ,że też w tym dniu uparłem się być na DK (był to jednodniowy wyjazd w B. planowany już we wrześniu). I widział Was stojących w okolicy tablicy o świerkach, chyba nawet wtedy młody Wasz towarzysz był pojony.
To zdążyłem sfotografować nim ...przybyło "śladów"
PF
psDo DK mam ..... sentyment, była to pierwsza moja góra w B.(wtedy była pozbawiona drzew )....czterdzieści lat temu:wink:
No proszę, tylu Forumowiczów kręciło się tego dnia koło Dwernika-Kamienia i po Bieszczadach. Szkoda tylko, że obyło się bez spotkania w realu. Szkoda też mi, że nie spotkałem się z tym co kręcił się koło Łopiennika.
Podchodząc pod wzniesienie wyłania się coś zrobione ręką ludzką… to chyba jakaś szopa? Zamknięta jest na drewniany skobel, więc czemu mam nie zajrzeć do środka? Otwieram a tam dwie ławeczki i już rozpoczęta graficiarska twórczość pracowników leśnych (wskazuje to kolor farby, którą spotykam na leśnych drzewach). Jednak nic nie pobije tekstów jakie spotkałem kiedyś w nieistniejącym już domku myśliwskim na Krywe. Zaczyna padać deszcz i to z minuty na minutę obfitszy, chowam się na kilka minut do tej szopy. Od tego momentu aż do końca dnia deszcz mi będzie towarzyszem.
Cdn…
Załącznik 21370Załącznik 21374Załącznik 21371Załącznik 21375Załącznik 21372Załącznik 21376Załącznik 21373Załącznik 21369
Zamykam szopę i idę dalej, mijam małą polanę po lewej stronie (chyba z widokiem na Czerwony Wierch?) i metalowy szlaban… otwarty, więc mogę iść dalej. Jeszcze jeden zakręt i wyłania się BTS czyli maszt stacji bazowej GSM Plusa (dlatego tutaj w okolicy jest taki dobry zasięg tego operatora a inne milkną). Przed nim retorty z wozem Drzymały. Retorty puste, ale z komina wozu jakiś dymek się snuje. Gdy robię zdjęcie niepostrzeżenie stanął przede mną piesek i lekko mnie wystraszył, należał jednak do tych łagodnych. Za masztem wychodzę na drogę asfaltową Stuposiany-Muczne i kieruję się w dół. Deszczyk zamienił się w ulewę, woda przelewa się wprost po asfalcie. Odbywa się test kurtki. Oby tylko dojść do przystanku w Stuposianach, tam jest daszek.
Cdn…
Załącznik 21385Załącznik 21390Załącznik 21387Załącznik 21386Załącznik 21388Załącznik 21389
Autobus ma być o 13.45, mam więc trzy kwadranse na ogarnięcie się. Wspólne z kandydatami na radnych i z posłanką na Sejmik (dziś już zapewne wiedzą czy zostali wybrani) wypijam gorącą herbatę z termosu i zjadam kanapkę. Mogę też prowadzić swoiste obserwacje. I cóż można zobaczyć z pozycji pasażera stojącego na przystanku PKS Stuposiany? Hmmm?... mały budynek, w którym kiedyś był sklep (był czas gdy jadłem przed nim bułki i popijałem mlekiem ze szklanej butelki)… słup elektryczny, dzięki któremu doprowadzono kiedyś prąd do sklepu a teraz jest już bez kabli i z pustym kołem na szczycie, na którym bociany nawet nie chcą zrobić sobie gniazda... senną wieś bo ludzie jeszcze w pracy… skrzynki pocztowe… o przyjechał listonosz i już ludzie to zauważyli, idą do skrzynek zobaczyć czy coś przyszło (czy się spodziewali, że coś przyjdzie?)… dwie góry, które właśnie obszedłem… tak czas szybciej mija w oczekiwaniu na autobus.
Wreszcie jest i to punktualnie, płacę 410 groszy i dojeżdżam pod sam Hotel Górski.
Statystyki jeszcze trochę podam.
Przeszedłem 9,45 km ze średnią prędkością 5,00 km/godz., czas ruchu 1godz 53 min., tzw. bezruchu 37 min., całkowity czas wędrówki 2 godz. 30 min., różnica poziomów (najniższa/najwyższa) 540/668 m.
Cdn…
Załącznik 21394Załącznik 21393Załącznik 21395Załącznik 21398Załącznik 21397Załącznik 21396
13 listopada 2010 rok (sobota)
Dziś to mavo ma przyjechać z małym Jasiem do Ustrzyk Górnych. Mam przygotowane trzy wersje dojścia do nowej Koliby i kiedy już o 9 rano się widzimy to przedstawiam propozycję z dojazdem Veolią do Bereżek a później spacerkiem do schroniska, na Caryńską i powrót w dół do Ustrzyk Górnych.
