Ależ ostatnio wszyscy nerwowi się stali !!! Co jest z Wami do cholery !!!
Propunuję wszystkim obrażającym a także obrażanym po jednym kielonie(np.w osławionej Bazie...) na zgodę!!! Barnabo polejemy jak będzie trzeba???
Wersja do druku
Ależ ostatnio wszyscy nerwowi się stali !!! Co jest z Wami do cholery !!!
Propunuję wszystkim obrażającym a także obrażanym po jednym kielonie(np.w osławionej Bazie...) na zgodę!!! Barnabo polejemy jak będzie trzeba???
to co Panowie >>> piweczko na neutralnym gruncie ;-) ... mogę sie przyłączyć, czy to wyłącznie męskie spotkanie :-P...?
No ba! Zawsze i wszędzie. Ludzie po barach nie chodzą to i duszy rogi rosną. stąd te nerwy...
Dlaczego nerwowi?
1. Wątek załozytłem osobiście, coby napisać relację z wyjazdu letniego. W międzyczasie wywiązała się gwałtowna dyskusja na tematy: co wolno, czego nie. Spasowałem do pierwszego leżącego śniegu.
2. W wątek wcięła się Lunka ze swoją relacją. Zwróciłem uwagę, że to jest mój wątek. Chce pisać, niech pisze. Chętnie poczytam. Ale niech założy swój watek.
3. Browar słusznie zauważył, że polszczyzna Lunki nie jest "mickiewiczowska". Ot i tyle. Ja podzielam zdanie Browara w tej materii.
4. Lunka sie zdenerwowała i zaczęła nas obrażać. A wystarczyło przeprosić za błędy. Wszak, każdemu mogą się one przytrafić.
Wyszło na to, że tylko jedna osoba się zdenerwowała, a reszta jest za stara na naukę.:lol: :lol:
Pozdrawiam wszystkich obrażajacych i nerwowych, a przede wszystkim rozjemców, bo mają ciekawe propozycje.
PROSZĘ O CIERPLIWE OCZEKIWANIE NA ŚNIEG I MOJĄ RELACJĘ. KOMENTARZE, WNIOSKI, UWAGI I INNE WRAŻENIA PROSZĘ UMIESZCZAĆ W INNYM MIEJSCU FORUM
Fiu, fiu, Betrandzie pisz dalej, a Lunka może zacznie swój wątek ( mam zbędną klawiaturę). A ja w Lublinie będę za 3 tygodnie....
Ba! A śniegu ni ma. I go nie widać. Znaczy, że musicie poczekać. Jak będę a bywam w Tarnobrzegu to się odezwę.
Pozdrawiam
Za oknem biało, w kominku płonie ogień, koty mruczą, Borys Kretyn usiłuje owinąć się swoim kocykiem piszcząc przeraźliwie zabawką, a ja czekam...
Za oknem pada deszcz... ciepło +5 stopni. Zimy ani widać ani czuć. Macie pecha, że mieszkam w takim miejscu... Pozdrów Borysa Kretyna. Może niedługo już Ci odpowie.
"Na Tomasza najdłuższa noc nasza"-jutrzejsza już krótsza!
Dziękuje, przekazałam pozdrowienia. Niestety, obawiam się, że Borys szybciej pogada z nami niż Ty. Nawet wiem co powie: Beata nie każdy pies musi być mądry. Jestem jaki jestem tak i tak mnie kochacie.
Pamiętasz tę karczmę co Rzym się nazywa. Musimy wpaść na jakiś genialny pomysł aby Cię zwabić w śnieżną okolicę.
Bertrand doczekamy się w końcu opisu tego "pięknego miejsca w Bieszczadzie", czy też nie? U mnie śnieg zdążył już dwa razy napadać i stopnieć. Stron w wątku całe sześć. A relacji - jak nie było, tak dalej nie ma.
Przepraszam, jak spadł byłem w podróży. Teraz znowu go nie ma w Poznaniu ale obiecuję, że zacznę opowieść w przyszłym tygodniu.
Pozdrawiam wszystkich niecierpliwych
Barnaba, Chris (?), Bertrand... troszkę pyrek tu jest :)
Zaczynam…..
