Np idź ze Zbokami:D Ostatnio Marcowy świetnie się w tej roli spisał:P
Pozdrawiam Bieszczadzkich Zboków
Wersja do druku
masz absolutna racje!!!
a tak jeszcze co innego mozna porownac-ilosc smiertelnych wypadkow wsrod GOPRowcow, tych chyba nie mozna posadzac o brawure czy glupote jak bardzo wielu turystow.
Sama bylam swiadkiem jak 2 mlodych chlopakow w sniegu po kolana sie wybieralo na Koscielec-jak oni chcieli tam wejsc jak szlaku widac nie bylo???ale pewnie wlezli i nawet zlezli co nie zmienia faktu, ze dla mnie glupota totalna. Wyprawa na Orla Perc samemu o tej porze roku to tez glupota-nie mowcie ze nie. Ale jakby koles poszedl o tej porze roku na p.Wetlinska np to na 99,99999% by zyl...
Kościelec przy dobrych warunkach zimą to nie jest coś niemożliwego, oczywiście trzeba mieć trochę sprzętu (raki, czekan), dobre ubranie i (co najważniejsze) - doświadczenie zimowe. Że nie było widać szlaku, to akurat bez znaczenia, warianty zimowe akurat często są prowadzone inaczej niż szlaki wykorzystywane latem, ze względu na zagrożenie lawinowe. I akurat na Kościelec zimą samotnie bym się nie wybrał. Natomiast Orla zimą to już w zasadzie wyprawa taternicka.
A na Wetlińskiej owszem, nie spadniesz, ale jak Cię zadymka złapie, o co nietrudno, to łatwo zabłądzić i noc może złapać. A do rana na mrozie nie każdy przetrzyma.
Żeby już skończyć porównania wypadkowe Tatry - Bieszczady: Owszem, w tych drugich nie ma praktycznie przepaści powodujących w razie poślizgu natychmiastowy i definitywny skutek. Poza kilkoma stokami nie zdarzają się tam lawiny. Co nie znaczy, że można sobie Bieszczady lekceważyć i mówić, że to łatwe górki. Stracić zdrowie lub życie można nie tylko w wyniku upadku.
aj sorki nie dopisalam-ci 2 kolesie nawet dobrych butow nie mieli za to byli pelni radosci:)))i z pifkiem w reku. Mnie szlag trafia na takie cos, bo oni niech sobie i spadaja w dol, ale pozniej na ratunek ida inni ludzie ryzykujac wlasne zycie!!!
W zimie w górach wszystko zależy od wielu czynników.Tatry w zimie przeszadłem prawie całe,właśnie z wyjątkiem Orlej...był już problem z podejściem na Krzyżne.Z tamtej wyprawy najmilej wspominam zjazd na dupci do Czarnego Stawu.W górę szliśmy 3 godziny a zjazd trwał jakieś 10 minut! MF praktykujesz takie numery? Na Kościelcu w zimie byłem tylko raz i łatwo nie było.W następnym roku z Kościelca spadł mój znajomy ksiądz...była to jego ostatnia wyprawa w góry.Bieszczady w zimie to moje wyzwanie na ten rok i ciągle czekam na prawdziwą zimę...
Aż takich numerów to nie:-D
Nie jestem specjalnie mocny zimą. Umiem się mniej więcej bezpiecznie poruszać, ale brakuje mi doświadczenia. Nie potrafię np. w miarę pewnie ocenić pokrywy śnieżnej, więc jak nie ma super warunków i pogody, to poza doliny się nie pcham. Powyżej lawinowej II nigdzie nie łażę. Poza tym czasu brak ostatnio a zimą dzień jest za krótki, żebym bez noclegu, wychodząc rano np. z Kuźnic dał radę choćby Kościelec zrobić i wrócić przed zmrokiem.
MF u mnie z wolnym czasem na wyprawy to teraz też swoista tragedia(chociaż robię u siebie),to moje wspomnienia, jakieś 10 lat do tyłu.A z tą jazdą na dupie to muszę Ci powiedzieć że nikt z nas nie sprawdzał jak ten śnieg jest zwiazany z granią.Głupio się przyznać ale szliśmy w tzw.żywioł...Oj ta młodość!
ha! mam WAS! właśnie się znalazł kompan na moją wycieczkę w marcu. ziom z harc. teraz już będzie bezpieczniej nieco :D
gdybym sam nie jezdzil w bieszczady,prawdopodobnie w ogole bym nie jezdzil..no w kazdym razie bardzo rzadko.tak sie jakos sklada,ze gdy ja mam czas ewentualni kompani sa zajeci itd.nie mam z kim..