Jest 6 stopni powyżej zera, pochmurno, wieje i to mocno wieje, ale nie pada. Przed odjazdem zapraszam jeszcze ojca z synem do hotelu na kawę i colę.
Mały Jasiu już zaanektował mi Oregona i totalnie go rozpracowuje, martwi się poważnie poziomem baterii bo spadła jedna kreska wskaźnika, ale gdy mu pokazuję, że mam spory zapas akumulatorków to jeszcze z większą chęcią zabiera się do rozgryzienia możliwości tego urządzenia gps. Na szczęście przez to urządzenie nie rozstroi satelitów, więc mogę się spokojnie z tym urządzeniem pożegnać na cały dzień. J
Jest 10.10 gdy ruszamy z przystanku. Z Bereżek idzie sporo ludzi, przed Kolibą i w środku też siedzi sporo. Stoją i ciągle podjeżdżają nowe samochody z turystami(?). Na moje oko to większość przyjeżdżających nie idzie w górę. Sporo osób zapewne wybiera płaską trasę Nasiczne – Bereżki (sam kiedyś tak sobie wędrowałem ale wtedy jeszcze i już Koliby nie było) lub odwrotnie. Teraz schronisko to będzie zapewne mocno oblegane i tylko patrzeć jak w pobliżu rozłożą się stragany z radosną twórczością kulinarną (prywatny biznes zapewne wykorzysta pustki w menu schroniska, chyba że Politechnika zwietrzy interes?) i twórczością regionalną. Obym nie był prorokiem ;) A Wy sobie prowadźcie obserwacje miejsca gdy tu będziecie, bo zapewne każdy chce zobaczyć nową Kolibę!
W środku podłoga jest z kamienia, więc „turyści” włażą z butami i znoszą błoto… trzeba pokazywać skarpetki i tłumaczyć jak one będą wyglądały gdy to błoto się poprzylepia. a jakie jest zdziwienie na takie uwagi.
W Kolibie podają tylko(!!!) kawę (5 zł) i herbatę, wszystkie pokoje są do niedzieli zajęte. Naokoło i w środku schroniska pachnie mi Kasprowym. Zaczyna brakować miejsc do siedzenia. Czas zmykać i to szybko. Mavo i Jasiu ostro ruszyli na Caryńską a ja się zbieram jak sójka za morze. Połoniny nie widać, mgła, błoto, ślisko (laska się przydaje), w górze słychać jak mocno wieje… sprawdzę jak mocno za godzinę. Zaczynam mozolne wdrapywanie się, źle mi się dziś idzie, zostaję w tyle, mały Jasiu ma niespożyte siły… potrafi wejść i zejść do mnie i znowu w górę… a wchodząc na Dwernik-Kamień tak marudził, chciał nawet komuś wskoczyć na barana ;)
Ciągle bacznie też obserwuje co takiego się zmienia na Oregonie, pozmieniał menu tak jak mu pasuje i ciągle zmienia, ale wszystko jest oki.
Cdn…
Załącznik 21400Załącznik 21405Załącznik 21401Załącznik 21406Załącznik 21404Załącznik 21402Załącznik 21403Załącznik 21408Załącznik 21407
Piękne drzewa!!!
Sporo ludzi schodzi z góry, czasami są to kilkunastoosobowe wycieczki. Nawet, gdy już schodziliśmy około godziny 15 to ludzie szli jeszcze w górę od strony Ustrzyk Górnych.
Osiągamy wreszcie 1234 metry, na szczycie piździ, że hej. Są momenty, że mavo musi trzymać Jasia by go nie zdmuchnęło gdzieś w dół.
Cdn…
Załącznik 21422Załącznik 21427Załącznik 21426Załącznik 21425Załącznik 21420Załącznik 21424Załącznik 21423Załącznik 21421
Schodzimy troszkę niżej i mając pod sobą amortyzację z borówkowych krzaków ustawiamy się tyłem pod wiatr pod katem 45 stopni i… nie upadamy. Efekt niesamowity. Czasami robi się jakiś przebłysk i coś trochę widać w dal.
Wreszcie samotna choinka świerkowa i można na trochę się skryć. Mgła przelewa się przez grań. Następny, kilkudziesięciometrowy skok i znowu chowamy się za krzaczki aby spokojniej pooddychać. W krzakach mavo znajduje kilka puszek po piwie i postanawia je zabrać w plecaku na dół. To niemy znak na akcję czyszczenia szlaku z pozostałości po "turystach". Ja wyciągam wcześniej przygotowany foliowy worek i teraz już każda butelka, puszka i inny śmieć w nim ląduje. Na samym dole na parkingu wywalamy całkiem sporych rozmiarów worek śmieci. Możemy zameldować, że od szczytu 1234 m do parkingu szlak został całkowicie oczyszczony.