Lipcowy wyjazd w Bieszczad w 2006 roku zaczął się około listopada 2005. Było to tak: Jestem znany w rodzinie jako ktoś kto ma popieprzone w głowie na punkcie Bieszczadu, ba uważają mnie nawet za półprzewodnika. I dlatego chyba ku mojemu całkowitemu zaskoczeniu w listopadzie usłyszałem od kuzyna i jego żony/ od tej pory będę ich nazywał kuzyn, kuzynka i ich syn Chrześniak / pytanie „Pokażesz nam Bieszczady w przyszłym roku?” Zgodziłem się, chociaż byłem przekonany, ze nic z tego nie wyjdzie. Jak przyjdzie, co, do czego to pewno się rozmyślą. Uważałem ich za „morskich wczasowiczów”. Czas leciał, a kuzyn z kuzynką coraz częściej nawracali do tematu wakacji. W końcu zapadły decyzje odnośnie terminu wyjazdu. Postanowiliśmy pojechać na trzy tygodnie. Kuzynka podesłała mi linki do wielu miejsc noclegowych w Bieszczadzie z prośbą o wskazanie dobrej lokalizacji. O.K. Postanowiliśmy dosyć szybko po analizie ofert i mapy, że będziemy mieć dwie bazy. Jedną na tydzień będzie Wilcza Jama w Mucznem, a drugą Brzeziniak na Przysłupiu. Dlaczego tak? Uważałem, że tydzień na Muczne, Worek i okolice wystarczy, a z Przysłupia we wszystkich kierunkach równie blisko/daleko. Porobiłem stosowne rezerwacje. Teraz nastał czas opowiadania o drogach, pogodzie, bieszczadzkim błotku itp. Dla kuzyna, kuzynki i ich syna chrześniaka nastał też czas robienia stosownych zakupów /buty, stroje itp./ Widziałem też, że do końca nie są przekonani o prawdziwości moich opowieści. Się tym nie przejmowałem, bo wiedziałem, że przyszłość zweryfikuje ich poglądy na Bieszczad. Dla mnie przyszedł czas zaplanowania miejsc, które chciałem im pokazać.
W międzyczasie kilkakrotnie byłem w Bieszczadzie. O kilku z tych wypadów napisałem w osobnych relacjach. Między innymi zamontowałem urządzenie kulinarne gdzieś w lesie. Podobno się sprawdza…
Ostatni wypad przed wakacjami miałem tydzień przed ich rozpoczęciem. Pojechałem sobie na chwilę do Wilczej Jamy, żeby zobaczyć gdzie będziemy zakwaterowani. Pani Ania pokazała mi to miejsce. Nie powiem, żeby wzbudziło mój zachwyt. Jakaś większa buda obita gałęziami. Zrobiłem zdjęcie i przesłałem do Marzeny. Dziewczyna widziała ofertę domków w Internecie i nie uwierzyła, że właśnie tam będziemy mieszkać. Co mi tam przyjedzie to sama zobaczy… Jak pamiętacie lato było upalne. Kuzyn z kuzynką nie mają takiego małego drobiazgu w samochodzie. Ten drobiazg nazywa się klima. Mój Karawan jak na taki pojazd przystało ;-) jest w ten drobiazg wyposażony. Zostałem poproszony o to, żeby jechać na wakacje nocą, bo będzie chłodniej. Nie lubię nocnej jazdy ale co mi tam możemy jechać nocą. O 22:00 wyruszamy z Poznania. Gubimy się jeszcze w Poznaniu. Ot zbyt szybka jazda kuzyna, który zbyt wierzył Gipsowi, niż własnym oczom… Do Krakowa zajeżdżamy ciut spóźnieni. Spóźnieni, bo jesteśmy umówieni z Nataszą, coby ją zabrać w Bieszczad. Nie przewidziałem jednego. Droga Kraków Tarnów w remoncie. Tłuczemy się 30-40 km na godzinę. Jest już jasno. Ja prowadzę. Za mną kuzyn. Nagle huk i pchnięcie do przodu. To kuzynowi się przysnęło i nie zauważył, że troszkę przyhamowałem. Walnął we mnie tak, że Kuzynka spadła z siedzenia. Nie było możliwości, żeby się zatrzymać i obejrzeć straty. Nic nie odpadło od Karawanu, więc może nie jest tak źle. Postój za Pilznem. Karawan tylko trochę obtarty. Jedziemy dalej. Koło Krosna skręcamy na Haszów. Dzięki Ci Janusz za twoja zagadkę. Tym, którzy nigdy tam nie byli gorąco polecam zwiedzenie dużego drewnianego kościoła. Naprawdę warto. Jedziemy dalej. Postanawiam zawieźć Barnabę i Natasze na miejsce. Jedziemy, więc przez Baligród. Potem w las. Do chatki. Kuzyn ma tak wymieszane, że nie idzie do chatki. Reszta i owszem. Zostawiamy młodych, którzy od razu zabierają się za znoszenie drewna i jedziemy dalej. Krótki postój w Cisnej. Tam widzę szeroko otwarte oczy kuzynostwa