poza tym samotne wedrowki sa dla mnie najlepsze.slow brak zeby to wyrazic;nie chce mi sie teraz wierszy pisac,bo tylko poezja moze oddac te chwile w gorach.nie poswieca sie czasu i uwagi drugiemu czlowiekowi -jeno sobie i bieszczadom..
czytam tu rozne wzmianki o niebezpieczenstwie,niektorzy az w tatry zaszli :) kochani nie ma o czym gadac.odludzie dla czlowieka to ryzyko.zycie albo smierc;ale jakie zycie!!smierc pewnie tez lepsza niz w kapciach przed telewizorem.
"...cegła nigdy nikomu nie spadła na głowę ni z tego, ni z owego..."
Samotnie nie wyszedłbym na jakąkolwiek zimową wędrówkę. Połoniny, ze względu na ekspozycję, są mocno niebezpieczne w momencie zalamania pogody. Wiatr, deszcz ze śniegiem i problemy gotowe.
Odnośnie trawersu Jasla. Głupotą jest realizować dłuższe wyjścia zimowe bez rakiet (tego się nauczylem), w niesprawdzonym towarzystwie (to już wiedziałem) i bez doświadczenia (w toku). Akurat nauka wyniesiona z tamtej akcji mówi: "Dobry zespół jest niezbędny w zimie". Sam wysiłek torowania, noszenia sprzętu etc. sprawia, że solowe przejście zimowe jest ryzykanctwem. O ile w pozostałych porach roku, samotność stanowi dla mnie dpuszczalny margines ryzyka, to zimą nosi ona tylko cechy głupoty. Może mam za mało doświadczenia na solówki zimowe, i za kilka lat dojdę do etapu wyżeraczy. Na razie radzę zimowanie zacząć od łatwych tras pokonywanych w zespole.
http://forum.bieszczady.info.pl/show...?t=2555&page=2 - relacja z trawersu. Można wynieść trochę nauki z naszych błędów.
http://forum.bieszczady.info.pl/showthread.php?t=1191 - temat o samotnym wędrowaniu
A ja z tego wszystkiego wypije za tych co polegli na posterunku i za tych co zostali w lesnej gluszy i za tych co zeżarli wilcy i niedziwiedzie. Za piekne kobiety i szybkie qady. Wypije za tych odwaznych co ida w las nie zwazajac na nic poswieca sie na kazde ryzyko byle by tylko isc przed siebie dalej i dalej wiciaz i wciaz jak i zaciaz i z ta mysle spuszcze sie do jakies dziury kanalizacyjnej.
[Moderator]: Nie na temat!
dla mnie to jest doswiadczenie ktore wykracza poza wartosci madrosc,glupota.moze zabrzmi to dziwnie ale to jest jakby kwestia religijna.
jesli dopisuje zdrowie i kondycja po prostu ide.czas na nizinach spedzam dosc aktywnie wiec na ogol jestem przygotowany.stopniuje wysilek,pierwszego dnia ide dwie trzy godzinki i biwak.majac juz pewne doswiadczenie w zimowych wycieczkach (np.w zeszlym roku dukla-polany surowiczne-komancza-cisna-lopienka)wiem ile kilogramow moge dzwigac w zaleznosci od grubosci pokrywy snieznej.aklimatyzuje sie,wczuwam w organizm,bywa,ze sie wycofuje-siedze cztery dni w schronisku i sobie spaceruje po okolicy.nie ponosi mnie ambicja zdobywcy,panuje nad soba.
oczywiscie moze zdarzyc sie cos takiego jak skrecenie nogi czy podobna z pozoru nie grozna usterka,ktora w tych warunkach moze zabic..
takie ryzyko istnieje zawsze gdy czlowiek zmaga sie w samotnosci z zywiolem.uwazam,ze arbitralne stwierdzenia,ze cos takiego to madrosc lub glupota sa nie na miejscu.czesto ludzie wyrazaja ten poglad odnosnie wspinaczki,zeglugi czy innych ekstremow,zwykle powody sa dwa:brak poczucia tematu i strach.ja tez sie boje.strach jest potrzebny.samotne wyjscia zimowe to dla mnie gleboki kontakt z natura,z moja natura,z natura w ogole gdzie zanika poczucie "ja".to jest moj rozwoj.nie wyglaszam prawd uniwersalnych.nie uwazam,na przyklad,ze kazdy powinien tak robic.jesli jednak chce przejsc biegun,przeplynac atlantyk,pojsc w himalaje czy bieszczady,rozumiem,czuje.uff ale sie rozpisalem..pozdrawiam serdecznie
Jastrzabku nie wchodzimy na tematy ciutkie eschatologiczne po prostu baw sie dobrze :-) wypije twoje zdrowko i za tych co w afganie zostali.;-)
czemu nie wchodzmy?nie pojmuje..ale dzieki.najlepszego!
