Dzisiaj chyba lepiej działa, to próbuję..
Wersja do druku
Dzisiaj chyba lepiej działa, to próbuję..
Już wróciłem i dorzucam...
Następnego dnia postanowiliśmy z Renatką pochodzić po łonie natury. Stwierdziliśmy, że najładniejsze łono jest niedaleko Lutowisk. Tam też się udaliśmy. Po płytach betonowych dojechałem do Chreptiowa i tam pod wiatą zostawiłem karawan. Teraz szlakiem w kolorze nadziei udaliśmy się na łono. Od ostatniego naszego tu pobytu łono trochę się zmieniło, ale wszystko z wiekiem się zmienia. Kiedyś się szło przez łąki do stokówki, a teraz idzie się bita drogą. Potem weszliśmy na ścieżkę, która mozolnie pięła się do góry. Wiele lat temu mieliśmy na niej spotkanie z wilkiem. Teraz żadnego stwora nie było. To maszerując, to odpoczywając wspinaliśmy się pod górę. Żadne normy czasowe nas nie obchodziły. Zresztą, kto by się spieszył na tak pięknym łonie. Cały czas mam na myśli łono przyrody. Kiedy doszliśmy do węzła szlaków, Renatka myślała, że jesteśmy już przy schronisku. Nic z tego, trzeba skręcić w prawo i dalej piąć się pod górę. Jedyna pociecha, że już nie tak stromo. W końcu doszliśmy do chatki. Nie wchodziliśmy do środka. Chatka cała oblepiona była fotografiami. Niedawno obchodziła ona 30 lecie i te zdjęcia z powodu tego jubileuszu. Siedliśmy sobie na ławce przy stole i zjadamy przyniesione smakołyki. Popijamy też żółty nektar. Przychodzą inni turyści. Też nie wchodzą do chałupy ale za to robią nam zdjęcia. Jedno jest dziwne, bo na obiektywie usiadła Maja. Turyści odchodzą w stronę skąd przyszli, a my sobie siedzimy i natychamy się łonem przyrody. W końcu podnosimy się i idziemy tym razem szlakiem do Wańka. Nie wiem kim był ten Waniek ale w jego kierunku się przemieszczamy. Na początku sporo drzew jest ozdobionych fotografiami. Z nogi na nogę, z góry i pod górę mijają kolejne metry trasy. Około jednej godziny od chatki spotykamy przedziwnie wyglądającą ( tak nam się w tym czasie i miejscu wydawało) grupę ludzi. Grupa była czteroosobowa. Na czele dziarsko szedł mężczyzna w w ieku 25-30 lat. Na plecach miał mocno wyładowany plecak. W jednej ręcę miał torbę podróżną, a w drugiej mocno wypchaną reklamówkę. Za facetem podążało dziecko, chyba dziewczynka w wieku tak na oko 3-4 lata z nocnikiem w ręku. Za dzieckiem szła kobieta z plecakiem i pchała przed sobą wózek w którym było mniejsze dziecko. Jak ktoś kocha Chatę Socjologa, to żadne trudności mu nie przeszkodzą, żeby tam dotrzeć… Po około pół godziny dochodzimy do stokówki, a na niej przy wiacie zaparkowane autko stoi. To do tego miejsca rodzinka z dziećmi dojechała. Dalej wracamy stokówką. Stokówka, jak to stokówka kiepsko się nią idzie. W końcu zdesperowana Renatka łapie stopa i leśnik dowozi nas do karawanu. Jedziemy na obiad do Przyjaciół z Wilczej Jamy. Adam poleca nam wędzone pstrągi. Są naprawdę pyszne. Przy rozmowie z Ania i Andrzejem szybko mija nam czas. Znowu po ciemku wracamy do Zawozu.
Jakoś cicho tutaj... To snuję swoja opowieść.
Dzień następny. Dzień najważniejszy.