w momencie dosyć czułego witania się z Ryśkami i Bodziem. Kto ich zna ten wie co mam na myśli. Dalej do Mucznego. Kuzynka aż przysiadła, jak zobaczyła nasz domek obity gałęziami. Ale to tylko pierwsze i to złudne wrażenie od środka wszystko wygląda bardzo O.K. I ten duży zadaszony taras. Jednym słowem jest super. Rozpakowujemy się. Kuzyn stwierdza, że idzie spać. Ja mówię, że nie ma takiej opcji. Reszta towarzystwa przyznaje mi rację. Jedziemy w stronę Bukowca. Tam na poboczu „Bieszczadzkiej” w pełni tego słowa znaczenia drogi parkuje i idziemy betonowymi płytami w stronę Sokolik Górskich. PIĘKNE MIEJSCE. W pewnym momencie zostawiamy dziewczyny na płytach a my z Chrześniakiem idziemy przez krzaczory w stronę Sanu. Po kilkuset metrach Chrześniak nie obyty z krzaczorami odpada. Ja brnę dalej. W końcu i ja pasuję. Nie sprawiły to krzaczory tylko obawa przed ukraińskimi ogranicznikami., bo już słyszałem odgłosy zwierząt gospodarskich które nie brzmiały po naszemu. Wróciłem. W drodze powrotnej zbaczam jeszcze w stronę paśnika na zboczu góry. Okazało się, że jest podpiwniczony i od biedy można się w niepogodę w nim schować a nawet przespać. Wracamy do Mucznego. W nocy nie było dane nam się przespać. Bo była impreza w Wilczej Jamie. Za to ukraińska kapela grała tak ładnie, że nie było nam żal nieprzespanej połowy nocy. Nawet Andrzej śpiewał. I tak minął pierwszy dzień w Bieszczadzie i widzieliśmy piękne miejsce. Teraz wiem, że nie pierwsze. CDN.
Między innymi zamontowałem urządzenie kulinarne gdzieś w lesie. Podobno się sprawdza…
OJ sprawdza się i to bardzo,korzystam z tego urządzenia kiedy tylko jestem w Bieszczadach już nawet nie narzekam,że jest cholernie ciężki,szczególnie gdy się nagrzeje.
Pozdrawiam
No ja śpiąc zeszłej zimy w Wilczej Jamie zastanawiałem się własnie czy ktoś w tym budynku pomieszkuje. Zaintrygował mnie własnie ten pleciony taras. Latem musi się tam wspaniale pomiezkiwać. Swoją drogą gospodarz bardzo miły.Cytat:
Zamieszczone przez bertrand236
Czekam z niecierpliwością na c.d opowieści.
Nie bardzo mam czas pisać. Robię co mogę.
Ranek. Bardzo mglisty i pochmurny. Nawet popaduje. Nie chce nam się łazic w taka pogodę. Po pysznym śniadaniu wsiadamy do karawanu i jedziemy do Stolnika. Jest niedziela więc Msza Św. najbliżej do Stolnika i nie w Kościele tylko w starej cerkwi. Trochę się spóźniamy więc karawan nie bardzo jest gdzie postawić. W końcu się udaje. Stoimy na zewnątrz cerkwi ale schowani przed deszczem. Po Mszy wchodzimy do środka. Zawsze jak tam jestem to oczy moje przykuwa jeleń. Jest tak tandetny, że trudno to opisać. Wydaje mi się, że coś ładniej jest w środku niż ostatnim razem. Może to złudzenie jakieś, a może cos zmieniło się w środku. Po wyjściu zwiedzanie jeżeli tak to można nazwać miejscowego cmentarza. Kilka fotek i jedziemy dalej wszak dawno nie jeździliśmy samochodem. Następny postój w Czarnej. Jak czarna, to galeria Barak. Pan Piotr powitał mnie jak dobrego znajomego. W środku nic mnie nie zachwyciło, no może poza obrazami Kijowskiego. Za to przed Galerią na jest tablica na której dużymi literami jest napisana sentencja: ”lepiej żyć w cieniu ludzi wielkich niż w blasku ludzi małych”. No coments jak mawiają Anglicy… Obok wisi plakat. Jesteśmy z kuzynem mocno zawiedzeni. Z plakatu dowiadujemy się, że w Czarnej wczoraj odbywały się WYBORY MISSTERA 2006. Wybory to pryszcz ale przeszła nam koło nosa nagroda. Nagrodą była randka w towarzystwie uroczej Tamary… Smutni wsiadamy do karawanu. Następny postój w Równi. Stoi tam najpiękniejsza przynajmniej dla mnie bieszczadzka cerkiew. Niestety do środka nie udało nam się wejść.Za to udało mi się pięknie przewrócić na cmentarzu. Orzeł był bertrandowy przedni. Następnym punktem mojego planu było odwiedzenie Andrzeja Lacha w jego Zakapiorskie Jaskini nad Soliną. Droga przez Łobozew bez