Od ostatniego schodzenia z Caryńskiej szlak trochę zmienił zejście, wcześniej schodziłem koło Hotelu Górskiego na mostek, teraz schodzi koło schroniska Kremenaros na parking.
Pod Hotelem jesteśmy o 16.10, równe 6 godzin od momentu gdy wyszliśmy na szlak. Umawiamy się na pożegnalną kawę na jutro, tutaj na miejscu. Uprzedzając powiem, że nic z niej jednak nie wyszło. L
Oregon, mimo różnych w nim Jasia kombinacji, coś w pamięci schował i podsumował na koniec: całkowity czas wędrówki to idealnie równe 6 godzin, czysty ruch i postój rozłożył się idealnie po połowie, średnia prędkość ruchu 3,6 km/godz., wystartowaliśmy z 648 m (Bereżki) weszliśmy na 1222 m (tak zanotował GPS, a byliśmy przecież na 1234 m) by zejść na 552 m (Hotel Górski), przeszliśmy w sumie 10,82 km (tak po prawdzie to Jasiu przeszedł!).
Cdn…
Załącznik 21433Załącznik 21429Załącznik 21430Załącznik 21431Załącznik 21432Załącznik 21435Załącznik 21428Załącznik 21434Załącznik 21436
14 listopada 2010 rok (niedziela)
Podczas tego pobytu pobudkę robię sobie o 7.15. Za oknem wspaniały widok Caryńskiej, na niebie żadnej chmurki, zanosi się piękna niedziela w Bieszczadach. Otwieram okno na full, stawiam buty na parapecie by też pooddychały, bo za 2 godziny znowu je założę i wyruszę… hmmm, muszę teraz przemyśleć czy Wam zdradzić gdzie?
Cdn…
Załącznik 21437
Od 9 rano czekam na telefon od mavo chociaż wiem, że w Nasicznem jest totalny brak zasięgu wszystkich operatorów. O godzinie 10.45 nagrywam się mu na sekretarce, że wychodzę z hotelu i życzę mu szczęśliwej podróży powrotnej.
Na dzisiaj miałem zaplanowane dwa alternatywne spacerki do „zony”. Jeden odpadł bo ostatnio z tym miejscem był związany dość poważny kryminalny zgrzyt, więc wolałem tam nie iść i nie ryzykować, miejsce było zbyt naznaczone. Mavo też zasięgnął języka u źródła i potwierdził wszystko. Musiałem więc pójść w drugie miejsce, chociaż to pierwsze ciągnęło mocniej.
Pogodę miałem wymarzoną do tego wypadu… listopad, ostatnia niedziela długiego weeku, pustawo już po południu, mogłem więc liczyć na względny spokój. Wcześniej dwukrotnie w okresie letnim, z pewnych względów, nie udało się mi tam wejść.
Wybaczcie, że tego dnia nie opiszę zbytnio i nie opiszę też emocji jakie wędrówce tej towarzyszyły. Pokażę jednak trochę zdjęć. Jeśli już tam ktoś był i rozpoznaje miejsce to proszę o wstrzymanie się z komentarzem by nie rozsławić zbytnio tego miejsca bo byłoby to na jego szkodę! Nie pytajcie mnie nawet na PW!
Oregon coś tam zapisał, ale też przemilczy swoje dane.
W hotelu pusto, wieczorem w restauracji tylko ledwo widoczne światełko nad barkiem daje sygnał gotowości na klienta. Zamawiam obiad i gdy czekałem na drugie danie gaśnie światło w całych Ustrzykach Górnych… na sali zapalają świece i robi się całkiem przyjemnie. Podają mi zamówione danie… czyżby bieszczadzki wieczór przy świecach?
Jestem w tej chwili w restauracji jedynym jej klientem a jeszcze wczoraj o tej porze było krucho z wolnym stolikiem.
Gdy kończę jeść następuje powrót napięcia. Kelner wspomina historię z połowy października zeszłego roku jak to w Ustrzykach Górnych nie było prądu przez cały tydzień.
Cdn…
Załącznik 21454Załącznik 21449Załącznik 21453Załącznik 21452Załącznik 21446Załącznik 21447Załącznik 21450Załącznik 21451
http://forum.bieszczady.info.pl/images/misc/pencil.png
Jeszcze kilka zdjęć...
Cdn...