Wstajemy grubo przed świtem (pamiętacie, że w Zawozie świta o koło 9:00). Wyruszamy karawanem na umówione spotkanie z Wojtkiem 1121. Mamy kawał drogi do niego, bo Wojtek stacjonuje u leśniczego Zygmunta na końcu świata, gdzie zasięgu telefonicznego nie ma. Postanawiam jechać normalnymi drogami, a nie przez przełęcz i stokówki. Po drodze mijam Zagrodę Kimbową, bacówkę z bacą i serami, czynną cerkiew murowaną i już jestem w obejściu Zygmunta. Przywitali nas kolega Wojtka i jego córka. Wojtek się gdzieś zapodział. Wypiliśmy kawę i znalazł się Wojtek. Kto zna tego jegomościa, ten się domyśli, że natychmiast przejął on inicjatywę. Zaproponował nam przejażdżkę samochodową po drogach, stokówkach i innych bezdrożach. Nie mieliśmy wyjścia. Wojtkowi się nie odmawia. Ja siadłem z przodu Wojtkowego rydwanu, reszta się poupychała z tyłu i jazda… Najpierw stokówką na przełęcz. Po drodze pytam się kierowcy, czy nie boi się jechać tedy, bo na początku drogi stał jakiś okrągły znak i to nie był zakaz zatrzymywania. Wojtek się roześmiał swoim tubalnym głosem i pokazał mi dwa kwity z dwóch różnych Nadleśnictw. Na chwile zatrzymaliśmy się na przełęczy, którą nasz kierowca nazwał swoja ulubioną przełęczą. Chyba on tak ją lubi, bo zawsze na niej jakieś promile są zakopane. Ale o tym sza…Pogadaliśmy tez o pomniku, który tu niedawno stał, a którego już nie ma. Uważam, że źle, że stał, bo i po co w tym miejscu ale i źle, że go ktoś zniszczył. Czyli i tak źle i tak niedobrze… Podjechaliśmy do hałaśliwej maszyny i skręciliśmy w lewo. Na wiadomym parkingu (na którym też kiedyś było zakopane) zostawiliśmy rydwan. Zeszliśmy w dół, przez potok do chatki w której dach przeciekał. Tam, Wojtek jak wytrawny kopacz wykopał w sobie wiadomym miejscu szampana, czy raczej wino musujące. Co by się nie zmarnowało, wypiliśmy je na miejscu. W tym momencie usłyszeliśmy, że na parkingu ktoś zaparkował. Po chwili pojawił się Barnaba z jakimiś gośćmi. Pokazałem im miejsce po cerkwi, które jest trudne do odnalezienia w krzaczorach. Barnaba zostaje ze swoja ekipą, a my wracamy do rydwanu. Przy hałaśliwej maszynie skręciliśmy w lewo. Zjechaliśmy, aż do Dużej Szosy i skręciliśmy w prawo. Minęliśmy Czerwonoustego (teraz buźkę miał umytą) i za kapliczką pojechaliśmy w lewo, do samego końca. Wróciliśmy do Wielkiej Szosy i pomknęliśmy na północ. Jeszcze przed Czerwonoustym skręciliśmy w prawo i rydwan powoli piął się pod górę. Myśleliśmy, że dojedziemy tą drogą do Wielkiej Szosy, ale się nie dało. Wysoko w górach kończono budowę ostatniego odcinka tej drogi. Zawróciliśmy więc do asfaltu, którym pomknęliśmy na północ. Powoli zaczęliśmy z Renatką rozmyślać o ptaszkach…
W Karolowie znowu rydwan wykręcił na stokówkę. Dojechaliśmy do budowy z drugiej strony. Powstaje tam most nad potokiem. Znowu zawróciliśmy. W drodze powrotnej zatrzymaliśmy się przy pracownikach leśnych, którzy grube metrówki rozbijali młotami i klinami na mniejsze szczapy. Kolega Wojtka spróbował i udało mu się. Wyglądał na zmęczonego. Rozmowa potoczyła się w kierunku wieku emerytalnego – 67 lat. Nikt z nas oraz pracownicy leśni nie wyobrażaliśmy sobie machania ciężkim młotem w tym wieku. Po dosyć długiej rozmowie zostawiliśmy ich przy metrówkach, a my wróciliśmy do szosy. Zapytałem obecnych w rydwanie, czy byli kiedyś przy wodospadzie Diabelski Wiatrak? Okazało się , że oprócz Renatki nikt, ale mieli ochotę go zobaczyć. Zdawałem sobie sprawę z tego, że gdzieś nad Osławą ptaszki śpiewać chyba zaczynają ale pojechaliśmy w stronę wodospadu. Minęliśmy Krzywy domek, mały wodospadzik, wspięliśmy się na Sierpniowiec i popędziliśmy w dół. Wojtek nie zwolnił rydwanu nawet na brodach. Taki z niego driver, a może takie brody? Zostawiliśmy rydwan przy strzałce „szlak zakapiorski” i przez wodę i błoto udaliśmy się pod górę. Błotko było przednie, aż mlaskało. Wodospad nie zachwycił nikogo. Ledwo ciurkał. Znowu przez błoto wróciliśmy do rydwanu. Teraz już jedziemy do ptaszków…
haha -fotka nr. 5 CUDNE !!!! :razz:
To Wojtek się przebrał...