zmian. Ci, którzy tamtędy jechali wiedzą, co mam na myśli. Nad Soliną tłumy. Pogoda nie zachęcała do wyjścia w góry, wiec ludziska przyjechały na zaporę. Jaskinia zamknięta. Zachodzę „od tyłu” i widzę, ze malowidła Zakapiorów, które były na ścianie częściowo zamalowane. Jakiś kataklizm myślę sobie, czy co? Dowiaduję się, że Andrzej jest na starych śmieciach, czyli w Ustrzykach Górnych. Po przejściu zapory wtewte i wewte opuszczamy to miejsce. Po naradzie w karawanie rozpędzamy się aż do Sanoka. Tam wynajmujemy Przewodnika i zwiedzamy skansen. Wszystkim z Was, którzy mają w planie zwiedzić kiedyś to miejsce radzę zrobić to z Przewodnikiem. Przewodnik ma dwie rzeczy: po pierwsze primo, ma wiedzę na temat budowli, kultury i wiele innych spraw i po drugie primo ma klucze do większości tych budowli. Czyli z Przewodnikiem można wejść do środka, cerkwi, kościołów, szkoły, chyży i innych budowli. W skansenie się wkurzyliśmy. Skansen czynny do godziny już nie pamiętam której /nieważne/ ale wystawa ikon na terenie skanseny zamykana jest dwie godziny wcześniej. Przy wyjściu powiedziałem, co myślę na ten temat i uzyskałem zapewnienie, że następnym razem nie zapłacę za wejście do skansenu. Mogę iść do ikon za frico. Po wyjściu ze skansenu udajemy się do Polańczyka. Wszak u Pana Leszka jest pyszna kawa. Zjadamy nawet tam co nieco, słuchamy pięknej muzyki jak zawsze w tym miejscu. Jeszcze tylko rzut okiem na jezioro z dobrze mi znanego punktu widokowego /wspominam tam dwie bratnie dusze, z którymi tam kiedyś byłem/ i wracamy do Mucznego. I tak minął nam pierwszy dzień w Bieszczadzie. Kuzynka i kuzyn stwierdzili, ze pokazałem im piękne miejsca w Bieszczadzie. Uśmiechnąłem się tylko w nadziei, że jutro będzie ładna pogoda. Wtedy zobaczą…. CDN
Jeśli miałeś na myśli właściciela Galerii Barak w Czarnej,to nie jest to pan Piotr tylko Krzysztof.Właścicielami są Róża i Krzysztof Franczakowie.Pozdrawiam
Dzięki!
Cieszę się, że nie czytacie moich opowieści bezkrytycznie. Oczywiście masz rację.Chodziło mi o Pana Krzysztofa. Przepraszam za swoją sklerozę. Ot wiek już nie ten i lecytyny brakuje. Myślę, że w dalszej części nie uniknę różnych błędów.....
Pozdrawiam
:)
Przepraszam za swoją sklerozę. Ot wiek już nie ten i lecytyny brakuje.
Nie tak od razu... opowieść jakoś się toczy, nie jest tak źle :) dalej dalej...
Czekam Bertrandzie na dalszy ciąg ciekawej opowieści. Mnie czeka w tym roku w lipcu podobne zadanie, muszę „zarazić” Bieszczadami 8 osób z rodzinki :roll: . Myślę, że skorzystam z Twoich doświadczeń i wykorzystam je w praktyce. Opowiadaj dalej :grin:
Mnie czeka w tym roku w lipcu podobne zadanie, muszę „zarazić” Bieszczadami 8 osób z rodzinki
Zadanie ciężkie,ale wykonalne mnie sie udało.
życzę powodzenia.
Pozdrawiam
Dnia następnego budzimy się o świcie. Tego dnia świtało około godziny 8:00. Dusza moja była bardzo radosna tego ranka. Po prostu za oknem była piękna pogoda. Zaraz po śniadaniu powiedziałem, że idziemy na wycieczke w góry. Zapakowaliśmy do plecaków wszystko, co potrzebne i co, niepotrzebne i wyruszyliśmy z Wilczej jamy. Pierwszy postój zarządziłem po około 3 minutach forsownego marszu. Dotarliśmy przecież do sklepu. No to trzeba uzupełnić sole mineralne w organizmach. Każdy uzupełniał tym, na co miał ochotę. Ja na ten przykład spożyłem Tyskie sole mineralne. Następnie nabyliśmy droga kupna karnety na wstęp do lasu, czyli BPN. I poszliśmy wedle takich biało - żółtych kresek wymalowanych na drzewach. Z początku było dobrze. Później można było usłyszeć takie dziwne dźwięki, coś jakby gwizd wydobywające się z Renatki i moich płuc. Nie za bardzo się tym przejmowaliśmy. Szliśmy uporczywie pod górę. Później poczułem jak nadmiar spożytych soli mineralnych wystąpił na moim ciele. Cóż, nie pierwszy to raz. Zauważyłem przy tym ciekawą prawidłowość. Za każdym moim pobytem