Załącznik 21463Załącznik 21459Załącznik 21462Załącznik 21458Załącznik 21456Załącznik 21457Załącznik 21460Załącznik 21461
Cel wędrówki i ostatnie spojrzenie na "zonę".
Cdn...
Załącznik 21464Załącznik 21465
Witam wszystkich forumowiczów.
Jestem mały Jasiu.
Wycieczki z panem Zbyszkiem były wspaniałe. A najlepszym jest GPS i laska. Ja kocham Bieszczady.Zapraszam wszystkich do Nasicznego.
(korekta tekstu: Mavo )
Jasiu, dziękuję za dobre słowo, dziękuję za towarzystwo, dziękuję za pytania i rozmowy, dziękuję... mavo Tobie także! Myślę, że jeszcze nie raz wspólnie powędrujemy po Bieszczadach. Pozdrowienia dla całej Rodzinki.
Cześć Jasiu!
Dziękuję Jasiu, że spełniłeś moją prośbę. Przyznaję, spodziewałam się dłuższej opowieści o Twoich osiągnięciach, ale i tak bardzo się cieszę, gratuluję dużej odwagi we wszystkim. Tak trzymać chorąży! Pozdrawiam.
15 listopada 2010 rok (poniedziałek)
Dzień dziś jeszcze piękniejszy od wczorajszego, jednak niestety to mój ostatni dzień w Bieszczadach w tym roku.
Przed śniadaniem mały spacerek a już po zaczynam się pakować, o 9.40 zdaję w recepcji klucz od pokoju. Do czasu odjazdu autobusu o 10.01 wygrzewam się na słoneczku i obserwuję puste Ustrzyki Górne. Na parkingu przed hotelem stoi jeszcze tylko jeden samochód. Gdy pominę przejazd w obie strony, chyba do sklepu, samochodu Straży Leśnej to można powiedzieć… ruch na drodze zerowy. Aż żal wracać do domu!
W Ustrzykach Dolnych jestem o 11.15 i czekam do 12.15 na przesiadkę do Warszawy. Pogoda iście wiosenna, 25 stopni. Na dworcu Warszawa Zachodnia jestem o 22.00, zamawiam jeszcze w autobusie taksówkę i w domu jestem o 22.30. Podróż trwała 12,5 godziny i wcale nie była męcząca. Dla ciekawości podam, że podróż powrotna kosztowała mnie w sumie114 zł (9+60+45).
Podsumowując, byłem krótko ale zaliczyłem wszystko co zaplanowałem wcześniej. Teraz tylko… aby do wiosny!
Załącznik 21488
Nikt nie napisał czy znalazł "cosik" skitrany koło Dydiówki i na Dwerniku-Kamieniu a może znalazł a nie napisał?
Wszystko wskazuje, że w 2011 roku w Bieszczadach nie będę... oj, dawno tak nie było. Moje górki przegrały tym razem w wakacje z najdłuższym wąwozem w Europie i całą zachodnią częścią tej wyspy a teraz nad nimi wygrywa moja kontuzja. Bieszczady muszą więc na mnie trochę poczekać.
Tym razem nie będzie nic o wędrowaniu po Bieszczadach L
Kilku dni zabrakło a byłoby równe dwa lata jak ostatni raz byłem w Bieszczadach. Zapewnie jeszcze sporo dni by upłynęło zanim bym do nich dotarł, ale mavo, jakiś miesiąc wcześniej , swoim sugestywnym głosem oznajmił, że muszę być... i już. Krótko wspomniał jaka to będzie okazja, przekazał bym odszukał odpowiedni wątek na Forum i podjął pozytywną dla niego decyzję. Zasiał pomysł a mi pozostało go tylko zrealizować. Najtrudniej było od strony zawodowej, ale jak już zapadły stosowne decyzje to zabrałem się za logistykę. Na Forum nie byłem od dość dawna, nie byłem nawet zorientowany jak przedstawiają się tegoroczni laureaci Powsimord. Aby zbytnio nie grzebać w annałach Forum skupiłem się na wskazanym wątku by wiedzieć… dlaczego w Nasicznem, z jakiej to okazji i może coś jeszcze? To dało impuls do ponownego zainteresowania się Forum. Spojrzałem w kalendarz i zauważyłem, że termin tego spotkania"gryzie się" z Czart Graniem, piękną październikową pogodą co natychmiast odbijałosię na wolnych miejscach noclegowych w całej okolicy. Jako, że założyłem, że nie będę spać umavo to musiałem poszperać w necie i poszukać kwatery . Trochę to potrwało, ale...ostatecznie wyszło najlepiej jak tylko mogło. Z racji, że cała impreza miała się rozpocząć w piątek to zaplanowałem przyjazd do Nasicznego najpóźniej do godziny 19, tak aby być u mavo przed godziną dwudziestą. Kwaterę miałem na piętrze w Gościńcu Pod Jaskiniami, z oknem wychodzącym na domek i działkę mavo,chociaż rozdzielała nas przestrzeń jednej działki. W Nasicznem w październiku ogodzinie 19 jest już bardzo ciemno co nie przeszkadzało widzieć z okna palące się ognisko oraz światełka w domu. To był widoczny znak, że już tam… coś się dzieje!