Bo o tym sie rozmawia przy ognisku patrzac w zar badz wpatrzonym w gwiazdy a nie na tym ugorzoe mentlnym forumowym
jesli taka twoja wola to nie..ja moge i tu i tam.wole pogadac o czyms co wydaje mi sie istotne anizeli tylko se jaja robic.w koncu siadlem do kompa i czas leci,wole go zatem spedzic jakos konkretniej.jaja wole w knajpie czy na imprezce.moge rzecz jasna czasem w dadaizm sie pobawic...
Coz ci moge powiedz atawizmy w postaci zakodownych zachowan sprawiaja ze najlepiej sie rozmawia przy ogniu badz przy gwiazdach anie klepiac w klaiwture na sucho piszac banialuki.Poza tym wycinasz sobie caly przekaz werbalny i nawjwazniejszy niewerbalny.
To kwestia indywidualnego poziomu bariery ryzyka. Dla mnie samotnicza wyprawa zimowa to zdecydowane naruszenie owej bariery. Podobonie jak wszystkie wypowiedzi na forum, nie jest to prawda "uniwersalna", ale tylko wnioski z własnych doświadczeń. Ktoś o innych doświadczeniach, możliwościach - może mieć inne. (Metafizyka samotności jest mi znana, od kilku lat chodzę samotnie po B. i BN.) Powodzenia życzę na szlaku.
Odnośnie "wyczucia organizmu", w pełni się zgadzam. Samotnik musi świetne znać swoje odruchy i możliwości.
Ja podziwiam wszystkich samotnikow ktorzy wedruja samotnie w gory. Sa to dla mnie wielcy ludzie wielcy duchem jak i zapewne swa aparycja, bo przeciez huherko, nie moze chodzic samo przecie po lesie bo a nuz spotka misia i ten mu zrobi kuku i wymiesza gline...... Ja tak nie potrafie sa to na pewno takze ludzie niesamowicie poetycy przecie samotnosc wzmaga refelksyjnosc tak wiec na pewno jak takiego spotkam to uslysze wiersz. Przepiekny wiersz ktory poruszy mnie i bedzie o bieszczadzkich aniolach badz zakapiorach, a slyszal go bede w gospodzie "Pod krzywym przyrodzeniem czada" bodz u konkurencji "Pod prostym przyrodzeniem Biesa" gdzies Wetlinie.Klimat bedize idealny, wiec swiatlo bedzie w polcieniu atmosfera lekko zadymiona z dalla bedzie sie saczyla muzyka SDmu kawalek "bieszcadzkie anioly na emryturze",nad wszystkim bedzie panowal halas stukajacego szkla o blat drewnianych stolow "nie ludzka reka uczynionych" z wyrezanymi elementami fallicznmi a tlum ludzi bedzie sluchal bieszczadnika Dlugiego VIcka ktory bedzie kazał wsem jak nalezy o swych przewagach i o swych porazka bo przeciez z tlumem pijanych i wscieklych smolarzy kto wygra ? Zplentuje wszystko tym jak dorobil sie ksyswy Dlugi Vicek.... oh jak to musi byc klimatycznie a tak samotnie czlowiek sobie sam nie pochodzi bo strach las taki duzy a ja taki maly mam stracha po prostu. Podziwiam wszystkich ktorzy chodza sami Sa zapewne wielcy ludzie.....
zeby nie zostac zaetykietkowanym w swiecie etykietek nalezy poslugujac sie etykietka wysmiac etykietke..wciaz pozostajac w swiecie etykietkowym...
szanowni panstwo proponuje nie poruszac jalowej kwestii isc czy nie isc samotnie w gory...to bicie piany
jesli ktos praktykuje samotne przejscia (o kazdej porze roku)prosze,niech podzieli sie ze mna swoimi spostrzezeniami.
jako zaprawe i wstep do wyjscia w wyzsze partie stosuje najczesciej taka mniej wiecej zaprawe:(mowa o zimie,bo mamy wreszcie zime)miesiac przed wyjazdem zaczynam 20-40km spacery,dwa trzy razy w tygodniu,jesli mam czas,jesli nie-ruszam nogami na silowni.dwa tygodnie przed wyjazdem zaczynam kurs z 15-20kg plecakiem po klatce schodowej-z dolu do gory i z powrotem.czasem fajnie wypadaja konfrontacje z sasiadami..
dwie,trzy, zdarzalo sie cztery noce przed wyjazdem sypiam na zewnatrz-w ogrodku przed domem:)
no i jade..
zdarzaly sie wyjazdy bez wspomnianego przygotowania i tez bylo fajnie ale nie da sie tego porownac z wyjazdami przygotowanymi.od niemal pierwszego podejscia rowny oddech,rytm,zadnego szoku,cialko juz to zna..czysta przyjemnosc.