w Bieszczadzie masa mojego ciała jest coraz większa i przez to coraz więcej soli mineralnych pojawia się na moim ciele. Ciekawi mnie, czy Wy tez taka przypadłość macie… po jakimś czasie walki z płucami i zalewającym oczy potem wychodzimy z lasu. Zaczyna być ładnie. Jeszcze tylko kilka minut i już jesteśmy na grzbiecie górzysta. Trochę wieje. Zakładamy, co kto tam ma w plecaku i odpoczywamy ździebko. Idziemy dalej. Mijamy sporo ludzi. Nie sa to tłumy ale ludzi jest naprawdę dużo. Nie musze chyba pisać, że chłoniemy oczami widoki z lewej i z prawej. Te z prawej są ładniejsze. W pewnej chwili zdziwiłem się strasznie. Po prostu nie przywykłem do tego, ze w takim miejscu musze ustąpić miejsca rowerzyście. Gość więcej niósł wielocyped niż na nim jechał ale to już jego sprawa. Co jakiś czas zatrzymywaliśmy się w celu podziwiania widoków i robienia pamiątek w postaci zdjęć. I tak spokojnie doszliśmy do momentu szczytowania. Wtedy kuzynka wraz resztą rodziny stwierdzili, że zaczynają mnie rozumieć dlaczego lubię przyjeżdżać w Bieszczad. Rozłożyliśmy się w trawie w miejscu osłoniętym od wiatru i zaczęliśmy spożywać drugie śniadanko. Ja wyjąłem z kieszeni tajemne płaskie blaszane naczynie. Po 25 gram na wzmocnienie i naczynie było puste. Po odpoczynku zaczęliśmy odwrót. Najpierw tą sama drogą. Trochę to nudne ale ogląda się zupełnie inne widoki. Tak sobie schodząc w dół. Doszliśmy do miejsca, w którym wypoczywała spora grupa ludzi. Tak na oko 25 osób. Na drugie też tyle. Razem łatwo policzyć. Jeden z nich miał do swetra przypiętą blaszkę przewodnik. Poodpoczywaliśmy razem. W pewnym momencie Przewodnik poderwał grupę i ku mojemu zdziwieni wskazał kierunek na przełaj w dół. Zapytałem go, czy tak można ale odpowiedział, że on zawsze tedy grupy prowadzi bo jemu wolno. Grupa karnie pomaszerowała za swoim wodzem. Jak zeszli już trochę poszliśmy ich śladem. Wiem, że tak nie wolno, wiem, że nie powinienem o tym pisać ale tak było. I tu proszę o wstrzymanie się od komentarzy, bo ich na forun na ten temat czytałem sporo. Wiem, ze źle zrobiłem…..
Po godzinie marszu doszliśmy do miejsc, które wydawało mi się bardzo znajome. Grupa, która szła przed nami dawno już nam zniknęła nam z oczu. Chyba nawet troszkę inną trasa szliśmy od pewnego momentu. Chwilę się zatrzymaliśmy cobym pomyślał i sobie przypomniał. Potem już pewnie i prosto poszedłem ścieżką, która prowadziła w lewo w las. Po 10 minutach oczom naszym ukazała się piękna chatka. To ta, która ma być rozebrana. W środku pusto. Trochę drewna na opał i bardzo mało wody. Nanosiliśmy z kuzynem wody, a nasze kobiałki w tym czasie odpoczywały. Kuzynka moja z niedowierzaniem wsłuchiwała się w moje opowieści o Taśkach, które w tym miejscu rządzą się swoimi prawami i w zasadzie trzeba się im podporządkować albo wyprowadzić. Po dłuższym odpoczynku idziemy dalej pod górę w stronę Mucznego. Po około godzinie marszu docieramy do drogi. Zawsze jak tamtędy idę z ludźmi, których prowadzę, uprzedzam ich, że jak się będą dobrze rozglądać to zobaczą coś ciekawego. Jeszcze nikt nie zauważył kapliczki na drzewie. Kapliczke tą zapodał kiedyś Browar jako zagadkę. Po zejściu do drogi poszliśmy nia do Mucznego. Towarzystwo dosyć sponiewierane ale BARDZO zadowolone dotarło do bazy. Za każdym razem jak jestem w tych okolicach/ Bukowe Berdo, chatka znajduję nowe piękne miejsca. Zawsze nogi moje skręcają w ścieżkę którą jeszcze nigdy nie podążały albo nawet skręcają w miejsca, w których ścieżek nie ma../
CDN. Jeżeli nie nastąpi w ciągu dwóch następnych dni oznacza to ni mniej ni więcej, że znowu tam pojechałem:grin:
Rzeczywiście bardzo! bardzo! bardzo! ładne
Bertrandzie, wspaniały opis i równie wspaniała trasa.
Szedłem nią (tylko że w odwrotną stronę) dn 3.10.2005 r.
http://forum.bieszczady.info.pl/showthread.php?t=2356
(gdyby kogoś to zainteresowało).
