-
7 załącznik(ów)
Odp: Słów kilka(dziesiąt) o niedawnym wypadzie w Bieszczady
Dalej szczytem idziemy razem, przy początku zejścia Jasiek nam odskakuje. Przy źródełku, daję odpoczynek napiętym mięśniom piszczelowym przednim trochę odpoczynku. Następny odpoczynek to cmentarzyk w Berehach Górnych, małe zwiedzenie, też stwierdzenie faktu włożonej pracy przez szymona magurycza, też jakaś satysfakcja włożenia w to swoich pięciu groszy.
Trochę kropi, nad Wetlińską wisi czarna chmura i po schodzących ludziach widać, że tam mocno lało.
Przejście Caryńskiej zajęło mi 4h15`, Jasiek jak wyliczyliśmy potrzebowałby na to 1,5 godziny (samo wejście, bez zbytniego "spinania się", zaliczył w 40 minut). Ech młodość!
Z parkingu chcemy wyjechać i zapłacić. Szukam parkingowego, tak mocno aktywnego gdy przyjechaliśmy a teraz jakby zapadł się pod ziemię. Za nami zaczynają trąbić bo blokujemy wyjazd, wyjeżdżamy… komuś trochę kasy wypadło.
W Gościńcu odświeżamy się i padamy na łóżka, nie na długo, do drzwi nagle… puk, puk, puk… Jasiek… „tata zaprasza na obiad, czekamy”… i już go nie było. Proszonego obiadu u mavo się nie odmawia, idziemy ochoczo. To był taki niedzielno-rodzinny obiad z pysznym rosołem w głównej roli. Gospodarz później potrzebował 2 godzin na dokończenie „frontu robót” więc zabraliśmy mniejszego Jaśka na zakupy do Lutowisk, głównie słodycze i lody. Znowu po północy wracaliśmy „na macanego”.
Załącznik 34449Załącznik 34450Załącznik 34451Załącznik 34452Załącznik 34453Załącznik 34454Załącznik 34455
Cdn.
-
Odp: Słów kilka(dziesiąt) o niedawnym wypadzie w Bieszczady
Wrócę jeszcze do 1 maja,
Michał z dziewczyną, których to zostawiliśmy w Bystrem jadąc do Nasicznego, tego dnia mieli wchodzić na Wetlińską. Siedząc na werandzie u mavo, spojrzałem na zegarek i wyliczyłem, że młodzi powinni schodzić do Berehów. Namówiłem Ewę byśmy tam skoczyli i zabrali ich ze sobą do mavo. Najlepiej to do nich zadzwonić, ale o ile tam w górze można mieć „pole” to tutaj o nim można tylko pomarzyć. Jedziemy na Wyżną tam pokazuje się zasięg, dzwonię… „właśnie jesteśmy w trakcie schodzenia, za pół godziny będziemy”. I byli. Posiedzieliśmy razem prawie do wieczora, później zawieźliśmy ich do Bystrego i powrót do Nasicznego.
Zaczynało mocno się ściemniać. W Wetlinie to już zapadały istne ciemności kiedy na poboczu zauważamy jakieś machające dwie sierotki. My w Bieszczadach zawsze zabieramy każdego turystę, który tylko macha i to bez względu na wygląd i pogodę. Zatrzymujemy się więc przed tymi dwoma turystkami sierotkami… chcą podjechać do parkingu przy szlaku… och jak my tu długo czekamy… całkiem spore plecaki do bagażnika, one do tyłu… zatrzymujemy się na Wyżnej… dziewczyny wysiadają i rozglądają się… świecą latarkami, bo już istna ciemność… my czekamy na wszelki wypadek… to coś chyba nie tu… tamten parking to jakoś tak inaczej wyglądał… wsiadają do samochodu… wyjmuję mapy… okazuje się, że chcą na parking na Wyżniańskiej, do Bacówki Pod Małą Rawką… my jedziemy do Berehów a później skręcamy w lewo, tam mamy ich wysadzić, ale gdy dojeżdżamy i widzimy, że w tych ciemnościach mamy je zostawić to Ewie serce mięknie i wieziemy do celu na właściwy parking… tam to już ciemność jak w kopalni na dole… światłami samochodu oświetlamy parking, dziewczyny latają z jakimiś bzdzidełkami i… tak to ten parking… mówię jak dojść do bacówki i że to kilka minut… poszły… może nie zostały zjedzone?… jedna jechała z Poznania… druga z Gdańska… spotkały się w Lublinie… od godziny 13 jadą od Sanoka.
Wracamy tam gdzie czeka na nas mavo „z kolorową żabą” cy cuś moze insym. Tak mi się jakoś jeszcze przypomniało.
Cdn.
-
2 załącznik(ów)
Odp: Słów kilka(dziesiąt) o niedawnym wypadzie w Bieszczady
03.05.2014 sobota
Całą noc lało, za oknem wilgotno, pada i zimno. Na dziś rano u Jasia to my mamy przygotować wspólne śniadanie. Robimy je czym chata bogata ;)
Już po, Ewa chciałaby gdzieś pojechać albo coś poczytać a ja czuję się jak pies, który widzi jak jedno z ogniw łańcucha, trzymającego go na uwięzi, zaczyna puszczać. Przebieram się w ciuchy do łazikowania na deszczu, proszę o podwiezienie do Zatwarnicy, wstępnie umawiam się, że będę gdzieś tak na godzinę 3-4 pm. Sam muszę sobie poradzić z powrotem.
Zaczynam od początku drogi idącej w stronę kościoła, jest trochę przed dwunastą, pada ale nie leje. Pod kościołem samochody, słychać śpiew, drzwi otwarte, trwa właśnie trzeciomajowa sobotnia msza, zapewne z początkiem o 11.30. Tyle razy byłem w Zatwarnicy a nigdy w środku tego kościoła, łapię się na połowę mszy, staję na końcu jak jakiś odmieniec. Bóg lubi turystów, no może mniej tych co się na mszę spóźniają… no ale chyba mi wybaczy. Gdy msza się kończy zaczyna już mocno padać, dla łażących po Bieszczadach to żadna nowość, niektórzy nawet uwielbiają jak zostaną na wędrówkach sponiewierani przez górki, chaszcze i pogodę… zwłaszcza przez pogodę.
Mimo rzęsistego deszczu na siłę robię dwa zdjęcia, o dwa chyba za dużo na poczynioną gimnastykę… by nie zalało aparatu.
Dalej idę drogą, zbaczam w chaszcze na Uhryń, idę lekkim zboczem wzdłuż jakiegoś strumyka, ze szczytu wracając trafiam i schodzę jakąś nikłą ścieżką, gdyby nie stuptuty to w butach by mi już chlupało, totalna dzicz, przedzieram się tzn. zaczynam się poniewierać na własne życzenie i nie wiem po jakie licho tam idę, nie było i tak niczego ciekawego oprócz „czegoś” (czegoś bo nie widziałem i nie czułem) co narobiło trochę hałasu gdy schodziłem w dół. Wyłażę z lasu gdzieś na zakręcie drogi, skąd do Hulskie już blisko. Idę teraz drogą w stronę Tworylnego, wszędzie napotykam salamandry... na tej utwardzonej drodze, na tej nikłej ścieżce gdy schodziłem, tam to musiałem uważać by ich nie zdeptać. Czas jakoś wolno idzie, aż mi się nie chce wierzyć, że tak krótko łażę i muszę sprawdzić czas na innych miernikach. Teraz już spokojnie idę, skręcam w drogę idącą wzdłuż strumienia Hulskiego. Chcę dojść do jej końca bo na jej końcu na powiększonej na maxa mapie Google zobaczyłem „coś” i chcę zobaczyć co to jest to „coś”. Patrzę na zegarek a tu zaczyna być poważne zagrożenie spóźnieniem obiecanego powrotu na godzinę 3-4 . To był jeden z celi wędrówki dzisiejszej, ten drugi to trochę ostatnio wzmocniona murowana cerkiew w Krywem. Ludzie(!)… tyle lat łażenia po Bieszczadach a nigdy nie byłem w jej środku, widziałem ją z odległości 30 metrów, widziałem z kilkuset, ale nigdy z bliska, od środka. To widziałem jeszcze bliski a już nie istniejący domek myśliwski i widziałem na własne oczy panią Majsterkową jadącą maluchem przez most drewniany przez San (gdzieś tutaj znajdziecie te obiekty na zdjęciach), tak ze dwie dekady temu przedzierając się przez zieloną ścianę trafiłem na ruiny młyna (ooooo nie, nie było wtedy ścieżek) a cerkwi z bliska nie widziałem!
To zaczyna być niesprawiedliwe… łażąc po krzaczorach i to kawał drogi czas idzie wolniej niż gdy idę ubitą drogą. W dalszej wędrówce nawet to siedzi mi w głowie... czy abym gdzieś nie uszczknął czasu w tzw. szczelinie czasowej. Staję, zaczynam wyliczać ile mi czasu do końca zostało, ile do końca tej drogi, liczę też ile mi może zająć dojście do cerkwi, analizuję ile mi zajmie czasu powrót do Nasicznego a przecież samochód nie czeka. Rozkładam mapę, trochę ładuję akumulatory wodą i węglowodanami. Niestety wychodzi, że jestem teraz już nie w szczelinie a raczej totalnej d…e czasowej i muszę z czegoś zrezygnować, jak to przeważnie w Bieszczadach mi się zdarza. Zaczynam użalać się nad moją głupotą i skoku w bok na Uhryń, bo co ja tam niby chciałem zobaczyć… było to wbrew mojej logistyce na dzień dzisiejszy. Jak to piszę to mnie to wnerwia, co i tak ładnie napisałem.
Decyzja podjęta, nawet przestało padać. Pakuję plecak, zarzucam na plecy, laska w rękę, ruszam.
Załącznik 34456Załącznik 34457
Cdn.
-
10 załącznik(ów)
Odp: Słów kilka(dziesiąt) o niedawnym wypadzie w Bieszczady
Zawracam. Za mną, jeszcze albo już nie dymiące retorty, przed odbiciem w prawo w stronę Ryli, nawet zatrzymuje się samochód i chcą mnie podwieźć, ale dziękuję. Prawie na wzgórzu na takim mini parkingu stoi kilka aut. Idę dalej gdy widzę pochyloną nad trawą wianuszek ludzi, miła pani nawet woła „proszę pana tutaj mamy salamandrę, oooo”… o nie, mam już czarno-żółte migotki przed oczami. Jak się domyślam ludzie, którzy gdzieś tam idą to na bank do cerkwi na Krywe. Ja schodzę bardziej na prawo od drogi by lekko na wschód od szczytu Ryli zejść koło jedynych mieszkańców Krywe. Z jedną połową się kiedyś poznałem i było nawet z gwinta na poznanie, z tą ważniejszą rozmawiałem tylko incognito trzy razy, tak na przestrzeni 20 lat. Gdy tam pierwszy raz tam zbłądziłem, to jak pamiętam, wisiała nad drzwiami ręcznie napisana tabliczka, tak coś w tym sensie… „Nie mów jeśli nie masz nic do powiedzenia”. Teraz, krzątającej się koło domu Pani Majsterkowej, zrobiłem ukłon, spytałem się „czy jest jeszcze mostek”… „tak, tam dalej”…” dziękuję i miłego dnia”… ”miłego”… więcej nic mądrego nie miałem do powiedzenia. Mostek był taki, że przechodziłem po nim „na czterech” by mi się nie przydarzyło coś podobnego, gdy kiedyś szedłem na Brenzberg. Jeszcze chwilka i cmentarzyk z cerkwią… wreszcie jestem! Trochę zwiedzam, robię zdjęcia, odpoczywam, posilam, popijam… o właśnie popijam... czy to tu „ktoś” specjalnie dla mnie przypadkiem nie miał „czegoś” schować? Jakiś gąsiorek cy cuś? Mówił, że schował, ale później sam odnalazł z innymi i… kurcze… teraz to będzie brzmiało niczym apel: Hej „ktoś”… nie ma zmiłuj, miałem obiecane literki (te od pojemności!), to miałem… a tu lata lecą, lecą i chyba też procenty!