Informacyjnie przekażę, że Gościniec dysponuje 2 pokojami z łazienkami i 2 pokojami ze wspólną łazienką na korytarzu. Pokoje umieszczone są nad częścią mieszkalną domu leśnika a osobne wejście do nich jest po schodkach z tyłu budynku. Szczegóły można wyczytać na Gościńca stronie internetowej http://www.podjaskiniami.pl/. Pokój całkowicie mnie zadowolił, był ogrzewany, zawsze była gorąca woda domycia i też w prysznicu, był też sedes, na wyposażeniu był czajnik i radio (nie używałem) a na obszernym korytarzu stała wspólna lodówka. Skromnie, czysto, cicho i blisko mavo.
Umyłem się po podróży, przebrałem, zabrałem latarkę oraz kamerę i ruszyłem naocznie zobaczyć co też ten Pierogowy z mavo wymyślili. :P
cdn
Reconie1 czekam na cd relacji.
12 października 2012... wcześniej zapomniałem o dacie a przecież relacja ma swoje umiejscowienie w czasie.
Idę w stronę ogniska i światełek, nad głową realne planetarium, widzę nawet spadającą gwiazdę zwiastującą zapewne coś dobrego. Na drodze i podwórku full samochodów... mnożę przez cztery i już jestem pod wrażeniem, bo spodziewałem się tylko z dziesięć osób. Te "spodziewane" są przy ognisku, witam się, przedstawiam, parę osób znam, kilku się domyślam, nowych poznaję. Zanim się zorientowałem to jestem już w centrum "konsumpcji Foto-Powsimordy", już się coś leje na jedną nogę, później ktoś inny polewa na drugą, ktoś dokłada do ognia całkiem spore polana drewna, trwają rozmowy na dwa... trzy a może więcej tematów, już jestem w dwa wciągnięty a przecież są jeszcze światełka w domu i tam też są "konsumenci". Idę więc wyżej, przed wejściem do domu mavo przy stoliku znowu powitania. W środku przed kominkiem, zaczynam gubić się w imionach i nickach, z mavo wpadam w objęcia "mordo ty moja", w głębi przy stoliku następni, dalej siedzący na materacu, jeszcze przy kuchni znowu kilka osób. No to zrobiłem rundę wokół ściany z kominkiem. Ogarniam wzrokiem stojące wiktuały i przeróżne napitki, w myśl tłoczy się stwierdzenie "ooooooooooooo będzie nieźle", dokładam swoje napitki, widzę jak olkaa wyciąga swojski smalec, kiszone ogórki, schab pieczony i różne chleby. Idę pogadać, czuję się jak u siebie, jak u swoich... ogarnia mnie spokój, luz i zapomnienie o Bożym Świecie. To będzie trwało trzy dni i czuję się z tym dobrze. Dom i cała "konsumpcja Foto-Powsimordy" ma dynamiczny charakter, ciągle się coś dzieje i wciąż dojeżdżają nowi konsumenci... kurcze gdzie oni się pomieszczą???? chyba mavo zaczyna mieć jakiś gospodarski niepokój "rany, jak ja ich wszystkich pomieszczę". A dzieje się coś zarówno i przy ognisku, i przy kominku, i przy kuchni... Bezwzględnie bryluje Pierogowy, jest wszędzie, hmmm... patrząc w perspektywie całego pobytu to raczej w okolicach kuluarów przykuchennych było go najwięcej. Puszcza muzykę z zaproszeniem do tańca, gotuje soliankę, polewa napitki, rozmawia to z tym to z tamtym a za chwilę porywa do tańca dziewczyny i jeszcze z nimi... flirtuje, gagatek. Sam jestem już jak planeta na orbicie, z tą różnicą, że trajektorię mam mocno zmienną. Prawie północ i znowu następni wchodzą z plecakami... mavo już się nimi zajmuje, rozkłada, za chwilę podchodzi do mnie i prosi o... nalanie mu czegoś mocniejszego. Po godzinie drugiej w nocy frekwencja zaczyna powolutku spadać, chyba przezorniejsi zaczynają zajmować co lepsze miejsce na czymś miękkim i co lepszy kawałek na glebie. Najwytrwalsi mają niespożyte siły, ja sam bardziej oficjalnie, już mocno po trzeciej, wycofuję się na z góry ustaloną pozycję... dwie działki dalej. Wychodząc dokładam do pieca, dokładam też do ogniska i idę w nasiczniańską ciemność. W górze pełny asteryzm gwiazd, idę na południe, nocny horyzont zasłania trochę ciemna góra z jaskiniami, Gościniec mam blisko. W dłoni krzepko trzymam latarkę i kamerkę, kiedyś na spokojnie sobie pooglądam co nagrałem. Jutro, hmmmm, to już przecież dziś, będzie dalszy ciąg "konsumpcji", muszę się teraz wykąpać, wyspać a rano nie ruszam się nigdzie dalej niż dom mavo.