Pamiętam, że potem zapytałeś mnie, czy widziałem chatkę. Otóż nie. Moje podejście z Mucznego było jednak trochę inne niż ostatni odcinek Twojej trasy.
CDN. Jeżeli nie nastąpi w ciągu dwóch następnych dni oznacza to ni mniej ni więcej, że znowu tam pojechałem
Znowu tam pojechał:-P
Długi
Mam nadzieje, ze tez napisze taka relacje, jak wyzej. Znakomita lektura dla stesknionych za Bieszczadami.
Jarek
Może od poniedziałku wezmę się do pisania... dokończę latowe wspominki i może dość szybko opiszę ostatnie 3 zimowe dni. A jest o czym pisać..
Pozdrawiam
No tak… Siedzę u podnóża Dzidowej i piszę wspomnienia z lata. Kiedy będą wspomnienia z tego pobytu? A jest co wspominać, pomimo, że tak niedaleko byłem osób mi bliskich i ich nie spotkałem. Ale wróćmy do lata.
Ranek. Śniadanko. Nie, żebym dostawał prowizję z Wilczej Jamy, bo nie dostaję, ale śniadania REWELACJA. Na pytanie Renatki, z czego jest ten pyszny pasztet syn Gospodarza / uczestnik tego forum, którego teraz pozdrawiam/ odpowiada, że z Zosi. Okazuje się, że Gospodarz hoduje dziki i Zosia była jednym z nich… Ale pasztet przygotowany przez Panią Anię palce lizać. Zawsze uważałem, że kuchnia w tym miejscu jest super. Schodząc na śniadanie wiedziałem, że Renatka, kuzyn i jego żona dzisiaj nigdzie nie pójdą. Ich nogi jeszcze czuły wczorajszy spacer. Jedyna nadzieja w Chrześniaku. I tu się nie zawiodłem. Idzie ze mną. Plan jest prosty, bo prawie go nie ma. Na mojej czarodziejskiej mapie, na której są zaznaczone ciekawe miejsca przez Kamrata, jest miejsce niedaleko nas. Tam podobno jest jakaś chatka. Już raz jej kiedyś szukałem i nie znalazłem. Chrześniak jest gotów do drogi zaraz po śniadaniu, więc wyruszamy. Po godzinie marszu przez bardzo PIĘKNE MIEJSCE znalazłem ową budowlę. Jakże ona była inna od znanych mi chatek. Ani pryczy, ani ławy ani kominka ani.. ani. Ale stała. Miała kilka minusów oprócz poprzednich ani. A więc na tamtą chwilę pod dachem, ale wewnątrz było gniazdo os. Prawda, że minus? Drugi to ten, że stoi w…. Ale znajdźcie ją sami, to będziecie znali ten minus. A następny minus to ten, że jest w niej brudno. Ma ona jeden wielki PLUS. Ona po prostu jest. I niewiele osób o niej wie…. Ci, co znają lokalizację chatki z cieknącym dachem / kurcze jak długo jeszcze ten dach będzie ciekł? / wiedzą, co mam na myśli. Nie sądzę jednak, żeby w tej budowli kiedykolwiek był taki klimat jak tam… Idziemy dalej i w jakiś dziwny sposób dochodzimy do Karawanu. Jedziemy na cmentarz, który zawsze odwiedzam jak jestem w tych stronach. Grobów mało ale ma swój urok. Przepraszam ze tak piszę ale nie chcę zdradzić lokalizacji obiektu budowlanego, który znaleźliśmy kilkadziesiąt minut temu. I teraz pytanie co dalej? Na powrót za wcześnie. Dobra, jadę do Zatwarnicy. W czasie jazdy cały czas myślę. Podjadę, czy nie? Mam na myśli Hulskie. Podjechałem ale nie radzę. Przy drodze zostawiam karawan i schodzimy do ruin cerkwi i na cmentarz. Mam chyba coś nie tak pod sufitem, ale lubię łazić po cmentarzach. Gdziekolwiek jestem łażę po cmentarzach. Teraz będzie fragment nadający się do innego wątku na forum. Jesteśmy w Hulskiem. Kto był ten wie jak tam jest. I nagle Chrześniak zadaje mi pytanie: wujek, czy to są ruiny? Zamurowało mnie na chwilę. Odpowiedziałem pytaniem: A widzisz tu coś całego? Lubię to miejsce. Zawsze się zastanawiam nad przemijaniem… czasu, ludzi, i kuźwa co warte jest to co w tej chwili robimy, skoro ludzie, którzy tu żyli może myśleli, że warte i tyle z tego zostało.. Wracamy do karawanu. Jedziemy dalej. Nie przejmuję się znakiem „Zakaz ruchu”, bo wiem, że 300 metrów dalej jest sporo miejsca do parkowania, a przed znakiem nie ma go wcale. Dalej do Krywego. Piękna ścieżka przez łąki do ruin cerkwi. Ta ścieżka, to miejscami prawie „chaszczowanie”. Ja jestem zachwycony, chrześniak zaczyna być zmęczony. Od cerkwi idziemy do jedynego gospodarstwa. Tu rządzi Tośka. Mijamy domostwo i pniemy się drogą pod górę. W końcu dochodzimy do Karawanu, a ja sobie przyrzekam, że znowu tu wrócę. Karawan zawozi nas do Zatwarnicy. Nie polecam tej drogi, żadnemu właścicielowi auta. Chyba, że ktoś jeździ służbowym.. W Zatwarnicy oglądamy dwa budynki. Jeden niedokończony, budowany społecznymi środkami i siłami o którym było głośno na wszystkich portalach bieszczadzkich. Drugi to „ Dom z Wilkiem” który pokazał mi kiedyś Piotrek /pozdrawiam/. Później powrót do Mucznego ze zwiedzaniem wszystkich PIĘKNYCH miejsc po drodze. Po obiadokolacji zapytałem się Gospodarzy, czy mogę wykąpać się w stawach z pstrągami/ I mi pozwolne było,/Wykąp się w tym środkowym stawie, bo tam jest najmniej ryb/ z czego skwapliwie skorzystałem…. CDN
Bertrand kolejny raz to czytam i się zastanawiam, jak Ty możesz tak nas dręczyć, brakiem dalszego ciągu Twojej opowieści.