No dobra, tak sobie też teraz przypomniałem mając w pamięci też wczorajszy post sir Bazyla.
Wracam do tematu. Zbieram się i idę mozolnie dalej do góry, czasami się zatrzymuję i spoglądam w dół i w dal. Przed kulminacją wzniesienia oglądam się a tam z dołu do góry wślizguje się po błocie jakiś gazik. Pada od 10 minut. Przyśpieszam by być przed nim na szczycie.
Cdn.
Załącznik 34502Załącznik 34503Załącznik 34504Załącznik 34505Załącznik 34506Załącznik 34507Załącznik 34508Załącznik 34509Załącznik 34510Załącznik 34511
-
2 załącznik(ów)
Odp: Słów kilka(dziesiąt) o niedawnym wypadzie w Bieszczady
-
Odp: Słów kilka(dziesiąt) o niedawnym wypadzie w Bieszczady
Zatrzymał się na machnięcie ręką. Wiezie kilka młodych osób, które tutaj przyjechały konno z Polany. Podwozi mnie do drogi odchodzącej na Sękowiec. Zerkam na zegarek, jest godzina 15.45. Teraz z buta do miejsca tak gdzieś przed leśniczówką w Chmielu, tam znowu łapię stopa do drogi na Nasiczne. Jeszcze jeden stop do pierwszej drogi w lewo, to tylko kilkaset metrów, ale gdy jadę to deszcz zmienia się w nawałnicę. Wysiadam i już daję sobie spokój ze stopowaniem, ostro zacina, cieknie ciurkiem z kurtki, z kapelusza, z nosa, spodnie też całe mokre… nie będę narażał wilgocią suchych siedzeń. Chociaż czuję kilometry w nogach to idzie mi się całkiem dobrze. Woda przelewa się po asfalcie, pokonuję kilometry do Nasicznego. Gdy dochodzę do pierwszych zabudowań widzę znajomy samochód. Jest 17.10, czyżby Ewa po mnie wyjechała? NIE! Ona jechała kupić papierosy dla mavo… nie mówi nic, ale to jest taki cichy op…..l. Jedziemy do budki w Dwerniku i wracamy do Nasicznego… Ewa jedzie dalej do Cisnej spotkać się z Michałem, ja idę do mavo pogadać, ale u niego czuję jak siły ze mnie odchodzą i udaję się do swojego pokoju. Umawiamy się na wieczór.
„Pod jaskiniami” biorę gorący prysznic, coś jem, sięgam po Oregona, zaskakująco mały czas postoju i nie dziwię się, taka pogoda zmusza do chodzenia. Zmierzyłem dwa etapy, od kościoła w Zatwarnicy do miejsca gdzie złapałem gazika wyszło 18,36 km i drogą asfaltową od Dwernika 3,12 a gdy doliczę kilkaset metrów za Sękowcem i początek do kościoła to spokojnie mogę sumę zaokrąglić do 22 km.
Na smartfonie włączyłem też Endomondo, ale gdy odskakiwałem w chaszcze to włączyłem niechcący pauzę i dopiero schodząc na drogę przy sprawdzaniu czasu ponownie wystartowałem. Na niewiele się to i tak zdało bo gdzieś gdy wracałem z Krywego baterie padły całkiem. Mam nauczkę, smartfon jak będę brał w góry to tylko taki na zapas na „w razie czego” a tak to kartę sim przekładam do Nokii E52.
Cdn.
-
Odp: Słów kilka(dziesiąt) o niedawnym wypadzie w Bieszczady
Gdy Ewa mnie obudziła już zaczęło się ściemniać, idziemy do mavo. Tam poznajemy, będącego z sąsiedzką wizytą, gospodarza z Gościńca, który jest jednocześnie pracownikiem BPN. Rozmawiamy o Parku (trochę podpytałem o sprawy mnie interesujące), rozmawiamy o zamkniętych strefach, o zwierzętach, o różnych sytuacjach z nimi związane, uzyskujemy też potwierdzenie, że spotkanie z niedźwiedzicą i rocznymi jej maleństwami to najgorsza rzecz jaka mogła nam się wydarzyć w Bieszczadach a my takie spotkanie przeżyliśmy mając ich w odległości zaledwie 25 metrów, Tylko dzięki splotowi różnych wydarzeń nie zostaliśmy wtedy zauważeni. Normalnie niedźwiedzica, gdy ma w pobliżu swoje maleństwa, zwłaszcza takie do jednego roku, to w przypadku niebezpieczeństwa, a człowiek jest wtedy zagrożeniem, atakuje instynktownie. Potrafi nawet zostawić swoje małe i to nawet na znaczną odległość, by "załatwić" zagrożenie. Potrafi je później odnaleźć w promieniu do 2 kilometrów. Trochę też posłuchaliśmy opowieści o jego spotkaniu z niedźwiedziem i też jego kolegi, któremu mniej się poszczęściło.
Myśmy wtedy wzorcowo postąpili. A miałem wtedy odruch by zrobić im zdjęcie, aż boję się pomyśleć co byłoby dalej.
Mniejszy Jasiu zasnął, „człowiek z BPN” poszedł do siebie a myśmy jeszcze sobie trochę pogadali. Znowu po omacku wracaliśmy na nocleg.
Cdn.
-
Odp: Słów kilka(dziesiąt) o niedawnym wypadzie w Bieszczady
04.05.2014 niedziela
Wstajemy przed ósmą, za oknem drobna mżawka, pochmurno i zimno. W nogach czuję, że tak ładnie powiem… zespół opóźnionego bólu mięśniowego, który po kilku dniach na pewno minie, czego nie mogę powiedzieć o myślach związanych z Bieszczadami. Normalnie jak dłużej tutaj chodzę to właśnie czwartego dnia robię sobie odpoczynek połączony najczęściej z przeniesieniem w inne miejsce lub coś wymyślam by tego łażenia było jak najmniej. Dziś też się przemieszczam, ale niestety to już wyjazd. Śniadanie takie jak lubię najbardziej plus poranna kawa z mlekiem i czas na pakowanie. Zaczynam od butów, które są nadal mokre po wczorajszym łażeniu. Mają już 6 lat, kiedy pisałem tutaj pierwszy post w „Słów kilka…” to właśnie były po pierwszym razie, nie mam słów uznania dla nich, jeszcze sporo pochodzą.
Zawsze gorzej mi idzie pakowanie, gdy jest to powrót, nic nie dokładam a wszystko nagle nabiera objętości i wagi.
Żegnam się z panią Haliną i mówię do zobaczenia, do następnego razu. Niesamowicie pracowita kobieta… niesamowicie.
Kilka słów o miejscu gdzie spałem… „Gościniec Pod Jaskiniami” zmienił się od maja tego roku. Kiedyś miał wejście po schodach od strony zachodniej a teraz ma wejście od wschodu i z parteru. Za drzwiami jest duże pomieszczenie służące zarówno za jadalnię, kawiarnię, i salę telewizyjną. Dobyło też pokoi (na stronie internetowej jeszcze tego nie dodano). Można w czasie pobytu lub wcześniej zamówić śniadania, obiady, kolacje lub obiadokolacje. Państwo Polakiewicze są bardzo komunikatywni i chętni do wszelakiej „współpracy” by wszystko grało po myśli ludzi tam wypoczywających. Byłem świadkiem gdy już pod wieczór rozmawiano o wodospadzie na Hylatym i jak tam dojść… nie ma sprawy, możemy zaraz tam pojechać i zaraz też tych co chcieli to tam zawieziono. Mają busa więc dowożą na szlaki i odbierają a że mają telefon stacjonarny (też i WI-FI) więc w tej głuszy GSM-owej to skarb.
Na piętrze gdzie są pokoje dla gości, jest ogólnodostępna lodówka i czajnik. Łóżka wygodne, czysta i świeża pościel, czysto, ciepła, ba gorąca woda w kranie i prysznicu o każdej porze. Nawet, ku mojemu zdziwieniu na noc włączano kaloryfery (a może i na dzień też, ale ja całkiem wyłączyłem w pokoju)… bo gdzieś byli ludzie z małym dzieckiem. Ja płaciłem 35 zł od osoby (bez jedzenia) co jest ceną przystępną i tak płacą wszyscy.
Bywam kapryśny, jeśli chodzi o kwatery, tą jednak polecam. Wystarczy spojrzeć na mapę i każdy przyzna, że miejscówka palce lizać i to dla wszelakiego łazikowania bez względu na wiek. Próbkę tego opisałem. Więcej o miejscówce na stronie http://www.podjaskiniami.pl/index.php a jest co poczytać, może też i zainspirować do wcześniejszej logistyki przed pobytem w tym miejscu.
Zapakowani w samochód podjeżdżamy do mavo, z pół godziny rozmawiamy i bez mała ścieramy ukradkiem łezki cisnące się w kącikach oczu. Przed godziną 10 wyjeżdżamy z Nasicznego, jest zimno i siąpi deszczyk. Na Przełęczy Wyżnej łapiemy zasięg i dzwonię do Michała, że dojedziemy gdzieś przed 11, deszcz miesza się ze śniegiem. Następnego dnia gdy Ewa rozmawia z mavo ten mówi, że właśnie na wspomnianej przełęczy, gdy wracał godzinę później do domu, wszędzie było biało.
Z Wisana zabieramy młodych i w Lesku, co każdy no… prawie każdy wyjeżdżający i zaprawiony w bojach bieszczadnik robi i ma w obowiązku, jedziemy do Szelców. Tam można odbudować tkankę tłuszczową i zamulić się cholesterolem. Ja biorę wuzetkę i napoleonkę z nugatem, Michał jest lepszy i bierze trzy ciastka plus dwa jego obecna połówka i jeszcze się wracają po większy pakunek, Ewa trzyma linię i tylko tak ciut-ciut posmakuje od każdego, do tego zamawiamy różne kawy. Szelcowie wiedzą jak osłodzić życie swoim Klientom. Biorąc pod uwagę jak się zmieniło otoczenie i sama cukiernia, od czasu gdy tam byłem pierwszy raz, to… dobrze słodzą, oj dobrze. :razz:
Ja mam bardzo wysublimowany smak na dwie słodkości: wuzetka (torcik warszawski W-Z) i tiramisu. Mam też swoje wzorce na ich smak i zawsze odnoszę się do tych wzorców. Wzorce są od lat niezmienione, chociaż wszędzie i gdzie się da, są prowadzone nowe testy. Wuzetki wzorzec jest robiony u Walczaków w Warszawie w Al. Niepodległości, ale ten od Szelców też ekstraliga. Wracając do Szelców to mają tam wszystko super! Zostawiając za sobą Bieszczady to idealne miejsce na osłodę łez powrotu.
Od Sanoka robi się ładna pogoda i czym dalej tym jest ładniejsza.
Wracając, chcemy, młodym pokazać to co być może za jakiś czas całkiem zniknie z polskich rzek a co już buba na Forum wykrzyczała „Precz z mostami!! Niech żyją promy!!”. Nic nas nie gnało, więc na prom tzw. górnolinowy czekaliśmy pół godziny, była kolejka, bo wchodziło na niego tylko trzy samochody. Wtedy też, aby osłodzić nam czekanie, młodzi wyciągnęli torcik owocowy na kruchym cieście od Szelców. Za przeprawę zapłaciliśmy 6 zeta, tyle płaci się za samochód osobowy.
Kiedy ponownie w Bieszczady… kiedy?... no to do następnego razu.
-
Odp: Słów kilka(dziesiąt) o niedawnym wypadzie w Bieszczady
Pewien podkrakowski Mistrz loży nasiczniańskiej a jednocześnie Prezes wielce tajemnej organizacji dał znać swoim głosem przez umyślnego by szykować się na zebranie w "strefie ciszy GSM-owej". Trza się szykować, może trza odświeżyć pewną świecką tradycję, może trza nawet odbić Balniczkę, może trza odkopać lub sprawdzić czy nadal jest zakopane to co onegdaj skitraliśmy na D-K? Już tam Mistrz wie co!
...Hej, szable w dłoń, łuki w juki, a łupy wziąć w troki.
Hajda na koń, okażemy się godni epoki.
Ruszamy w bój, by Balniczkę uwolnić od zbója...