cdn
13.10.2012....Oczy otworzyłem gdzieś tak przed dziesiątą, wyjrzałem przez okno na działkę mavo a tam co jakiś czas „konsumowicz/ka” wita się z rześkim porannym powietrzem, dając sobie chwilkę namysłu w którą stronę iść... i w ślimaczym tempie z ręcznikiem w ręku idzie do strumienia obmyć noc. No dobra, ja też muszę się poprzeciąąąąąągać, pooooooooziewać , ogarnąć i zjeść śniadanie. Nie jest to łatwe, oj nie… ale się udało. Do ludzi ciągnie a i ciekawość jak oni sobie poradzili po tej nocy. Nie patrzę na zegarek, bo nigdzie się przecież nie śpieszę, ale jest chyba przed jedenastą, jak idę do domku mavo. Gospodarzy piesek, który wieczorem trochę na mnie poszczekał, później obwąchał a następnie spojrzał w oczy, tak jak to pieski potrafią patrzeć, gdy chcą trochę ludzkich pieszczot… i otrzymał i zaakceptował, teraz znowu ten wzrok, spora porcja pieszczot i odprowadza do sąsiedzkiej bramy. Mavo narzekał na niego bo go kilka razy dziabnął i z wzajemnością nie przepadają za sobą. Naprzeciw bramy za ogrodzeniem, dwie długowełniste owce czochrają się o koła jakiejś przyczepy, kilka kóz wskakuje na nią… chyba tak kozy lubią, kot idzie gdzieś w teren obadać co w trawie piszczy. Pochmurno, strasznie cicho i spokojnie. Na podwórku nawet dymek z ogniska się nie snuje, nie mówiąc o żywych ludziach… normalnie wszystkich wymiotło. W domu jednak jest jeden człowiek, kolega Browara (zapomniałem imienia), skręca swoje papierosy, ale jakiś… nieobecny. Jak nic wszystkich wygnało w góry i czapka z głowy dla nich i pełen szacun… ja nic nie planowałem. Rzucam hasło by ogarnąć „to co zastaliśmy” tak aby wracający ludzie z gór zastali „unijne normy bytowania”. Olkaa od razu bierze się za gospodarską robotę, ja „czeszę” podwórko a kolega Browara… nadal skręca papierosa. Gdy wchodzę ponownie do domu by sobie przydzielić dalszą robotę zauważam, że spod pierzyny wystaje jakiś nos… wołam olkę by pomogła rozwikłać zagadkę… któż tak sprytnie się zakamuflował… haa.