Mam urwanie głowy w pracy. Zabieram robotę do domu. Sam nie wiem co mam najpierw zrobić. i jeszcze choroba w rodzinie. Istny kataklizm. I nie chcę obiecywać, że się to w najbliższym czasie zmieni. Zrobię, co mogę.
pozdrawiam
Następnego dnia mamy dzień samochodowego zwiedzania Bieszczadu. Jeździmy szlakiem cerkwi. Najpierw Czarna, potem Polana. Tam wstępujemy do galerii Żyta-Żmijewskiego. Tez ciekawe miejsce. Następnie cerkiew i cmentarz. Pogoda kiepska. Robimy zdjęcia i dalej w drogę. Następnie Górzanka. Tam możemy wejść do środka, bo cerkiew jest w remoncie. My z Renatką już tam byliśmy ale naszym towarzyszom cerkiew bardzo się podobała. Później ruiny cerkwi w w Berezie. Kto tam nie był niech odwiedzi to miejsce jest cudowne. I tak blisko drogi… Później wizyta u Pękalskiego. To też jest PIĘKNE MIEJSCE w Bieszczadzie. Należy się tylko przygotować na to, ze gospodarz nie chce szybko wypuścić swoich gości. Trochę się tam rozmarzyliśmy. Za każdym razem jak jestem w Bieszczadzie odwiedzam Zdzisława Pękalskiego. Lubię samotnie posiedzieć w jego piwnicy. Następny przystanek mało ciekawy był. Za to jakie tam słodkości serwują… Słodki domek w Lesku. Jak Lesko to Synagoga i Kirkut. Po raz pierwszy byłem w piwnicy/celi w synagodze. Dalej Ustrzyki Dolne. Spacer po mieście. Nikt nie chciał do Muzeum więc nie zmuszałem. Zjedliśmy obiad w Jadłodajni. Zawsze tam jadam jak jestem w tym mieście. Zawsze jest smaczne jedzenie. Później cerkiew w Hoszowie. Tez była otwarta, więc mamy fotki z wewnątrz. Jest piękna. Podobał mi się zwłaszcza kilim, chociaż nie jest on zabytkiem. Następnie Rabe. Też ładna cerkiew. Potem powrót do Wilczej Jamy. Na tarasie rozpalamy grilla /wszak kupiłem za dwa piwa cały worek węgla od wypalaczy/ i degustujemy to, co mamy do degustacji. Nie przesadzam, bo następnego dnia muszę wstać bardzo wcześnie.