-
Odp: Słów kilka(dziesiąt) o niedawnym wypadzie w Bieszczady
Byłem w listopadzie, byłem, byłem i wiem, że muszę pobyt spisać, ale firma mocno ostatnio absorbuje mój czas. Ale napiszę!
-
Odp: Słów kilka(dziesiąt) o niedawnym wypadzie w Bieszczady
Dobra kawe daja w Nasicznym.:razz:
-
Odp: Słów kilka(dziesiąt) o niedawnym wypadzie w Bieszczady
Kawę powiadasz ?
Nie mogłeś tego wcześniej zapodać, a tak tylko poiłem się powszechnym płynem na "belce" kilka dni temu
-
Odp: Słów kilka(dziesiąt) o niedawnym wypadzie w Bieszczady
-
Odp: Słów kilka(dziesiąt) o niedawnym wypadzie w Bieszczady
Mavo tylko ja kumam o co biega z tą kawą i rozumiem aluzję oraz zakamuflowane ponaglenie. Sprężam się i... zacznę spisywać moje ostatnie dwa pobyty. Z weną do pisania u mnie jakoś ciężko, ale posłużę się słowami Zalewskiego... "słowo się rzekło kobyłka u płota". Zaczynam od dziś, będę pisał powoli bo wiem, że czytasz/czytacie powoli ;)
-
1 załącznik(ów)
Odp: Słów kilka(dziesiąt) o niedawnym wypadzie w Bieszczady
08.11.2014 Nasiczne
Kończę pracę o 18, szybko do domu, przebranie się, pakowanie, tankujemy już na początku do pełna i w drogę, czeka nas ciut ponad 400 km. Nie jedziemy jakimiś skrótami by oglądać coś nowego po drodze, raz że słońce już zaszło o 16.08, dwa to nie chcemy po ciemku kręcić się po nieznanych drogach. Póki jeszcze niezbyt późno rozmawiam z Wojtkiem i… z bratem bo w listopadzie 2014 roku nastąpi nasze historycznie pierwsze wspólne spotkanie w Bieszczadach. On już zarażony przeze mnie opowieściami o „dzikiej” krainie kilka razy tu bywał, często na góra 2-3 dni. Brat Zenek będzie się więc, chcąc nie chcąc, z musu przewijał w moim opisie . Z Wojtkiem1121 (później już będzie bez cyferek) wszystko dograłem, jeszcze kilka telefonów i został jeszcze raz telefon do Zenka… on z Rzeszowa miał startować, gdzie miał tam chwilowy pobyt rodzinny, nie musiał więc jechać z Wawy. Dałem mu info, że jak tylko zjedzie ze Smolnika, ale koniecznie przed Dwernikiem, to musi do mnie zadzwonić… później to sobie może pomarzyć. Upewniłem go, że ma wszystko załatwione. Niewiele brakowało by jednak nie przyjechał. „Pod Jaskiniami” wszystko było zajęte, ale szczęśliwie przez dwie noce zarezerwowany pokój przez Wojtka miał być pusty, pani Halinki nie miało być w Nasicznem i z tego względu nijak nie chciała się zgodzić na przekazanie kwatery, gdy będzie nieposprzątane. Na informację, że brat ładnie posprząta po swoim pobycie a on na to przystał, to Wojtek tylko powiedział „spoko” i… logistycznie zostało wszystko dopięte. Brat gdzieś przed 21 zadzwonił, że mija Smolnik, ale nie wie w którym pokoju będzie mieszkał a ten brak informacji później zamienił się w znamienne w skutkach zdarzenia dla wielu(!!!) ludzi.
Teraz będzie bardzo długie zdanie jako, że piszę wolno to i Wam czytającym sporo zajmie czasu… my jechaliśmy dalej, nagle tuż za tabliczką informującą, że hmmmm wjeżdżamy do Nasicznego, a już minęło 48 minut pierwszej godziny soboty, nagle Ewa zatrzymuje samochód, sięga do swojej torebki, grzebie, grzebie i grzebie (chyba wiecie ile czasu zajmuje kobiecie znalezienie czegoś w torebce?) i wreszcie wyjmuje smartfon, co mnie w tym miejscu totalnie dziwi, ale stoickim spokojem, milcząc, czekam na dalszy rozwój wypadków a ona najnormalniej w świecie robi zdjęcie desce rozdzielczej. Skończył się stoicki spokój a zagrała ciekawość… co się dzieje?... no zobacz jaka jest tutaj temperatura, przecież to już dekada listopada, środek nocy! Patrzę, fakt, ciepło. Na załączonym zdjęciu zobaczycie ile stopni Celsjusza zarejestrował licznik temperatury.
Jeszcze 5 minut i jesteśmy pod Zajazdem. Syn pani Halinki czekał, dał nam klucze, a my nawet nie wchodząc do pokoju, z buta poszliśmy troszkę wyżej do „domku mavo”, właśnie tak ją nazwę bo wtedy jeszcze nie miała swojego nowego pełnego i medialnego imienia.
Przed domkiem mavo paliło się nikłe ognisko, z okien na parterze sączyło się równie nikłe światełko, znaczy się tajemnie rozpowiadana impreza jednak doszła do skutku. Po przywitaniu się z ogromem ludzi zapowiedzieliśmy, że jak się rozpakujemy to wrócimy. Tak też zrobiliśmy, chociaż wychodząc ani brat do nas nie wyszedł, ani nie zauważyliśmy światełka w oknie, co by znaczyło mocny bieszczadzki sen u Zenka. Nie będę opisywał co gadaliśmy u mavo z masą ludzi zakochanych w Bieszczadach, kto był tam, jak wyglądał, ile i co piliśmy, co jedliśmy… zdradzę, że my ze swej strony przywieźliśmy 10 kilogramów w sporym garze bigosu z wkładem „od serca” bo wszak dla z znamienitych gości przeca było, wiaderko kiszonych ogórków, sporą kamionkę swojskiego smalcu i trochę chleba by nie wspomnieć o napitku. Patrząc jak znika myślę, że smakowało.
Zapowiedziałem wyżej, że nie wspomnę co gadaliśmy, uszczknę jednak rąbek bo o tym muszę… już „trochę” czasu minęło gdy wymsknęło się mi albo Ewie, że pod Jaskiniami śpi mój brat i nawet nie wiem w którym pokoju, bo bym go tutaj przyprowadził. Nastąpiło to czego w najchłodniejszych myślach nawet nie świtało, nagle tak nawet bez jakiś dłuższych debat, nawet nie wiem kto był pomysłodawcą lub inaczej inspiratorem, chociaż jakieś podejrzenia mam, nastąpiło, tutaj sparafrazuję Mickiewicza… ostatnie pospolite ruszenie w Nasicznem. Każdy kto żyw, ja zostałem (chyba bojaźń obciachu przed bratem mnie wstrzymała!), ze „szkłem” i co kto miał pod ręką, aż mi się wtedy przypomniała sławna piosenka „Hej, szable w dłoń, łuki w juki, a łupy wziąć w troki”. Nasiczne ożyło w środku nocy, echo niosło, grozą powiało po dolinie, zwierzęta przyzwyczajone do ciszy, zamarły po krzakach, wydawało się że nawet strumyk Kniażki nawet zatrzymał swój bieg wody, konie śpiące nieopodal zaczęły rżec jakby z genów przypomniały sobie zgiełk bitewny ojców i matek sprzed kilkuset lat. Ja zamknięty w chacie mavo nawet przez ściskane uszy słyszałem dochodzące do mnie kilkunastominutowe wołanie Zeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeenek! !!... Zeeeeeeeeeeeeeeeeeenek!!!!!
By nie przeciągać, tym bardziej, że nie byłem naocznym świadkiem niczym Gall Anonim mogę bazować tylko na opowieściach zasłyszanych co tam się działo. Zenka w niewolę nie wzięto bo jak już rano się okazało, on obudziwszy się wywnioskował, że okazanie swej obecności może tylko doprowadzić do jakiejś biblijnej tragedii, że starszy brat niczym Kain przyszedł zabić młodszego brata.
Gdy pospolite ruszenie wróciło, opowieściom nie było końca, ale na szczęście już nikt nie wpadł na jakiś inny niecny pomysł i wszystko działo się w „chacie” lub w jej bezpośredniej bliskości.
Chyba świtało, jak my postanowiliśmy się „ewakuować” chociaż ja miałem szekspirowski dylemat „czekać albo nie czekać na świt”… zmęczenie, jakby je nie nazwać, zaczynało jednak dawać po głowie.
Przezornie jednak, gdy zauważyliśmy prześwity na dnie gara z bigosem, dyskretnie go u mavo schowaliśmy, by mieć co zjeść gdy będzie mocno słońce swieciło.
Pierwszy wpis, jak naocznie widzicie, nijak nie ma nic wspólnego z jakimiś wędrówkami, opisem przyrody itp., więc tych chłonących wszystko co bieszczadzkie zapewne nie zaciekawił, ale może (a co będę zdradzał!) dalej coś wyskrobię, muszę jednak wcześniej sięgnąć ku zasobom pamięci. Chociaż, uczciwie napiszę, będzie też trochę pikanterii ;)
Załącznik 37806
cdn
-
Odp: Słów kilka(dziesiąt) o niedawnym wypadzie w Bieszczady
08.11.2014 Nasiczne
Tak coś po godzinie ósmej otwieram oczy i ogłaszam pobudkę. Kiedy tylko ogarnąłem się koło siebie poszedłem do lodówki i też rozejrzeć się gdzie śpi braciszek. Ten przezornie miał szeroko otwarte drzwi i mogliśmy się witać, było u niego widać oznaki dłuższego snu. Nam było potrzeba jeszcze trochę czasu by wrócić do rzeczywistości.
Zenek miał pokój z balkonem na południową stronę, łapiemy na nim wyłaniające się słońce zza góry i rześkie poranne powietrze z zapachem ogrzewanej trawy, co dla mnie ma to zbawienne w skutkach działanie. Wszystko na zewnątrz znamionuje piękną pogodę na dzisiejszy dzień i możliwość fajnego spacerku. Zaczynam delikatnie zagadywać gdzie chciałby dziś pójść i co robić. Mam swoje plany, ale kiedy już zszedłem się tutaj z bratem to podporządkuję się jemu a może coś zmodyfikuję.
Wrócę jeszcze do tego pokoju, zaletą jest wspomniany południowy balkon, ale ma jedną małą niedogodność… jako jedyny pokój „Pod Jaskiniami” łazienkę z prysznicem ma osobno wydzieloną na korytarzu, jednak dedykowaną tylko do tego pokoju i zamykaną na klucz. Gospodarzom tak po prostu wyszło.
Kiedy jesteśmy gotowi, we trójkę idziemy do Chaty Wuja Mavo, tak będę już o niej pisał, chociaż nazwa powstała pół roku później. Tutaj już jest jakiś ruch, wszyscy są na chodzie, chociaż w różnym jego stadium przechodzenia z zombie do realnego życia przez zmycie z twarzy niedawnej nocy, patrzenia na słońce przez zmrużone oczy, pierwsze łyki kawy „na powrót”, też inne płyny służące do nawodnienia organizmu, śniadanie i zdawkowe rozmowy z niedawnym snem pod powiekami. Z Ewą przechodziliśmy to samo. Zenka anonsuję wszystkim, ma istne wejście smoka w towarzystwo, każdy chce się od niego dowiedzieć o jego mocnym śnie a może raczej o innych przyczynach nie ujawnienia swojej osoby podczas zbiorowego poszukiwania. Teraz docierają do mnie informacje, że „pospolite ruszenie” starało się wejść do każdego pokoju niczym CBA, tylko ci nasi nie czekali na godzinę szóstą. Były drzwi do pokoi, które zostały otwarte i aż boję dopuścić domysły co ich mieszkańcy wtedy myśleli… braciszek przezornie wcześniej zamknął swoje na klucz i jak wiemy za żadne skarby nie chciał się wtedy ujawnić. Teraz myślę, że ze szkodą dla wszystkich! Dla „pospolitego ruszenia” byłby łupem a on sam zapewne miałby też co wspominać.