Oceniliśmy, że to jak nic… mavo we własnej osobie, poznaliśmy go po nosie, chociaż nie ma go jakiegoś charakterystycznego. Skorzystał zapewne z okazji, że wszyscy się wynieśli i wskoczył pogrzać się pod pierzyną. Obok na podłodze leżały okulary z jednym zausznikiem, książka Agaty Christie A.B.C. i siekierka, co znaczyłoby, że albo do czytania mu była potrzebna, albo znalazł narzędzie zbrodni i pozostało jeszcze poszukać zbrodniarza, albo jest jeszcze inne rozwiązanie znane jemu a może… komuś innemu. Uspokojeni, że na ostrzu nie ma oznak krwi i pustka w domu to na pewno oznaka wyjścia ludzi w góry, postanowiliśmy nie budzić gospodarza domu by mógł pospać na miękkim i w cieple a sami zabraliśmy się dalej ogarniać parter domku. Zajęło nam to z półtorej godziny. W międzyczasie mavo jednak się sam obudził i czynnie włączył się w porządki.Tymczasem wyszło słońce i przed domkiem zrobiło się przyjemnie ciepło a za chwilę i… głodno. Sprzątając wyczailiśmy ogromną miskę pierogów i teraz olka ochoczo zabrała się na odsmażaniu ich na woku. Gdy tylko zmietliśmy pierwszą porcję a i zapach zapewnie rozniósł się po okolicy, to od razu przygnało z gór… Pierogowego z ekipą. Olka nie nadążała odsmażać a już następni szli pod górkę gdzie stał domek, tym razem szła ekipa z manio (z gitarą na plecach)i z Hero na czele. Pierogi parowały na stoliku, podlewano likier litewski,snuły się opowieści o ptaszkach, o smokach, o halucynogennych ziołach i doświadczeniach w tym temacie. Później już co chwila ktoś dochodził, dojeżdżał, odjeżdżał a i ja sam z Wiolą, Zbyszkiem i olką wybraliśmy się do Lutowisk po zakupy głównie związanych z czystością. Po drodze mieliśmy jeszcze oddać komuś w Dwerniku kociołek do pitraszenia. Zaraz po przyjeździe z olką, kobietą bieszczadzką i… no właśnie znowu zapomniałem z kim, wybraliśmy się do Ustrzyk Górnych zobaczyć przede wszystkim kawałek Czart Grania oraz nowy Zajazd Pod Caryńską.cdn
Recon1 napisał :
To była Asia ZmiennocieplnaCytat:
i… no właśnie znowu zapomniałem z kim, wybraliśmy się do Ustrzyk Górnych zobaczyć przede wszystkim kawałek Czart Grania oraz nowy Zajazd Pod Caryńską.cdn
Dziękuję don Enriko a Asię Zmiennocieplną przepraszam :)
---------------------------------------------------------------------------------------
ZpC widziałem ostatni raz gdy był to jego ostatni dzień w całości oraz widziałem go w pierwszy dzień rozbiórki. Teraz jawił się całkiem niczym pałac nocną porą ,wyglądał okazale. Drzwi się otwierały i zamykały, ruch jak w McDonald`s pod Dworcem Centralnym, już przed drzwiami słychać wołania o odbiór zamówionych dań a za drzwiami już w środku full ludzi. Okalając wszystko widzę, że od strony biznesowej to bardzo dobrze rozkręcony biznes. W sumie moje jakieś wspomnieniowe sentymenty w zderzeniu z realizacją biznes planu właściciela mają się nijak. Właściciel oczekuje by mu się biznes kręcił i robi wszystko byklient był zadowolony, klient oczekuje dobrej obsługi, smacznego jedzenia,klimatu, czystości, komfortu i uczciwej ceny. Po pierwszej wizycie w Zajeździe pod Caryńską odnoszę wrażenie, że ta symbioza biznesu właściciela i jego klientów odniesie sukces.
Przeciskamy się przez tłum ludzi na sali jadalnej, schodząc do dolnej sali spotykamy manio, który podczas rozmowy zaproponował obejrzenie "swojego" pokoju wraz ze szczegółowym opisem jakie ma walory i udogodnienia. Witamy się też przy okazji z Jackiem właścicielem ZpC, który jak zauważam jest chyba wszędzie... był na górze, był za barem, jest na dole,zagląda na salę gdzie ma się za chwilę odbyć CzartGranie... no cóż, gospodarz musi mieć baczenie na wszystko.
Gdy siadamy w drugim rzędzie ławek na sali jeszcze pusto, ale ludzie zaczynają się schodzić. Ci których za chwilę będziemy podziwiać już stroją gitary, sjug suwa heblami miksera. Widzę jak Hero usadowił się bliżej sceny jako ten bardziej wtajemniczony i popija chmielowy napój, a ludzi wciąż przybywa, ba… już brakuje miejsc i to nawet na schodach. Jacek jako gospodarz „strzela” mowę powitalną. Słuchamy trzech wykonawców, przy którejś piosence mania (w duecie) olkaa zaczyna mnie szturchać by się zbierać (ją bardziej ciągnęło, jak widać!) do Nasicznego…to ona rządzi transportem, zbieramy się, ja trochę niechętnie bo zaczyna mi siępodobać. Wychodząc szukamy jeszcze Jacka i dajemy mu beczułkę piwa by mu sięZpC nie rozeschł. Na zewnątrz piękny wieczór z niebem pełnym gwiazd… teraz do Nasicznego, do mavo, do Pierogowego, do Browara, ach by nie wymieniać wszystkich, do muzyki, do kominka, do jedzonka (bo zgłodniałem) i do kieliszka (bo też mi się chce pić). Za Ustrzykami Górnymi wjeżdżamy w pełną noc… kurcze, za mało czasu byłem w ZpC. Olkaa jedzie prawie na pamięć ale zakręt do Nasicznego by ominęła, ja byłem jednak czujny ;)