Tym razem wstajemy z Chrześniakiem naprawdę wcześnie. Była godzina 4:00. Nie chciało się wstawać ale umowa zobowiązuje. Obiecałem Malo, że jeden dzień popracuje dla kirkutu w Baligrodzie. Malo prosił, żebym w ramach pracy przywiózł Magurycza na kirkut na godzinę 11:00. Wiedziałem też, że Magurycza trzeba odebrać z małej miejscowości pod Gorlicami. Z Mucznego to w tamta stronę około 200 kilosów. Ale słowo się rzekło. Jedziemy. Jest pusto na drodze. Żadnych turystów, autostopowiczów. Miedzy Berehami, a Wetliny przebiega nam drogę stado zwierzyny płowej. Na Chrześniaku zrobiło to wrażenie. Jedziemy na Łupków. Koło Łupkowa zatrzymuje mnie kobiecina i pyta, czy ją nie podwiozę do Komańczy. Pewnie, że podwiozę. Po drodze opowiada, że pracuje w kuchni w cerkwi greckokatolickiej. Tam jest jakiś obóż dla młodzieży i ona pracuje właśnie tam. Opowiada o cerkwi w Radoszycach i o dzwonie z Bagnicy i o cerkwi w Turzańsku. Miła kobieta. Wysadziłem ja obok cerkwi i mknęliśmy dalej do Gorlic. W Gorlicach pytamy o miejscowość, w której mieszka Magurycz. Nikt nie wiedział gdzie ona jest, a na mojej mapencji jej nie było. W końcu jakiś gruby jegomość pokazał nam drogę. Boże, co to była za droga. Dróżka wręcz ale Karawan dojechał. W tejże miejscowości nikt nie wiedział gdzie jest numer 13. może dlatego, że pechowy? W końcu zatrzymałem się na chybił trafił i idę zobaczyć co i jak. Bingo! Zatrzymałem się prawie /100 m / przed chyżą, w której mieszka Magurycz. Wszedłem do srodka i oniemiałem. Na glinianym klepisku stała lodówka i pralka automatyczna a między nimi przemieszczał się facet wieku raczej młodego ubrany bardzo kolorowa, a na głowie sterczał irokez. Mówię mu, ze przyjechałem po Magurycza o on mówi, że jest prawie gotowy do drogi. Oniemiałem. Jeszcze takiego gościa nie wiozłem. Trochę zły na siebie, na Malo i na Magurycza mówię mu, żeby zabrał klamoty, bo nie mamy czasu. Gość chwiejnym krokiem przyniósł do karawanu sporo rzeczy. Powiedział też, że jest cienki, bo wczoraj był na stypie…Musielibyście widzieć minę Chrześniaka. Magurycz przyniósł klamoty drugi raz. Za trzecim razem mu pomogłem. Zabrał narzędzi od cholery i browarka. Pokazał mi zdecydowanie lepsza droge niż ta, która tu przyjechaliśmy. Po drodze gość zaskakiwał mnie co chwilę. Okazało się, że Szymon Modrzejewski, bo tak on się nazywa jest współautorem książki „Bieszczady Słownik Historyczno-Krajoznawczy Część 1 Gmina Lutowiska” Oj zaimponował mi w tym momencie. Później było już tylko lepiej. Facet ma niesamowita wiedzę na temat cmentarzy, historii i kultury Bieszczadu i Beskidu Niskiego. Wydaje mi się, ze troche też mu zaimponowałem znajomością miejsc i cmentarzy w tym regionie. Po drodze zabraliśmy jeszcze jego przyjaciółkę /imienia nie pamiętam/ i tak dyskutując zajechaliśmy 10:55 do Baligrodu. Odwaliłem kawał „roboty” i jakieś 350 km. Ale za to poznałem bardzo ciekawego człowieka. Tam się rozstaliśmy. Na ławce przed czołgiem zjedliśmy z Chrześniakiem śniadanie i zastanawialiśmy się co robić. Poszliśmy na kirkut, a potem pojechaliśmy w PIĘKNE MIEJSCE. Szutrowa droga zaprowadziła nas nad jeziorko bobrowe. Tam chwile pospacerowaliśmy i pojechaliśmy kawałek dalej. Na stokach Chryszczatej chciałem coś znaleźć. Po 2 godzinach chaszczowania zmieniłem miejsce poszukiwań. Tutaj też nieźle pochaszczowaliśmy ale poszukiwania poje nic nie dały. Cóż przyjadę tu jeszcze kiedyś. Nic się nie stało. Głodni i trochę zmęczeni zajechaliśmy do Biesiska. Obfity obiad dobrze nam zrobił. Obiecałem chrześniakowi deser. Duży deser. Gigantyczny deser. Więc następny postój był w Chacie Wędrowca. Ja nie zjadłem całego, ale Chrześniak wciągnął naleśnika giganta bez problemów. W Wetlince zatrzymała mnie policja i kazała dmuchać w balonik. Widzieli skubańcy skąd wyszedłem i myśleli, że jestem po browaru… Wyjątkowo nie byłem, ale nauczkę dostałem. Następny postój u Lacha w Ustrzykach. Jakiś recital dawał niezbyt trzeźwy jegomość ale śpiewał całkiem całkiem. Późnym popołudniem wróciliśmy na kwaterę. Reszta towarzystwa w tym dniu odwiedziła Kolibę na Przysłupiu Caryńskim. Dzień uważaliśmy za bardzo udany.
pfff właśnie mi się przypomniało.... Kiedy to we wrześniu chciałem zejść schodami (z Koliby). Pewnie jeszcze nie raz zagapiony w gwieździste niebo zdziwię się że schodów już "nimo".
HIhihih tak swoją drogą relacja miałabyć zimą, a tymczasem za oknem wiosna.