Chatę opuszczamy gdy chyba już wszystkie "zombie" wróciły do krainy życia doczesnego. My wracając do siebie dopinamy marszrutę na dziś. Zenek nie chce się narzucać a my wyrażamy entuzjazm wspólnego spacerku, on chce się przejść na Przełęcz Nasiczniańską, ja rozwijam jego pomysł o przejście aż do Bereżek, on stawia opór by dojść do Koliby i wracać bo „no ale jak z powrotem?”, my prawimy o powrocie stopem, jemu ten pomysł nie mieści się w głowie… ot wychodzi na to, że stopował ostatni raz ze mną gdy mieliśmy długie włosy, naście lat, sprane dżinsowe dzwony, ja jeszcze lenonki, a wyznaczoną trasą była ta najbardziej kultowa Warszawa-Sopot-Warszawa. W Sopocie Kamiennym Potoku zbierali się nasi wszyscy znajomi. Ech to były czasy!
Konsensusu nie osiągnęliśmy i we trójkę wychodzimy z Gościńca gdzieś tak trochę po godzinie 12, brat z myślą o powrocie od Koliby a my ze spiskiem by dojść jednak do Bereżek. Dla Zenka to dziewicze przejście, moje już któreś tam w różnych wariantach, Ewa przeszła raz, ale z przeciwnego kierunku. Fajna trasa dla każdego, idealna zwłaszcza podczas ładnej pogody. Polecam szczególnie dla rodziców z dziećmi, ale wtedy warto trochę poczytać by później mieć o czym opowiadać o mijanych miejscach.
Cdn
-
4 załącznik(ów)
Odp: Słów kilka(dziesiąt) o niedawnym wypadzie w Bieszczady
08.11.2014 Nasiczne
Z Gościńca na mostek nad Nasiczniańskim potokiem prowadzącym wprost do bazy harcerskiej to rzut beretem. Możliwe¸ że wcześniej już to pisałem, ale z tym właśnie mostkiem mam ciągle powracające wspomnienia… pierwsze, gdy chyba ze dwie dekady lat temu chciałem przez niego przejść to dwóch harcerzy, tak na oko z 8-9 lat za mostkiem skrzyżowało swoje dwumetrowe laski i poprosili o hasło, co spotkało się u mnie z bardzo poważnym podejściem do sprawy… poprosiłem o widzenie z dowódcą i zostało to skwapliwie wykonane przez jednego z wartowników, ów dowódca już jakiś tak trochę starszy 12-13 latek zameldował się i stosownie przepytał o cel przejścia, nie omieszkał także poinformować gdzie przebiega granica BPN i… wyraził zgodę na przejście, nawet zgodził się na odpoczynek na pilnowanym przez zastęp terenie. Nigdy później już o hasło nie pytano, chociaż warty stały a nawet pamiętam jakąś wieżyczkę z wartownikami na niej. Drugie wspomnienie dotyczy moich dwóch podejść, jednego dnia, do odszukania jaskiń na wzgórzu 842 (jakoś tak mam mocno zakodowane w pamięci wzrokowej, że na ówczesnych mapach nie było nazwy Wysoki Wierch). Wtedy lało od kilku dni no i tego dnia też, już z rana Nasiczniański przybierał w siłę i wracając przez mostek czułem jak trzeszczy w szwach a harcerze uważnie go obserwowali. Na moich oczach nie dawał radzie wodnemu żywiołowi ku zresztą rozpaczy obserwatorów.
Wracam do lejtmotywu. Z opisanego mostku na Przełęcz Nasiczniańską trzeba podejść, tak circa prawie 200 metrów w różnicy poziomów a tu człowiek od dawna nie łaził, dziś mało spał, suszy tak… no trochę suszy, ciepłe słoneczne promienie też nie pomagają lenia wygonić. To jest raczej dzień na skitranie się gdzieś w głębokiej trawie na kocyku. Ewa z Zenkiem konwersując swobodnie już mnie odsadzają niczym kolarska ucieczka, ja się co chwila oglądam za siebie co daje swoiste poczucie pokonywania poziomic w terenie a może, trzymając się tematu kolarskiego, na autobus z napisem "Koniec wyścigu"? Jakoś na przełęcz wejdę a dalej to już mały pikuś.
Fizyczną podporą służy mi nieodłączna w bieszczadzkim łażeniu teleskopowa laska trekingowa a na plecach równie nieodłączny plecak Natalex z różnościami wewnątrz na każdą okoliczność. Plecak ten ma wszystko to co od niego potrzebuję, jest jakby dla mnie szyty na miarę i potrzeby. Dzięki sporym wstawkom z codury długo i dużo jeszcze przetrzyma. Są ze mną od drugiego pobytu w Bieszczadach.
Na „szczycie” zarządzam odpoczynek, brat oświeca, że musimy mieć wspólną fotograficzną pamiątkę z Bieszczad i już mnie ustawia na solo, Ewa później na 2 aparatach uwiecznia braciszków… to wiekopomna chwila dla mnie. Tyle lat łażenia po Bieszczadach i wreszcie jesteśmy w nich razem z bratem.
Załącznik 37807Załącznik 37808Załącznik 37809Załącznik 37810
Odpoczynek trwa kilkanaście minut, brat okopuje się przy swojej wersji wędrówki a my z Ewą, tak jakbyśmy się w myślach umówili, nie podejmujemy dyskusji. Za to w trójkę wprost nagadać się nie możemy w innych tematach.
Cdn
-
Odp: Słów kilka(dziesiąt) o niedawnym wypadzie w Bieszczady
To parę postów mnie ominęło, ale już nadrobiłem. Bardzo lubię Przełęcz Nasiczańską. W ubiegłym roku, idąc na Caryńskie spotkałem tam tylko raz jakąś parkę turystów, a był to środek wakacji. Wcześniej nikogo, ale było to kupę lat nazad.;)
-
6 załącznik(ów)
Odp: Słów kilka(dziesiąt) o niedawnym wypadzie w Bieszczady
08.11.2014 Nasiczne
Jeszcze kilka zdjęć okolicy i ruszamy dalej. Spacerkiem docieramy do tablicy informacyjnej i w prawo odchodzącej ścieżki do cerkwiska i cmentarza w Caryńskiem. Ewa sobie odpuszcza schodzenie w dół a ja nawet nie muszę namawiać braciszka by ze mną zszedł i zobaczył. W Bieszczadach to dla mnie cmentarz numer jeden, zachwycam się jego niezwykłym umiejscowieniem i swoistym urokiem.
Nie chcę robić jakiejś klasyfikacji cmentarzy, ale gdybym miał na szybko wymienić następne „ulubione”, to miałbym na bank jeszcze trzy, będzie w miarę „krótko”.... ten w dawnej wsi Bereźnica Niżna za historię ludzi tam pochowanych a i za umiejscowienie, ten w dawnej Balnicy za „coś” nie dające się określić piękno i panującą ciszę, no i ten cmentarz z Żubraczego, za to że formalnie nie ma statusu cmentarza i też choćby za niezwykły w formie współczesny grób Janusza Radziszewskiego a także za grób księcia Władysława Giedroycia. Gdzieś we wcześniejszych opisach z wędrówek wspomniałem o tych grobach i cmentarzu, nawet był czas, że skupiłem się na rozszyfrowaniu kim był JR współcześnie pochowany, nawet rzuciłem na Forum zapytanie, ale bez zbytniego echa. Stosunkowo szybko dotarłem kim był, ale nurtowała mnie okoliczność dość szybkiej śmierci, bo cóż to jest 49 lat życia i okoliczność pochówku na nieformalnym cmentarzu, aż pewnego razu znalazłem coś w necie http://pl.soc.religia.narkive.com/hW...skie-cmentarze
Dobra, popłynąłem z tymi cmentarzami, ale jak tutaj opisuję to mi się tak coś przypomni więc piszę, może będzie mniej nudno.
Zenkowi na dawnym cmentarzyku nawet nie starałem się przeszkadzać, był to chyba jego pierwszy stary cmentarz w Bieszczadach, widziałem jak po nim chodził w zadumie, jak stawał i zapewne uruchamiał nieraz wyobraźnię, po pewnym dopiero czasie zaczął robić zdjęcia. Dopiero wtedy nawiązałem z nim rozmowę, trochę powiedziałem o cmentarzu i niezwykłym położeniu, o drzewach i wskazałem cerkwisko. Sam nienawidzę jak mnie ktoś ponagla gdy jestem na cmentarzu wiedząc, że tym co tam leżą już się nigdzie nie śpieszy i należy im się zaduma a i jednocześnie zaduma nad „Memento mori”… przemijaniem zycia.
Teraz już prawie prosto starą asfaltową drogą idziemy spacerkiem do następnego etapu wędrówki jakim jest schronisko Koliba. Po drodze mija nas grupka ludzi wyglądających na jakiś „badaczopomiarowców” sądząc po niesionych atrybutach. Zaczynam się rozkręcać, czasami nawet idę dużo wcześniej niż Ewa i Zenek, czasami razem a czasami za nimi jak to ja. To jeszcze jakaś chyba „genetyczna” nostalgia za łażeniem w samotności po Bieszczadach. Odeszła ona już w niebyt, ale lubi tak niespodziewanie uruchomić się poprzez przyśpieszenie lub spowalnianie chodu by być samemu z myślami a raczej na pewno z ich totalnym resetem, tak jak to tylko i wyłącznie facet potrafi… wyłączyć całkowicie lewą półkulę mózgową odpowiedzialną za mówienie ;)
Załącznik 37817Załącznik 37812Załącznik 37813Załącznik 37814Załącznik 37815Załącznik 37816
Cdn
-
8 załącznik(ów)
Odp: Słów kilka(dziesiąt) o niedawnym wypadzie w Bieszczady
08.11.2014 Nasiczne
I tak spokojnym spacerkiem, prowadząc różnego kalibru dysputy lub czasami nawet milcząc, doszliśmy do schroniska Koliby. Była godzina 12.55 a wiem to ze zdjęć oooo nie nie, nie z pamięci.
Teraz już ciepłe, okrzepłe, bardziej osadzone w sobie i na ziemi niż wtedy gdy razem z mavo, też wtedy z jeszcze(!) „małym” Jaśkiem i co znamienne, też w listopadzie a dokładniej to dnia 13, lecz pięć lat wcześniej, bo w roku 2010, to schronisko widziałem. A gdyby tak się cofnąć jeszcze ze dwa lata temu do odpowiedniego wątku http://forum.bieszczady.info.pl/show...ghlight=koliba gdzie wstawiłem dwa zdjęcia w poście #71, to wtedy cisza krzyknie. W pamięci mam też zachowany obraz tego pierwszego z dużym drewnianym tarasem i wylegującym się na nim, w promieniach zachodzącego słońca, sporym wilczurem. Ot i mamy klasyczne przemijanie! Ot i jest retrospekcja.
Ewa z Zenkiem widzi Kolibę pierwszy raz, starej nie widzieli, ale zapewne ją też zapamiętają przez pryzmat sporego psa z... małym kotkiem. Tacy to właśnie gospodarze od razu, widząc jak się zbliżamy, wyszli nam na spotkanie. Gospodarz wyglądał na groźnego, by po chwili pokazać, że nas zaakceptował i jeśli będziemy trzymali odpowiedni poziom to zachowa obecny status quo przyzwolenia. Grzecznie wybraliśmy ławeczkę, grzecznie rozłożyliśmy się na niej na popas, poszliśmy też grzecznie zobaczyć wnętrze a ja jeszcze zobaczyć dokonane zmiany. Gospodarz wszędzie nam towarzyszył w bliskości „na skok”. Schronisko zaczyna łapać klimat, chociaż zapewne wszyscy z Was przyznają mi rację, że takowy tworzy się latami.
Kiedy już usiedliśmy do stołu, powyjmowaliśmy, w celach konsumpcyjnych, napitki i jedzenie to uaktywnił się kotek… a może to była „kotkowa”? Z Ewą i gospodarzami nić wzajemnej sympatii powstała od samego początku i nawet pozwalali sobie na wzajemne okazywane czułości i między nimi dystans interakcji przekraczał często dystans intymny, to tak gdybyśmy trzymali się nomenklatury komunikacji niewerbalnej. My staliśmy się tylko dawcami materialnej dobroci w czym mistrzem proszenia był gospodarz ten bardziej kotowaty.