Pozdrawiam
[QUOTE=bertrand236;148842(...) Najpierw stokówką na przełęcz. Po drodze pytam się kierowcy, czy nie boi się jechać tedy, bo na początku drogi stał jakiś okrągły znak i to nie był zakaz zatrzymywania. Wojtek się roześmiał swoim tubalnym głosem i pokazał mi dwa kwity z dwóch różnych Nadleśnictw. Na chwile zatrzymaliśmy się na przełęczy, którą nasz kierowca nazwał swoja ulubioną przełęczą. Chyba on tak ją lubi, bo zawsze na niej jakieś promile są zakopane. Ale o tym sza…Pogadaliśmy tez o pomniku, który tu niedawno stał, a którego już nie ma. Uważam, że źle, że stał, bo i po co w tym miejscu ale i źle, że go ktoś zniszczył. (...)…[/QUOTE]
Bertrand !
i Ty to piszesz ??
chyba za dużo wypiłem ?
Czasem trzeba prowokować, żeby drwa dorzucano. Nudno było w tym wątku. Stawianie pomników, krzyży i innych takich (chyba, że ktoś w tym niejscu zginął) na szczytach, przełeczach zboczach i innych takich miejscach uważam za co najmniej łamanie prawa budowlanego. Prywatnie mam o wiele bardziej radykalne zdanie. Przy okazji, czy ktoś ma w miarę aktualne zdjęcie "grobu/pomnika UPA" na stokach Chryszczatej? Czy jeszcze nie daj Boże coś tam zostało???
Pozdrawiam
Załącznik 32984 "za to robię zdjęcie" ... jak na dłoni usiądzie
.... i :...
;) "sprowokowany" do drew "dorzucania ..... pozwalam sobie :
PF
Wiesz ,że są mymi podopiecznymi ;);)
Wiem, pamiętam. Maliniak na miodzie jeszcze czeka na dobrą okazję....
Pozdrawiam
Nie tylko wodospad stracił wodę. Susza taka, że Osława ledwo przemykała się po kamieniach.
Postanowiłem zapolować na motylka... i prawie mi się udało.
Czas leniwie płynął w bieszczadzkim słońcu. Aż przyszedł dzień, w którym trzeba było odebrać gołąbki. Przy okazji idąc do ptaszrni zerknąłem do wnętrza bramy. Takie zaułki już prawie wyginęły i powinny być objęte jakąś formą ochrony
Będąc w Bieszczadach ukrywam różne skarby w postaci alkoholów dla swoich znajomych aby sprawić im radość podczas odkrywania.Dziś pojechałem ja wydobyć skarb w postaci 0,5l. znakomitej nalewki z pigwy rocznik 2009.Po przejechaniu od miejsca zakwaterowania 56km zaległem
na gliniastej drodze nawet napęd na 4 koła , reduktor i blokada nie pozwoliły mi na dalszą jazdę. Kolega Bertrand myślał, że ja jadąc w Bieszczady zabieram pojazd na gąsienicach oraz koparkę. Na miejsce dotarłem po ponad 2km. śligając się po błocie podczas ulewnego deszczu. Gdy dotarłem na miejsce zabrałem się poszukiwania mając jedynie współrzędne geograficzne to było jednak za mało i dopiero po wielokrotnych konsultacjach telefonicznych odkopałem skarb. Po wstępnej degustacji mam duży dylemat kogo zaszczycić tak szlachetnym trunkiem. Dziękuję koledze Bertrandowi pokazanie mi ciekawego miejsca oraz miłą niespodziankę.https://www.facebook.com/photo.php?f...levant_count=1 Załącznik 32992
Jesteśmy głodni, a nawet bardzo głodni. Wojtek dzwoni do pani Bożenki z zapytaniem, czy ma coś do jedzenia? Odebrał jej mąż i odpowiedział, że bar jest czynny. Jedziemy więc do Pani Bożenki. Najpierw stokówką do góry, aż na ulubioną przełęcz Wojtka. Tam skręcamy w prawo i śmigały w dół. W miejscu, gdzie ścieżka odbija do góry, do chatki wspominam Wojtka Legionowo. Z nim byłem w chatce ostatni raz. Czy ktoś wie co się z nim dzieje??? Kiedy droga się skończyła skręciliśmy w prawo. Przemknęliśmy drogą o nowej nawierzchni i stare brody aż do celu naszej podróży. Minęliśmy pole biwakowe i Wojtek zatrzymał rydwan przy barze. Tam zjedliśmy pyszne specjalności zakładu i popiliśmy tym, czym tam