Kurczę, jak czytam o tych motywacjach to dochodzę do wniosku, że ja prosty chłopak jestem. Bo łażę sam po górach z prozaicznych powodów:
- mam swoje tempo, nikt mnie nie goni ani ja nikogo
- nikt mi dziobem nie kłapie i mogę odpocząć od zgiełku codzienności
- nawet jakby mi 2 powyższe punkty nie przeszkadzały, to najczęściej i tak nie miałbym z kim;-)
- mam czas na myślenie o wielu sprawach
Ale to tylko ja i moje zdanie. Jeśli ktoś odnajduje w samotnej wędrówce coś więcej, mogę tylko pozazdrościć - szczerze.
Sympatycznie tu.
Ja zazwyczaj wybieram się bez ludzkiego towarzystwa w góry, co w zasadzie jest bez znaczenia, jako że podróżuję z psem, który, primo, jest świetnym kompanem nawet w najczarniejszym lesie, a secundo, zawsze pozna mnie z jakimś miłym człowiekiem.
Polecam jako alternatywę dla osób bez zdolności tkackich lub z alergią na moher.
Pozdrawiam
Witam Anię i Dzordza na forum
Każdy zna zalety samotnego wędrowania :D
Ja osobiście nie mam nic przeciwko kompanom w podróży, ale fakt! jak jest ich za dużo, to pojawiają się "utrudnienia" (ograniczenia) i nie można już podróżować tak jak się chciała...
Bo np:
- ktoś jest uczulony na sianko i nie bedzie spał w stodole za 5zł
- ktoś z ogniska woli kiełbaskę a nie kurczaka (i trzeba już więcej myśleć przy robieniu zakupów)
- kogoś nie interesuje ostre podejście..
- ktoś nie chce spać pod gołym niebem..
- bo w kilka osób trudniej stopa złapać
Im więcej osób tym więcej "ale" lub "nie"... :D no i gustów jest więcej:P
Ala zawsze można koledze namiot podrzucić, jak się ma gorszy dzień.. lub jakiś inny bagaż, no i słynne bezpieczeństwo :D
Biesować można samemu lub w pojedynkę - to uważam też jest kwestia gustu - nie dyskutujmy na ten temat.. co najwyżej podzielmy się swoimi "za" i "przeciw" :-o
Witam, Bertrand, bardzo mi miło.
Chyba się tu zadomowię; posłucham sobie, co ludzie myślą o samotnikach/samotniczkach na szlaku.
Osobiście twierdzę, że każdy może sobie wędrować sam, jeśli tylko zachowa wszelkie środki ostrożności. A tyczy się to zarówno własnych sił, wyposażenia jak i otoczenia. Jak sięgam pamięcią, zawsze największą przyjemność czerpałam z samotnych podróży. I jak dotąd nie spotkało mnie absolutnie nic nieprzyjemnego. Aczkolwiek moje wędrówki są przemyślane i skalkulowane właśnie pod względem łazikowania w pojedynkę. Mogę nawet stwierdzić, że mnóstwo nieprzyjemności przydarza mi się raczej w drodze na zakupy po mieście lub w autobusie rano w drodze do pracy. Na szlakach miałam przyjemność poznawania ludzi, którzy byli serdeczni, pomocni i przyjacielscy. Byli to zazwyczaj "tubylcy". Z turystami trochę gorzej...
Jeśli zaś chodzi o warunki ekstremalne - cóż, nie pcham się w ekstrema idąc sama. A nóż widelec w środku puszczy skręcę kostkę, komórka straci zasięg a zegarek wskaże godzinę bliskiego zmierzchu! Nie należę do ludzi zwiększających ryzyko z każdą wyprawą. Raczej zwiększam ilość zachwytów nad przyrodą i krajobrazem i zapisków filozoficznych pisanych pod wpływem cudów tego świata.