Cdn…
Zapomniałeś dodać , że Manio też dotarł do Nasicznego ......za co ma u mnie ( chyba u wszystkich ) wielkie uznanie :-))
Nie zapomniałem! wcześniej o nim napisałem, a teraz jeszcze nie dotarłem do Nasicznego (zobacz, że jest cdn) :)ps... gratulacje za zdobycie stopnia Bieszczadnika :P
W nocy droga przez Bieszczady jest czasami jak w upiornej Transylwani, a gdy jeszcze księżyc w pełni to tylko patrzeć czy jakiś wilkołak przy drodze błyśnie zakrwionym okiem w oczekiwaniu na zbłąkanego turystę. Jakże często widać wtedy zwierzęta a zwłaszcza ich świecące oczy, a to lis sobie maszeruje poboczem, a to kuna przeleci w poprzek drogi, sarna przyczai się do skoku, sowa rzuci cień księżyca na asfalt. Jeszcze bardziej ciemno robi się od skrętu w Berehach aż do Nasicznego. Jakże inaczej wygląda droga gdy jedzie się w środku nocy i przy pełni księżyca od strony Smolnika do Majdanu. Niesamowity widok, zwłaszcza gdy jest bezchmurnie, bezwietrznie i ciepło. Teraz gdy jechaliśmy do Nasicznego było też bezchmurnie, bezwietrznie i tylko z tym ciepłem się nie zgadzało. Na nasze szczęście nie widzieliśmy na drodze wilkołaka! Jeszcze ostry skręt lekko pod górkę i za chwilę jesteśmy w domu… o domu mavo mogę tak powiedzieć. Znowu znajome widoki, grupka przy ognisku, grupka przy stole przed domem, w środku też są samoistne enklawy złożone z ciągle zmieniającymi się rozmówcami… a to przed kominkiem, a to przy stoliku, a to w części kuchennej i w każdej fajnie sobie można pogadać, posłuchać. Trwają przymiarki do obwieszenia zdjęciami jednej ze ścian, koło kominka słychać strojenie gitary, przy kuchni i stoliku brzęczy szkło. Lubię dźwięk gitary, więc gdy Ivan zaczyna uderzać w struny siadam koło kominka i słucham, klaszczę, czasami też śpiewam z innymi, później manio dojechał i dał cudny koncert, znowu Ivan, a też gitara nie była obca koledze Browara. Olkaa mnie odciągnęła od muzyki „bo ludzie głodni i trzeba coś im dać do ręki”… posłużyłem za kelnera (nie zresztą pierwszy raz w Nasicznem) roznosząc wyczarowane kanapki. W międzyczasie nastąpiło uroczyste otwarcie wystawy zdjęć i swoisty wernisaż. Kiedy w miarę kończono koncert gitarowy to Pierogowego już ciągnęło do muzyki mechanicznej. Za jakiś czas „gospodarz imprezy” niczym wyrwany z jakiegoś snu, bo w stroju by rzec iście wieczorowym (majteczki w kropeczki ło ho ho), poprosił do tańca damę wyrwaną niczym z balu studniówkowego, ale jakże w odmiennym stroju wieczorowym niż jej do tańca partner „kropeczkowy”. Ten bałamutnik niewieścich serc obtańczył chyba wszystkie niewiasty i to… w tych „ło ho ho”. Było koło trzeciej jak zauważalnie zaczęło zmniejszać się towarzystwo, pod wernisażem już „ktoś” spał w najlepsze, ale nie koniecznie z nudów, przy stoliku jakowyś kapelusznik, dzierżąc w dłoniach, niczym pitbull, butelkę piwa i spał na krześle w najlepsze (kapelusz mu się dobrze trzymał!). Nie miałem sumienia nad butelką i z uścisku udało się ją wyjąć, a później ruszył mnie ludzki odruch i kapelusznik został obudzony i nawet dał się namówić na pójście spać. Kilku osobom przy kominku jednak obce było wszelkie zmęczenie. To byli bieszczadnicy zaprawieni w nocnych pogaduchach. Mnie sen zaczął brać i czas było się dyplomatycznie wycofać do Gościńca. Cdn…
Witaj. Mój pierwszy raz w Bieszczadach o tej porze roku to delikatne stąpanie po zmrożonych trawach. To radość oddechu i słowa z głębi siebie: jestem, żyję i mam się dobrze. Mam sie dobrze! Ostatnie spotkanie u naszego szlachetnego przyjaciela Mavo kojarzą sie z nim samym , po pierwsze ze słowmi : Mój dom jest waszym domem. Czujcie sie jak u siebie. Czy znacie kogoś takiego? Pozdrawiam.