Szczęśliwi czasu nie liczą więc posiedzieliśmy sobie tam trochę. Jak już się nasiedzieliśmy i nacieszyliśmy gospodarzami to sobie poszliśmy dalej, przecież nie będziemy tam siedzieć do rana ;)
PS. zdjęć jest więcej, ale przeca nie będę nimi Was katował.
Cdn
Załącznik 37818Załącznik 37819Załącznik 37820Załącznik 37821Załącznik 37822Załącznik 37823Załącznik 37824Załącznik 37825
-
2 załącznik(ów)
Odp: Słów kilka(dziesiąt) o niedawnym wypadzie w Bieszczady
08.11.2014 Nasiczne
Podczas zbierania się w dalszą drogę nikt z naszej trójki nawet nie stęknął jak idziemy dalej, pierwszy ruszyłem i zrobiłem skręt w prawo czym uczyniłem, że Zenek „wylazł z okopów”. Dopiero po chwili dotarło do mnie, że ;) powiewa nad nami ogromny sztandar z pacyfką. Wkroczyliśmy na oznakowany szlak, którym zapewne większość czytających szła w jedną, w drugą lub nawet w obydwie strony. Widać było, że jest bardzo zadbany tak by zbytnio nie zabrudzić sobie butów, z nowymi mostami, wyłożonymi przejściami na wiecznym błocie a i widać też małe zmiany przebiegu szlaku. Na tym odcinku nic specjalnego do opisu nie ma, ale pamiętałem jak 5 lat temu opisywałem ten kawałek i wstawiłem kilka zdjęć drzew to Wuka jako pierwsza a później buba zwróciła na nie uwagę to i tym razem też postanowiłem się tym drzewom przyjrzeć. Tylko tak z innej strony. Szybko pomyślałem o samym słowie DRZEWO, tak od strony gender (nienawidzę tego słowa!!!)… no jakiego jest ten rzeczownik rodzaju gramatycznego?… no tak, to rodzaj nijaki bo „to drzewo” a nie ta lub ten drzewo. To jak te drzewa, takie nijakie… się rozmnażają?... w mordę jeża, by nie użyć tekstu i gestykulacji z Seksmisji.
Tak powolnie i cichutko schodząc w dół zacząłem kumać, że drzewa gdy nikt nic nie widzi… znaczy się człowiek nie widzi, to one (te drzewa!) jednak uprawiają ten-teges i dlatego ich kurcze tyle jest, i to pomimo wycinki. Dzięki temu, że dwóm osobnikom nie udało się całkowicie przede mną skryć to mogłem im zrobić zdjęcia, no niestety(!) nie in flagranti, ale jednak. Jeden był już „po” a drugi „dopiero co” a może „przed”. I proszę mnie nie wyprowadzać z błędu bo ja swoje wiem i będę się trzymał tej wersji! I tyle! A zdjęcia jak chcecie sobie obejrzeć to się im, znaczy drzewom, dobrze przypatrzcie. Niestety na Forum nie ma opcji kliknij jak masz skończone 18 lat i zgadzasz się na wejście, więc musicie sami w sobie ocenić czy chcecie to oglądać i później się spowiadać czy jednak zachować czystość umysłu.
Załącznik 37847Załącznik 37848
Cdn
-
2 załącznik(ów)
Odp: Słów kilka(dziesiąt) o niedawnym wypadzie w Bieszczady
08.11.2014 Nasiczne
Jeśli już do tego fragmentu relacji dotarliście to spoko możecie zanucić sparafrazowaną piosenkę Maćka Pietrzyka… Boże nasz, Boże nasz, Boże nasz, jak ten dzień, jak ten dzień, długo trwa…
Sobie nućcie a ja brnę dalej. Mavo wytrzymujesz?
Do oznak(!) końca szlaku dotarliśmy o 16.20 (już wiecie skąd znam dokładny czas), piszę oznak bo tam gdzie kiedyś było totalnie dzikie, chociaż wszędzie było oznakowane, nawet na mapach, pole namiotowe to teraz stoją niczego sobie budowle drewniane z wszelakimi wygódkami w środku. To już nie przedwojenne sławojki nazwane ówczas na cześć pomysłodawcy pana premiera FSS, te są już takie na miarę czasów. Proszę tylko mi dać nazwisko projektanta bym zaczął jego imieniem sławić nowe przybydki w Bieszczadach. I zaznaczam, nie mówię tego z sarkazmem a z dumą!
Załącznik 37849Załącznik 37850
Jak widzę na jednym ze zdjęć, jakie zrobiłem bratu, to jednoznacznie widzę, że mu się podobało, że się rozluźnił całkowicie, dotlenił w 100% i nawet zapomniał o tym, że za małą chwilkę będzie łapał stopem samochody. Zdjęcia z wiadomych względów za żadne skarby nie upublicznię bo by trafiło do jakiś demotywatorów lub nie daj Boże gdzieś jeszcze indziej i kariera zawodowa brata, status poważnego człowieka, ojca, męża, w przyszłości, może niedalekiej też dziadka, by legła w gruzach. Cały czas się nawet zastanawiałem czy nie ma tu jakiś ukrytych kamer bo dziwnym trafem nagle zjawił się radiowóz Policji, sporą chwilkę stał i nas obserwowali, gdy odjechali to za chwilę zjechał jakiś terenowy ze SG by tuż po jego wyjeździe wjechał i zrobił kółko też ze SL. Jeśli taki fakt tam ma miejsce to jak nic mają Zenka nagranego na twardym dysku i prędzej czy później, oby jednak później, nagrania takie wyciekną gdzieś w mediach. Może banan jedzony przez brata był impulsem do udawania gatunku człekokształtnej a może sprawiło to o czym wcześniej napisałem. Tak przy okazji napiszę jeszcze… łazi się nie tylko po szlakach, chce się też czasami załatwić różne sprawy fizjologiczne w krzakach tzn. krzalach, różnie też klasyfikowanych a tu gdzieś przymaskowana foto-pułapka pstryk, pstryk albo co gorsza pstryk film. Później ci co tam powiesili to urządzenie oprócz uchwyconych zwierzaków mają też Ciebie… tak, tak Ciebie i to jak!
Nie zostaliśmy aresztowani ani wylegitymowani, wynika z tego, że nie zostaliśmy sklasyfikowani do grupy mogącej siać jakieś zagrożenie i z tego możemy być dumni… dobrze nam z gęb patrzyło J
I wreszcie tak oczekiwana a u brata nawet wywołująca bojaźń asfaltowa szosa, fizycznie należącą do Wielkiej Obwodnicy Bieszczadzkiej, co zresztą brzmi dumnie. Ustawiamy się odpowiednio po drugiej stronie, bo kierujemy się na rozjazd koło Smolnika. Zenek dzwoni do domu, że brat go poprzecierał kilometrami, ale bezpiecznymi terenami, że nic mu nie jest i… TERAZ BĘDZIEMY ŁAPAĆ STOPA. Stoimy i machamy, mijają nas ze trzy pełne samochody, ale ten czwarty, taki jakiś mały, się zatrzymuje, brat ocenia, po przymocowanym do tylnego fotela dziecinnym foteliku, że dla niego to miejsca zabraknie i ogłasza pozostanie na drodze i dojechaniu później. Pełna kultura. Facet niezrażony tymi słowami demontuje fotelik, chowa go do bagażnika i zaprasza go też do środka. Wraca do Rzeszowa, tutaj zostawił rodzinkę na week. Dowozi nas do rozjazdu na Zatwarnicę. Brat znowu dzwoni i zdaje relację gdzie jest itp. i co ważne to teraz tak się może zdarzyć, że następny postój może być już w „strefie bezmedialnej”. Podchodzimy kilka metrów i za 5 minutek 1 samochód i… jedziemy do Nasicznego. Pani ogólnie to prowadzi w Zatwarnicy jakąś knajpkę ekologiczną czy wegetariańską i wraca właśnie do domu do Hoczewia co nijak mi nie pasuje ani do tego, że właśnie tędy wracała i nijak nie mam w świadomości tej knajpki. Odległość od tego rozjazdu do Nasicznego nie jest kosmiczna, ale gadamy co nam ślina przyniesie i nawet docieramy do tematu Forum. Ten temat, jak się okazuje jest bardzo znany tej pani, a i owszem wczytuje się w niego bardzo często. Ewa na to, że tu siedzi gościu co tam zdarza mu się popełniać pisanie, mi pozostaje wyryć w jej w pamięci słowo Rekon pisane przez „c”, co pozwoli szybko znaleźć wątek i obiecuję, że o niej bez wątpienia wspomnę co niniejszym czynię i jeśli to czyta to jeszcze raz dzięki za podwiezienie, za rozmowę, za czytanie Forum i w ogóle całuję rączki. Tylko jak Pani jechała z Zatwarnicy do Hoczewa przez wspomniany rozjazd, w dodatku gdy tego tak potrzebowaliśmy, no i ta knajpka, jest a może była?… nijak wietrzę tu jakiś arealny świat, ale przecież byli świadkowie! Wysiadamy „Pod Jaskiniami”. Można!?
Nucicie jeszcze?... nućcie dalej, wszak dzień 8 listopada jeszcze trwa, chociaż już zaczyna się ściemniać. Przecież jeszcze pójdziemy do Chaty Wuja Mavo a tam czeka skitrany bigosik mhhhhhmmm.
Cdn
-
Odp: Słów kilka(dziesiąt) o niedawnym wypadzie w Bieszczady
Jeszcze dodam do w/w relacji... kiedy, tam na nowocześnie wyposażonym polu namiotowym sobie staliśmy a brat oczywiście zdawał relacje żonie, na głos poradziłem mu by zrobił zdjęcia stojącym tam tabliczkom z napisami "UWAGA ŻMIJE!!!" i je wysłał. Błyskawice trysnęły mu wtedy z oczu, zrobiłem jednak unik i już dalej trzymałem swój niewyparzony język za zębami.
-
Odp: Słów kilka(dziesiąt) o niedawnym wypadzie w Bieszczady
Cytat:
Zamieszczone przez
Recon1
chcesz i... masz :).
Przy okazji przesyłam też zdjęcie domku myśliwskiego którego już nie ma. Zdjęcia były robione 3 lipca 1997 roku.
http://forum.bieszczady.info.pl/show...eszczady/page5
Podaję link gdzie można jeszcze bardziej wyraźnie zobaczyć domek myśliwski, ale z okresu Rainbow Family, w którym mieściło się wtedy "szefostwo"... niewiele się zmienił, jak widać, przez 6 lat no i nie ma mnie w oknie na pięterku ;)
http://podroze.onet.pl/ciekawe/tecza-nad-tworylnem-czyli-hipisi-z-rainbow-family-w-bieszczadach/pn5dnp
-
Odp: Słów kilka(dziesiąt) o niedawnym wypadzie w Bieszczady
08.11.2014 Nasiczne
Ogarniamy się i we trójkę idziemy do Chaty Wuja Mavo. Tak z rozpędu zabrałem się do pisania,ale napotkałem lukę w pamięci. Zapamiętałem moment wejścia, powitań i te rozbawione chytrze oczka mavo już od progu, które gdy ruszyliśmy do skitranego gara z resztką bigosu, były jeszcze bardziej świecące. W garze była mniejsza ilość niż gdy go maskowaliśmy. Wymowne spojrzeliśmy sobie z Ewą w oczy i oceniliśmy „jak w sam raz na 3 osoby”. Jakiś podjadek musiał dobrze kalkulować by nie przegiąć. Wszystko dokładnie wyskrobaliśmy na patelnię i wtedy gdy roznosił się smakowity zapach, zjawił się… „natenczas mavo wzdął policzki jak banię, w oczach krwią zabłysnął, zasunął wpół powieki, wciągnął w głąb pół brzucha i do płuc wysłał z niego cały zapas ducha… głośny śmiech. Tak to on to, gdy w brzuchu mu zaburczało, wielce zdziwiony, że jeszcze wczoraj był cały gar dobrego bigosu a dziś już po nim śladu nie było, cichcem, bez zbytniego rozgłosu go szukał i… znalazł… i podjadł, acz miał też litość i dla nas coś zostawił. Co się przy tym ubawił to jego i nasze. My we trójkę ostatnie łyżki bigosu „hrabiego Barry Kenta” zjedliśmy a gdy kiedyś będzie potrzeba to mavo zaciągnie koło niego wartę honorową.