Każdy z Was docenia zapewne różnicę między pospiesznym śniadaniem w biegu do pracy a zwykłym chlebem z masłem jedzonym o rześkim poranku, siedząc na kamyku i wpatrując się w ciszy w ogrom przestrzeni naokoło siebie, zastanawiając się, którą by tu drogę wybrać i ile motyli dziś przefrunie przede mną.
Ach, poniosło mnie...
Uważam, że sposób wędrowania ściśle zależy od celu wędrówki. Chcesz usłyszeć swoją duszę - idź sam i zabezpiecz się. Chcesz pobyć z przyjaciółmi, bo to jedyna okazja w roku - idźcie razem i dograjcie się.
Czy dyskusja ma tu sens? Porady na wagę złota, ale chyba nic poza tym.
Opowiem jeszcze Wam o dodatkowym ubezpieczeniu podczas samotnych tras. Jeśli widzę, że zbliżające się homo sapiens nastawione jest nieco przekornie, biorę psa do nogi, udaję, że nie mogę go utrzymać na smyczy i głośno wołam "Bandzior, spokój!"
Działa w każdym przypadku jednakowo: osobniki agresywne w milczeniu przechodzą dalej odsuwając się na odległość min. 5 metrów...
Z całym szacunkiem ale wędrujesz we dwoje. Najlepszym towarzyszem łazikowanie jest dla mnie właśnie pies. Z nieżyjącym Buranem przewędrowałam Bieszczady i okolice. Wybierał drogę lepiej ode mnie. Witam was oboje na forum.
Witam,
Wydaje mi się że kłopot chodzenia samemu dotyczy wybieranej drogi. Bieszczeady nie są to specjalnie trudne góry, nie trzeba poręczować, brak łańcuchów itp sprawia że są to góry dla przeciętnego śmiertelnika mającego jakieś pojęcie na temat chodzenia po górach. Nie mówie, ze dla każdego bo żeby iść samemu trzeba mieć jakąś wiedzę na ten temat, tym bardziej w bieszczadach, gdzie szlaki bywają bardzo różnie znakowane, czasami wogóle brak oznaczeń (niebieski szlak z Sanoka), hehe.
Sprawa zaczyna się komplikować gdy chcemy połazic sobie na dziko, bez ścieżek, chcemy skorzystać ze strumyków, jarów itp. Kiedy zaczynałem swoja przygodę z chodzeniem na dziko, przez 2 sezony chodziłem ze znajomymi, którzy byli bardziej obyci w temacie - teraz w zasadzie wolę pochaszczować sobie niż wspinać się na połoniny. Nie dlatego, że nie lubie ludzi ale jest to dla mnie zawsze jak jakieś wyznanie, nigdy nie wiadomo co się przydaży, nie wiadomo czy sie trafi (zapraszam do relacji 'Na dziko przez Łopiennik').
PS. Kiedys to były czasy jak nie było komórek! Ale namawiam do ich noszenia, nie wiadomo kiedy się przydadzą !!
Jak już mówimy o ryzyku samotnych wędrówek poza szlakiem lub po szlakach trudniejszych, niż bieszczadzkie... OK, trzeba sobie z tego zdawać sprawę. Ale znacznie bardziej niebezpiecznie czuję się przemierzając samochodem polskie drogi jadąc w góry, (wśród różnej maści furiatów, zestresowanych, pijaków, ścigantów za dychę czy kapeluszników) niż nawet na najbardziej niebezpiecznych szlakach w niepewną pogodę. Na szlaku jak mnie coś (odpukać) trafi to przynajmniej będę wiedział że z własnej winy.
ja z psem nie chodze bo w przypadku spotkania z misiem moze napytac biedy..
Drodzy bieszczadnicy samotnicy wasze rady sa nieocenione wrecz, dzieki nim bede mogl chodzic bezpieczniej po szlakach w dzikich i niebezpiecznych gorach. Dzis spokojniejszy pisze te slowa wyszalalem sie w jamie, troche miesnie poprezylem sobie i wystarczy mi. Pamietajcie ze punkt myslenia zalezy od punktu stania. Acha jezeli szukacie prawdziwej wiedzy to nie na tym forum dla grzecznych dziewczynek.
Witam gigaprzewodnika na forum dla grzecznych dziewczynek. Mam nadzieję, że podzielisz się z nami swą fenomenalną wiedzą.
Witam gigaprzewodniczke alez chetnie tylko nie pytania o dupie pani maryni, bo jak narazie to jest tylko to w tym watku.Mam nadzieje ze takze Lucyno skapniesz swojej wiedzy.