Już Ewa teraz mi wypełniła lukę w pamięci i przypomniała o przyjeździe ekipy forumowych ludzi z Ukrainy, którzy zawieźli tam światełka pamięci na polskie groby. Przypomniała też o świetnej w formie przekazu, w słowie i obrazie, gawędzie dotyczącej polskich himalaistów, odkryciu nam nieznanych publicznie faktów oraz wielu informacji „z pierwszej ręki” i to często z osobistych. Dla nas była to zupełna rewelacja! Dzięki Janku M. i Pierogowy! Przypomniała też, że i ja pokazałem film z… Powsimordzia 2012. Później to już kuluarowe rozmowy w domu i przed nim, wszak noc była ciepła.
Mój kochany braciszek mógł poznać ludzi zakochanych w górach, jakiekolwiek by one nie były, porozmawiać z ludźmi kochających te bieszczadzkie i myślę, że wracał do domu pełen wrażeń, niekoniecznie tylko związanych z łażeniem. Nikt już nie pamięta o której godzinie wyszliśmy spać do Gościńca.
I wreszcie ten pierwszy dzień zakończyłem spisywać!
Cdn…
a dalej będzie też o pewnym tajemniczym donie i będzie też o Jimi… oj będzie się działo!
-
Odp: Słów kilka(dziesiąt) o niedawnym wypadzie w Bieszczady
Przeminą lata i forum bieszczadzkie odejdzie w niebyt (bo kiedyś przestanie istnieć) wszelki słuch o tym ruchu zaginie.
Archeologowie będą przekopywać odnalezione przypadkiem dyski (tak, tak w przyszłości archeologowie nie będą się grzebać w ziemi tylko w dyskach)
Zdziwią się niepomiernie czytając o sławetnych imprezach w Chacie Wuja Mawo w Nasicznem
To dzięki gospodarzowi obiektu zostanie pamięć, choć nas już nie będzie. Pamięć o spotkaniach których spirytus moves była w osobie Pierogowego
Tak, tak, umiała się bawić szlachta w dawnych czasach - powiedzą.
a tym czasem czekamy na cd w osobie tajemniczego Don Pedro ....carrrrramba
Cytat:
Zamieszczone przez
Recon1
(...)
Cdn…
a dalej będzie też o pewnym tajemniczym donie i będzie też o Jimi… oj będzie się działo!
-
Odp: Słów kilka(dziesiąt) o niedawnym wypadzie w Bieszczady
Moze jakies pomysly na kolejna noc listopadowa.?:razz:
-
9 załącznik(ów)
Odp: Słów kilka(dziesiąt) o niedawnym wypadzie w Bieszczady
09.11.2014 Nasiczne
Jeszcze nie wiem czy w pierwszej relacji coś zdradzę, chociaż tajemniczy „don” po Google hula. On już wcześniej skontaktował się ze mną i zdradził tajemny plan porwania naszej ładnej forumowiczki a cel miał zacny więc obiecałem mu pomoc. To tak w nawiązaniu do zajawki.
A dziś mamy niedzielę, budzę się o 8.30 w trochę lepszej formie niż wczoraj, lecz z totalnym brakiem snu pod powiekami. Ewa za nic w świecie nie wychodzi spod kołdry, więc ja ruszam do pokoju brata. On jest bardziej zorganizowany, już jest na chodzie, po śniadaniu i zaczyna sprzątać, ja wyciągam go na balkon by się orzeźwić. Słońce jeszcze za górą, mgły zaczynają się tworzyć na krótki moment do czasu, aż całkiem wyparują. Od granic łąki i lasu na wschodnim zboczu Jawornika, widzimy jak, w miarę wychodzenia słońca zza góry z jaskiniami, promienie słońca spychając cień niedawnej nocy w stronę potoku Nasiczniańskiego, by go w nim w końcu całkiem utopić. Na drzewie rosnącym pod Gościńcem rozpalają się tysiące kropelek elektroluminescencyjnych. Ciepło promieni po dłuższej chwili zamieni te lampki w cząsteczki pary i puści w obieg w przyrodzie. Musiałem tę „chwilkę” zatrzymać na nośniku elektronicznym aparatu fotograficznego.
Załącznik 37889Załącznik 37890Załącznik 37891Załącznik 37892Załącznik 37893Załącznik 37894Załącznik 37895Załącznik 37896Załącznik 37897
Pomagam trochę sprzątać, Zenek zwija pościel na jednym łóżku i znosi swoje rzeczy do samochodu… czysty pokój czeka na nowego gościa. Ja też się ogarniam, jem śniadanie, poganiam Ewę i w tym momencie zjawia się Wojtek. Po powitaniu pomagamy mu bambetle przenieść do pokoju, zjada jeszcze jakieś śniadanie, bierze tusz i idziemy przywitać nowy dzień u mavo. Tam trochę gadamy z licznymi dzisiaj mieszkańcami i wracamy do Gościńca „Pod Jaskiniami”. W planie mamy wejście na Korbanię, to że w tej wycieczce chce uczestniczyć Wojtek, pozwala zwolnić nasz samochód z logistyki. Ruszamy na dwa samochody, ja z Ewą i z Wojtkiem w jego 4x4 a nas ma się trzymać braciszek. Jedziemy przez Dołżycę do Łopienki na „parking” koło cerkwi. Tam zostawiamy samochód Wojtka, przesiadamy się do samochodu Zenka, jedziemy do Bukowca i odbijamy w lewo w drogę prowadzącą w stronę Korbani. Tam na takim trochę większym „placyku-parkingu” zostawiamy samochód brata i startujemy na szlak zielony, który zaczął się trochę niżej. Układając plan wycieczki pomocny był opis Piotra Szechyńskiego (przy okazji przesyłam pozdrowienia!) na portalu twojebieszczady.net z którego często korzystam. To będzie moje drugie spotkanie z Korbanią a może gdy wchodziłem na jej szczyt, tak ponad 15 lat temu, to wchodziłem raczej na Patrola lub Patryja. Nie było wtedy żadnego szlaku, początkowo pamiętam tą samą drogę, ale od miejsca gdzie zaparkowaliśmy to już kierowała mną intuicja, mapa i busola.
Wojtek od razu się przyznaje, że już bardzo dawno nie łaził po bieszczadzkich górach więc gdy ruszamy to od razu zostaje w tyle. Nie idziemy na wyścigi i nic nas nie popędza, chociaż Zenek chciałby zapewne trochę trasy skrócić ze względu na czas. Intuicyjnie więc często stajemy, czekamy na Wojtka, często ktoś z nas idzie z nim z tyłu. Po kilkunastu minutach od startu podejścia, Wojtka doganiają ludzie ze specjalistycznym sprzętem do wykrywania metalu. Powszechnie wiadomo, że Korbania w okresie I Wojny Światowej została przez armię rosyjską silnie ufortyfikowana i góra jest posiekana śladami umocnień i drogami zaopatrzenia. Ta wiedza może właśnie kusić zbieraczy militariów. Wojtek w rzeczy oczywistej od razu z nimi nawiązuje rozmowę i nawet wymienia się kontaktami, chwilę z nimi rozmawiamy. Oni skręcają w prawo w las, od razu czesząc wykrywaczami runo leśne, my idziemy prosto pod górę.
Cdn...
-
8 załącznik(ów)
Odp: Słów kilka(dziesiąt) o niedawnym wypadzie w Bieszczady
09.11.2014 Nasiczne
Samo wchodzenie na Korbanię niczym specjalnym się nie odznacza, ot idzie się ścieżką pod górę, zmaga ze swoimi słabościami, odczuwa w mięśniach upływający czas, wsłuchuje w bicie serca, które przy dłuższym podejściu bez odpoczynku przechodzi w dudnienie. Pogoda wyśmienita jak na listopad i jak na ten miesiąc jest nadzwyczaj ciepło. Wojtek na pierwszym postoju postanawia pozbyć się trochę garderoby z siebie i robi przepakowanie plecaka. Wysoka wilgotność, temperatura i pokonanie ponad 400 metrów różnicy poziomów robi swoje, ale wspinaczka nie jest nudna i monotonna.
Nie ukrywam, że impulsem do zaplanowania wejścia na Korbanię była nowa wieża widokowa na jej szczycie, trasa zejścia do Przełęczy Hyrcza i na niej jakieś nowe budowle dla turystów.
Punkt geodezyjny Korbani osiągamy dosłownie ciut po czternastej. Na szczycie jest jakaś rodzinka z dużym psem. Wchodzimy na, już nabywającą sławy w Bieszczadach, wieżę, robimy zdjęcia, regenerujemy siły pojąc i posilając nasze organizmy. Wojtek, zanim jeszcze wszyscy unormowali rytm serca, już puścił w świat info „W tej chwili jestem na Korbani” (wpis oryginalny z fb) i koniecznie też ze zdjęciem i z dziewczyną u boku. Nie na darmo mówi się, że świat się kurczy przez nowe techniki medialne. Wystarczy smartfon z dostępem do Internetu, kilka maźnięć palcem po ekranie techniką Swype, pstryk-pstryk, jeszcze chwilka i cyfrowa informacja dociera do ludzi, którzy obserwują Wojtka na Facebooku. Już wiedzą, że właśnie „szczytuje” z jakąś dziewczyną wzgórze Korbani. Wojtkowi zajęło to może 1 minutkę!!!! Umiejscowienie tego miejsca w Bieszczadach już zapewne będzie wymagało kilka chwil na przeszukanie w Google. Mało tego, zaraz rozpoczną się „polubienia” na Wojtka profilu i przekazywaniu dalej.
Pomyślmy teraz… ile czasu szły w świat informacje od Zygmunta Kaczkowskiego lub Aleksandra Fredry o ich zdobywaniu szczytów w Bieszczadach? Ja jeszcze pamiętam jak z Bieszczad wysyłałem kartki pocztowe i często przychodziły do adresata gdy już wróciłem z gór. Później mój pierwszy telefon gsm, który po 2 tygodniach noszenia, sygnalizował, że jest urzyteczny gdy dojeżdżałem do Ustrzyk Dolnych. Sms-y wtedy dochodziły ciurkiem… czemu się nie odzywasz?,… gdzie ty jesteś?... daj znać o sobie! Ludzie nie potrafili zrozumieć, że w Bieszczadach nie było zasięgu, co i teraz też się zdarza a i są też tzw. głuche tereny. Teraz to nawet człowieka mogą zdalnie śledzić gdzie chodzi, ile chodzi, gdzie się zatrzymał, jak jechał, ile kalorii zużył a leśni i wojskowi śledzą na fotopułapkach i czujnikach. Co następne dekady przyniosą dla turysty bieszczadzkiego?
Wróćmy do szczytu Korbani, którego zupełnie inny obraz mam zakodowany sprzed lat. Kiedyś jakaś niewielka polanka zarośnięta ładną niedużą a bujną trawą, z ograniczonym przez drzewa widokiem na bliski świat, trochę jakiś kolein po bieszczadzkich monstrach i wszystko… nic ciekawego. Teraz szałasik, piętrowa wieża, ławeczki, miejsce na ognisko i nacięte drzewo na opał, dużo większa polana, ech… teraz to ma turysta życie!
Robimy kilkunastominutowy popas i teraz schodzimy do Przełęczy Hyrcza. Schodząc mijamy kilka osób idących w przeciwnym kierunku . Ewa z Zenkiem osiąga Hyrczą najszybciej, brat na czas gdy my z Wojtkiem dotrzemy, odskakuje jeszcze by zobaczyć kapliczkę. Na wypłaszczeniu przełęczy wchodzę w swój rytm i odskakuję od Wojtka na kilka minut. Cyber Wojtek gdy dociera do nas, oczywiście musi poinformować świat, że jest już na Przełęczy Hyrcza, co Facebook rejestruje o godzinie 17.26. Muszę napisać, że zejście było jakieś niezwykle długie i nieraz już myślałem, że za kilka metrów to już przełęcz. Po drodze są fajne mostki ułatwiające pokonywanie jarów i ogólnie jest bardziej urokliwe od wejścia J
Krótka chwilę biesiadujemy w dosyć sporym szałasie turystycznym, zwłaszcza ja mam wilczy apetyt, zjadam wszystkie kanapki z plecaka i jakieś słodycze regeneracyjne. Teraz skręcamy w lewo i kierujemy się na cerkiew. Słońce już zaszło i zaczyna się robić szaro, podkręcam tempo, idę pierwszy i to czasami nawet sporo przed resztą. Przed odejściem w prawo ścieżki czekam na Ewę, daję informację Zenkowi i Wojtkowi, żeby iść drogą a nie skręcać. Droga jest fatalna, spore błoto i dużo śladów zwierząt kopytnych też niedźwiedzia i wilka. Muszę przyznać, że ta błotnista droga idąca lasem, którą pokonywałem już kilkakrotnie, zawsze wywołuje we mnie jakiś niepokój wewnętrzny, ma coś w sobie takiego niepokojącego, jak żadna inna pokonywana przeze mnie trasa w Bieszczadach. Nie umiem tego wytłumaczyć! Teraz spowita w pogłębiającej się, z minuty na minutę, szarości wzmaga jeszcze bardziej ten wewnętrzny niepokój.
Załącznik 37898Załącznik 37899Załącznik 37900Załącznik 37901Załącznik 37902Załącznik 37903Załącznik 37904Załącznik 37905
Cdn...
-
Odp: Słów kilka(dziesiąt) o niedawnym wypadzie w Bieszczady
09.11.2014 Nasiczne
Jako pierwszy docieram do cerkwi, wchodzę do środka na chwilkę modlitwy, za moment dołącza Ewa. Nacieszyliśmy się surowym wnętrzem a gdy już wychodziliśmy to Wojtek nam oświadczył, że będziemy musieli zdać specjalny egzamin wchodzenia do dużej dziupli i będzie też oceniał zastosowane metody. Nie było żadnego zmiłuj! Ja, muszę się przyznać, że nigdy do niej nie wchodziłem, Ewa też nie a Zenek tym bardziej. W odwrotnej więc kolejności każdy z nas w środek się chował i co ciekawe, każdy inną techniką, czym całkowicie zaskoczyliśmy Wojtka. Każdy też został sfotografowany na wieczną pamiątkę. Zdjęcia bardziej naturalne wychodziły bez lampy błyskowej, chociaż był już zmrok. Pomimo zapadających ciemności przyjechał jeszcze na „parking” autokar z wycieczką chcącą zobaczyć cerkiew. Dostali czas minimalny, ledwo wysiedli, zobaczyli i… „wsiadamy szybko… odjazd”.
My też się we czwórkę zapakowaliśmy w Wojtka samochód i ruszyliśmy do samochodu Zenka. Dojechaliśmy na etap startowy gdy naprawdę mocno się ściemniło. Szybkie przepakowanie, przez co zapomniałem od brata zabrać cały mapnik i robimy dwoma samochodami nawrót. Jeszcze Wojtek wpada na „pomysł” i… ale tego nie mogę zdradzić bo skopię coś innego. Nie mogę w tym przypadku utrzymać chronologii zdarzeń. Wrócę do tego momentu trochę później.
Żegnamy się z moim bratem i jedziemy w dół do drogi 894, tam się rozjeżdżamy, każdy w swoją stronę, on w lewo do Rzeszowa a my w prawo do Nasicznego.
W Gościńcu robimy się „wyjściowo” i idziemy do Chaty Wuja Mavo, gdzie nadal sporo forumowych ludków z różnych stron. Trochę tam siedzimy i gadamy. Wojtek już na wejściu informuje Jimi, że jest umówiony z niejakim don Bazylio, który chce koniecznie ją gdzieś porwać. Nasza forumowiczka oczywiście dopytuje się… kto to jest?, czy go widział?, jak wygląda?... no, następuje istna eksplozja zaciekawienia. Wojtek informuje, że właśnie do niego zadzwonił (teraz dopiero się zastanawiam jak tam do tego Nasicznego mógł się dodzwonić?) i idzie go przyprowadzić. Mnie też prosi bym za chwilkę przyszedł do Gościńca. Widzę bardzo przejętą Jimi, mającym nastąpić spotkaniem i jak to dziewczyna stara się ogarnąć w czym czynnie pomagają jej inne niewiasty robiąc jej odpowiedni do okoliczności fryz, kolorują policzki itp. Idę do Wojtka, zastaję już, jak się okazuje, czekającego don Bazylio, który wygląda mi jakoś znajomo, ale… prowadzę go do Jimi… o niej tylko mówi po drodze i że chce ją porwać. Wchodzimy do Chaty, oczywiście od razu powstaje sytuacja z rodzaju „wesoła konsternacja”, Jimi… no właśnie Jimi…
W tym momencie, to co widziałem, to od razu przypomniał mi się fragment znanej kołysanki, która wymownie pasuje do powstałej sytuacji …„Patrzy Wojtuś, patrzy, duma, łzą zaszły oczęta, czemuś mnie tak okłamała, Wojtuś zapamięta. Już ci nigdy nie uwierzę, iskiereczko mała, chwilę błyszczysz, potem gaśniesz, ot i bajka cała.”
Miał być żart a tu wyszło tylko zakończenie tej piosenki „I skończona bajka…” To moje odczucia, ale później były śmiechy, przymierzanie czarnej peruki no i czarnych wąsów jakie miał Wojtek, były błyski fleszy, wiwaty i wszelakie przymiarki wąsów i peruki.
Niedługo po tym Wojtek, zaprasza mnie i Ewę do siebie na pogawędkę przy flaszce. W rezultacie jednak lądujemy we trójkę w naszym pokoju, połówka pęka, trochę zagrychy też ubywa i tak można zakończyć niedzielę 9 listopada roku Pańskiego 2015. Około północy idziemy spać.
Na krótko wrócę do pożegnania z bratem… Wojtek wtedy niespodziewanie się przebrał i zaskoczył Zenka, który nie poznał go w pierwszej chwili. Nas nie zaskoczył, widzieliśmy przygotowania.
Cdn…
-
Odp: Słów kilka(dziesiąt) o niedawnym wypadzie w Bieszczady
Widzę, że pojechałeś z grubej rury ;) Jedno jest faktyczne -dawno nikt mnie tak nie rozbawił jak Wy u Mavo ;>>>
-
6 załącznik(ów)
Odp: Słów kilka(dziesiąt) o niedawnym wypadzie w Bieszczady
10 listopad 2014
Śpimy jak na pobyt w Bieszczadach straszliwie długo, odsypiamy trzy ostatnie noce, Ewa daje wyraźne sygnały niechęci do jakichkolwiek wędrówek, ja bym się gdzieś powłóczył. Jest jakiś kompromis, chociaż nie wiem na jak długo. Obiecuję spokojny spacerek w okolicach Hulskiego. By zbytnio nie katować auta na wyboistej drodze, parkujemy na poboczu tam gdzie odbija dróżka na Pańskie Berdo. Przebieramy buty, ruszamy dalej drogą i odbijamy z niej w lewo na drogę biegnącą wzdłuż potoku Hulski. Na bocznej drodze w lewo zaraz za mostkiem wre praca nad załadunkiem ogromnych, już ostrzyżonych z gałęzi, drzew na naczepę. Po bokach stoją samochody osobowe pilarzy, w górze słychać ich pracujące piły, słychać bieszczadzkie monstra… trwa „huczne” ogałacanie z co bardziej dorodnych drzew zbocza Magury Hulszczańskiej. My idziemy dalej, jest przepiękna słoneczna pogoda, ciepło. Mijamy wodospad na Hulskim i odchodzącą drogę w lewo na jakiś mostek, tutaj jest podobnie jak niżej tylko jest jeszcze plac drzewny z ogromnym ciągnikiem, stoi też jakiś barakowóz. Idziemy dalej, kiedy w jakiejś odległości od nas majaczą tajemnicze tablice ostrzegawcze Ewa oświadcza, że ma dość i jeśli chcę iść dalej to ona tutaj zaczeka. Dochodzę do tych tablic, to granica BPN z otwartym szlabanem i odpowiednim ostrzeżeniem (na zdjęciu), dalej już idzie droga zarośnięta trawą i widać, że prawie nie używana. To północno-wschodnie wspólne zbocze Wysokiego Berda i Smereku. Na mapie Compassu na końcu tej drogi „coś” się znajduje, co od jakiegoś czasu mnie nurtuje. Ciekawość musi poczekać. Mija nas, załadowany belami drzew, samochód ze specjalną przyczepą, strach aż być koło niego w pobliżu patrząc na ogrom załadowanych drzew. Wracamy do auta, wcześniej zmieniamy buty bo błoto, w niektórych miejscach, było potworne i często naniesione przez ciągniki. Teraz jedziemy do Zatwarnicy zobaczyć czy coś się w niej zmieniło, lokalizujemy kino na które kiedyś przyjdzie czas i wracamy do Gościńca „Pod Jaskiniami”. Coś tam zjadamy, trochę odpoczywamy. Wojtek już z rana pojechał do jednej z kilku najmniejszych i odludnych wiosek w Bieszczadach. Wieczorem robimy wypad do Cisnej na mały rekonesans po knajpach. W Siekierezadzie jest jakiś koncert, ale odpuszczamy go sobie, odpuszczamy też odczyt w DK o człowieku legendzie Bieszczad. Kiedy dzwonimy do Wojtka to okazuje się, że on właśnie z niego wychodzi, jest więc okazja na krótkie spotkanie. Jeszcze chwilkę łazimy po miasteczku i z Ewą wracamy do Nasicznego. Jutro wyjeżdżamy.
Załącznik 37925Załącznik 37926Załącznik 37927Załącznik 37928Załącznik 37929Załącznik 37930
Cdn...
-
Odp: Słów kilka(dziesiąt) o niedawnym wypadzie w Bieszczady
Cytat:
Zamieszczone przez
Recon1
Na mapie Compassu na końcu tej drogi „coś” się znajduje, co od jakiegoś czasu mnie nurtuje. Ciekawość musi poczekać
Cóżeś Ty tam wypatrzył? Tam stoi tylko deszczochron...
-
Odp: Słów kilka(dziesiąt) o niedawnym wypadzie w Bieszczady
To wynika z mapy, ale nie byłem tam i nie widziałem :)
-
10 załącznik(ów)
Odp: Słów kilka(dziesiąt) o niedawnym wypadzie w Bieszczady
11 listopad 2014
No i mamy NŚN, witamy je w Nasicznem, ogarniamy się, ja robię sobie swoje ulubione śniadanie, które staje się moim porannym rytuałem i starcza całkowicie na rozruch. Ewa „walczy” i pije tylko kawę. Dość sprawnie idzie nam pakowanie tym bardziej, że Wojtek nas popędza bo dzisiaj się przeprowadza w inne miejsce. Idziemy się pożegnać do Chaty Wuja Mavo i w drogę. Jedziemy na dwa samochody do Wisana w Bystrem. Trasa zajmuje nam godzinę, Pomagam Wojtkowi przenieść jego bagaże do pokoju, później dzięki uprzejmości recepcjonistki zwiedzamy pokoje i pomieszczenia OW. Nigdy jeszcze w Wisanie nie spałem a jak widzę to są tam całkiem fajne warunki pobytowe z ładnymi pokojami dostosowanymi dla każdego.
Nasz samochód zostaje, my kitramy się do Wojtka Toyoty, z Ewą znamy bardzo dobrze okolicę więc przejażdżka będzie taką swoistą retrospekcją. Skręcamy w prawo, zatrzymujemy się koło leśniczówki, Wojtek stuka do drzwi, ale nikogo nie zastaje, Ewa zainteresowała się psami w klatce. Jedziemy zajrzeć do „tajemnej” chatki, później do Jeziorka Bobrowego, które teraz ma całkiem inne oblicze od kiedy zostało przyozdobione bogatą infrastrukturą dla odwiedzających i można teraz na nie popatrzeć z innej perspektywy. Jestem na nim czwarty raz i praktycznie za każdym razem widzę różne stadia przepoczwarczenia. Co zastanę następnym razem?
Ruszamy dalej, mijamy „więzienie” dla pszczół i teraz Wojtek chce z nami coś odszukać o czym my jeszcze nie wiemy i tego jeszcze nie widzieliśmy. Obelisk. Trochę trwały nasze wspólne poszukiwania, nie jest widoczny z drogi, za krzakami i na zboczu. Kiedy zostaje odnaleziony widzę małe ogrodzenie wokół niego i nawet wypalone znicze. Czyżby to jakiś grób, że palą przed nim znicze? Może to cokół dla unicestwionego krzyża? Dla mnie zupełna nowość, wcześniej nie znalazłem o nim jakiejkolwiek wzmianki, inaczej bym starał się go odszukać. Jeśli ktoś ma jakąś wiedzę na ten temat to proszę o info.
Jedziemy teraz na wzgórze, gdzie dawnej była wieś Kamionki. To moje jedno z najładniejszych wzgórz. We wcześniejszych mych opisach wspomniałem o moim marzeniu by tu kiedyś spędzić noc w namiocie a właściwie przed nim, cieszyć się gwiezdnym niebem bez chmur i otaczającą naturą. Marzenia są nadal aktualne! Kiedyś „bykiem” tu leżałem i nie mogłem nacieszyć oczu. Wspaniałe miejsce. Wtedy poszedłem na Przełęcz pod Suliłą a teraz samochodem wracamy w dół, później w lewo na Kalnicę, później w prawo na Kielczawę (tak, tak już Kielczawę), skręcamy na niezwykle dla mnie urokliwą wieś Roztoki Dolne i daje za nią do Wisana. Samochodem to szybko a przecież podobne kółko zrobiłem na nogach i też ze skokami w bok, czułem wtedy kilometry w nogach i wylałem też sporo potu. Jest tak kilka minut po trzynastej kiedy się z Wojtkiem żegnamy i ruszamy do Leska na ciacha i kawę do Szelców. Później już tylko prawie 4 setki kilometrów do domu. Bieszczady, do zobaczenia w maju!
Załącznik 38016Załącznik 38017Załącznik 38018Załącznik 38019Załącznik 38020Załącznik 38021Załącznik 38022Załącznik 38023Załącznik 38024Załącznik 38025
Cdn...
-
Odp: Słów kilka(dziesiąt) o niedawnym wypadzie w Bieszczady
Cytat:
Zamieszczone przez
Recon1
Obelisk. Trochę trwały nasze wspólne poszukiwania, nie jest widoczny z drogi, za krzakami i na zboczu. Kiedy zostaje odnaleziony widzę małe ogrodzenie wokół niego i nawet wypalone znicze. Czyżby to jakiś grób, że palą przed nim znicze? Może to cokół dla unicestwionego krzyża?
To jest taka mała bieszczadzka "wilcza kapliczka". Tylko, że akurat nie postawiona w podziękowaniu za uratowanie przed wilkami ale wręcz przeciwnie - w miejscu gdzie wilki zjadły leśniczego i podobno tylko buty z niego zostały. I rzeczywiście jest to cokół, na którym kiedyś był krzyż.
-
Odp: Słów kilka(dziesiąt) o niedawnym wypadzie w Bieszczady
asia999 dzięki Twojej informacji dość szybko rozszerzyłem wiedzę o "niewiadomym" obelisku koło Kamionek. Dodam jeszcze trochę dodatkowych informacji z Google i mamy chyba pełną wiedzę
Resztę informacji jest tutaj pod linkiem http://www.nowiny24.pl/apps/pbcs.dll...KEND/209562937
a fragment dotyczący tego konkretnego obelisku przekazuję poniżej za Nowinami 24
"Tam, gdzie wilków dziś najwięcej - w Bieszczadach - jest tylko jedna kapliczka o wilczym rodowodzie. A nawet nie kapliczka - tylko skromniutki, kamienny obelisk (do wojny był jeszcze na nim krzyż), w nieistniejącej już dziś wsi Kamionki pod Chryszczatą.
- To pamiątka zdarzenia z 1928 roku - opowiada Edward Marszałek - Wilcza wataha zżarła wtedy leśniczego, powracającego z Turzańska do Kalnicy. Bestie musiały być głodne. Z leśnika zostały tylko nasmarowane dziegciem buty."
Tym sposobem dowiedziałem się, że istnieją tzw wilcze kapliczki stawiane ku pamięci szczęśliwie zakończonym lub nie, napaściom wilków na człowieka.
-
2 załącznik(ów)
Odp: Słów kilka(dziesiąt) o niedawnym wypadzie w Bieszczady
01 maja 2015 piątek
Ostatnie wyjazdy w Bieszczady odbywają się podobnie… koniec pracy o 18, szybko do domu, coś na ząb, zniesienie do auta już wcześniej spakowanych bagaży, w najbliższej stacji tankowanie do pełna i jedziemy w Bieszczady. Jedzie z nami jeszcze niesamowity pasażer o którego wyjazd trochę powalczyłem z Ewą, jest z nim 12,5 roczny kundelek Kola. Ze „zdechlaka”, który nie potrafił wejść na 3 stopnie schodów i przejść więcej niż 300 metrów, w trzy lata zrobiłem zacnego piechura, pokonującego ze mną dziesiątki kilometrów, dziennie po kilka a czasami nawet kilkanaście z rekordem 18,5 jak dotychczas. Pies a właściwie to suka nabrała wiary we własne możliwości i potrafi czerpać z tego radość idąc nawet w śnieg, w mróz, w deszcz i błoto. Tak przygotowana Kola, po ludzku przeliczając z ósmym krzyżykiem na plecach, ma szansę za kilkanaście godzin zdobyć stopień psiego górskiego piechura. Dla niej a i dla nas będzie to swoiste wyzwanie, ale też ogromna odpowiedzialność. Według mnie, jako jej osobistego trenera, to powinna sobie dać radę. Na razie na kocykach na tylnym siedzeniu, sobie wygodnie siedzi i jedzie, dzięki moim wstawiennictwom, na swoje już niepierwsze wywczasy, chociaż pierwsze w góry.
Po drodze zabieramy jeszcze Michała „na pusto” bo jego bagaże są już w samochodzie. Dworzec kolejowy, tak kiedyś przez „media” wyśmiewany na całą Polskę i fotografowany kompletnie pusty, teraz pokazuje jak jest potrzebny dla ludzi, jak wszelkie spółki PKP liczą ciągły wzrost pasażerów i chcą się na nim zatrzymywać a dla miasta stał się „oknem na świat”. Pomysłodawca tragicznie zginął, wcześniej też za wszystko, łącznie ze swoim wyglądem był wyśmiewany. Dworzec został i służy ludziom, być może wielu podróżnych nawet nie wie komu zawdzięczają wygodę. Jakoś medialnie nikt teraz o nim nie pisze i nawet jakoś przestano się z tego śmiać… jeszcze by „ich” sukces pokazali.
Jak na środek wiosny i początek maja to nie mamy zbyt ładnej pogody… jest chłodno, lekko mży deszczyk, pociąg mający początkową stację w Olsztynie, mocno się spóźnia. Dla Koli jest to okazja obwąchania wszelkich okolicznych krzaczków i poznaczenia zapachem „ja tu byłam”., Było już dawno po zachodzie słońca kiedy wreszcie pociąg przyjechał, godzinę później też dotrzemy do Nasicznego.
Nie jedziemy tym razem do Gościńca „Pod Jaskiniami” a do Chaty Wuja Mavo, będziemy tam nocowali pierwszy raz, będziemy tam jedynymi gośćmi, będziemy też gospodarzami przez kilka dni. Późna pora ma swoje plusy w postaci małego ruchu na drodze i co też mnie ucieszy to widok księżyca w pełni na terenach niezabudowanych, zwłaszcza tam za Równią. Jedziemy cały czas i dopiero pierwszy przystanek „za potrzebą” mamy na parkingu za Czarną tuż przed kamieniołomami. W nocy niesamowite miejsce, zwłaszcza gdy księżyc schowany za wzniesieniem pasma Ostrego. Kola w nos łapie całkowicie nowe zapachy, jest nawet nimi lekko zszokowana, też emocjonalnie pobudzona. Dla niej właśnie zaczynają się niesamowite chwile, wcześniej nie uświadczone.
Dochodzi trzecia gdy wjeżdżamy na parking Wuja Mavo. Zgodnie z umową z Jasiem, nad drzwiami świeci się światełko zapalone przez panią Halinkę. Rozpakowanie bagaży, mycie i można spać. Gasimy światło. Tylko jak teraz zasnąć, gdy przez ogromne okno na piętrze, tak bez pukania, wchodzą do pokoju gwiazdy z księżycem a przed nimi bezczelnie zaglądają też drzewa konary, tak jakby chciały nas złapać in flagrante delicto na „czymś” a może to tylko zwykła ich ciekawość na nieczęstych tu gości? Widać jak księżycowa poświata otula łąkę na zboczu Jawornika. Gdy już jesteśmy w łóżku myśli moje są przy tej pełni i… gnieciuchu o którym pisał profesor Roman Reinfus w książce „Śladami Łemków” a za nim powtarzał Piotr Szechyński i ja też wam przytoczę, co będzie moim ostrzeżeniem dla sypiających w Bieszczadach. Gnieciuch pojawia się w nocy, zwłaszcza wtedy gdy jest pełnia, w postaci małego dziecka w czerwonej czapeczce też czasami jako kobieta i atakują śpiących na znak lub grzeszników. Kobieta napastuje tak, że nie pozwala wybranej ofierze się poruszyć i uniemożliwia oddychanie. Zwłaszcza rozważanie na jaki to sposób ta kobieta to czyni mobilizuje mnie, jako żem grzesznik i też nie posiadam poświęconej kredy ze sobą by zakreślić koła wokół łóżka, do zmiany położenia z na wznak na bardziej bezpieczne embrionalne. Jeszcze zerkam ukradkiem na okno i gdy nie widzę żadnych zaglądających cieni, nie słyszę też wilków, pozwala w jednej sekundzie ulecieć w sen. Nie wiem nawet czy Kola też zasnęła czy jednak poczuła się niezwykle odpowiedzialna za nas i czuwała gdy spaliśmy. Dla mnie była namiastką wspomnianej kredy.
Ps. załączone zdjęcia zrobiłem prawie dobę później, ale bardziej pasują do dzisiejszej mej pisaniny.
Załącznik 38059Załącznik 38060
-
Odp: Słów kilka(dziesiąt) o niedawnym wypadzie w Bieszczady
I wszystko jasne.Przez lata nie potrafiłem wyjaśnić sobie tych skrzypień,trzasków,szmerów.Podejrzewałem że mogą to być duchy węgierskich żołnierzy ponoć setkami pogrzebani nad naszym domem.
Ale teraz wiem że to tylko gnieciuchy.Bać się niema czego.
Jadąc w piątek wezmę kawałek kredy.:shock:
-
Odp: Słów kilka(dziesiąt) o niedawnym wypadzie w Bieszczady
Z pewnej lektury:
- siromachy:shock: ?!
- nieee, to tylko upiory:smile:.
Siromachy to podobno wilki, a opowieść Recona przypomniała mi o tym, że parę lat temu mój towarzysz wyprawy bardzo żle spał w Bieszczadach. Było to w Cisnej na kwaterze,
mogła być północ lub pózniej, przebudził się i przy moim łóżku ujrzał postać jakiegoś trola, który mówił do niego moim głosem, był zszokowany. Podobnie było w Żubraczym gdzie całą noc nie mógł spać a rano oskarżył gospodynią, że musiała odprawiać jakieś czary. Jego noga więcej nie chciała tam stanąć. Wtedy każdego dnia nie był w stanie rano wstać i przekręcał się z boku na bok podobno do południa( ja w tym czasie byłem w górach). Trochę zastanawiało mnie to, jak można przed snem odpalać papierosa od papierosa, popijać to czym się dało aż zobaczy się dno flaszki i puste paczki.
To musiała być sprawka gnieciucha, tak...wyjaśniło się po latach, gnieciuch jak nic.