wypada popić strawę. Najedzeni, ale nie obżarci podjeżdżamy na pole biwakowe. Tam już na nas czekali Joanna i długi. Tego dnia obchodzili Okrągłą 37 Rocznicę Ślubu i założenia Podstawowej Komórki Społeczeństwa. Tak, tak. W tamtych czasach zakładało się komórki…, niektórzy też mieszkali w komórkach. Młodzi forowicze może tego nie wiedzą, ale tak było. Dostojni Jubilaci prawie wszystkie rocznice obchodzą w tym miejscu. Kiedyś w namiocie, teraz w niewiadowskiej przyczepie. Cóż lata lecą. Pomimo upływu lat Jubilaci ciągle wyglądają młodo. Chyba to miejsce tak działa. Prądy jakieś, czy inne promieniowanie? Tak, czy inaczej powitanie było naprawdę radosne. Długi natychmiast nastawił wodę na kawę. Następnie bardzo wprawnie (długi chyba wszystko potrafi) pokroił jubileuszowy tort, jak zwykle z ptaszkami. Podczas spożywania tortu Joanna z dumą opowiadała o pracy ich syna na dworze królewskim w Anglii. Poznaliśmy kilka ploteczek prosto z Buckingham Palace. Po jakimś czasie długi przyniósł na stół oryginalny pudding z dworu królewskiego. Napiszę tak: pudding był paskudnie słodki i niedobry. Renatka powiedziała, ze trochę w smaku przypominał pierniki, ale zachwycona smakiem nie była. Nawet chyba przeciwnie. Coby jednak nie powiedzieć dziękuję Wam Przyjaciele, że mogłem w tak pięknym miejscu skosztować królewskiego żarcia. Odrobina Wielkiego Świata w Bieszczadzie. Potem przyjechał Barnaba z Anią i zaraz przytuptała do nas Pani Bożenka z przepięknym storczykiem. Czas mijał szybko, stanowczo za szybko. Przyszła pora na rozstanie. Wojtek zabrał nas do Zygmunta, gdzie stał nasz karawan. Znowu po ciemku wróciliśmy do Zawozu…
ten dzień zaczął się dość wcześnie. Wystrojeni jak szczur na otwarcie kanału wyszliśmy na szlak, budząc lekkie zdziwienie zmierzających na Chryszczatą wędrowców oraz miejscowych kruków. Pod jabłonką nastąpiło życzenie sobie tego co zawsze, i wręczenie upominku. Uprzejmy turysta uwiecznił nas na wieczną rzeczy pamiątkę. Pozostało czekać na gości. Przyjechali. Radości ze spotkania nie był w stanie zakłócić nawet pudding. Spotkanie ożywił konkurs: kto szybciej zagotuje wodę na herbatę. Wynik nie był jednoznaczny. Barnaba otrzymał wrzątek prawie natychmiast, ale tylko kubek. Ja znacznie później, ale starczyło dla wszystkich. I tak czas płynął, aż dobiegł do pożegnań. Wieczór w kolorach nie występujących w przyrodzie (?) zakończył ten dzień z akcentem na królewskie...
To i ja dorzucę coś do ognia i przysiądę. Miło, naprawdę miło się to czyta, wspomina znajome miejsca i wędruje razem z Wami (przynajmniej w zakamarkach swojej pamięci). Stefana jak nie było tak nie ma, ale aż się serce raduje, że rezydencja dalej stoi :-)
Bardzo mnie rozbawiła rodzinka z nocnikiem i wózkiem, uwielbiam takich ludzi!!!!
Ponawiam Twoje pytanie, czy ktoś wie co z Wojtkiem z Legionowa???
Pisz Bertrandzie, rozgrzewaj serca :)
Ps. Długi z Żoną jesteście wspaniale normalni, a pudding jest przereklamowany ;)
Przepadam za niektórymi wynalazkami kuchni angielskiej. Ale z puddingiem zetknąłem się dopiero z okazji świąt, gdy syn został obdarowany tym królewskim, specjalnie dla pałacu przygotowanym. Przypomina mi to przedwojenną opowiastkę, jaką herbatę pije król; otóż bierze się dużą głowę cukru, w niej wierci się dziurkę wielkości naparstka i do tej dziurki wlewa się herbatę. A gdy już się dobrze posłodzi, to taką herbatę pije król. Pasuje do opisanego wyżej puddingu.
Długi
PS
dziękujemy za dobre słowo
Załącznik 33116Załącznik 33117Załącznik 33113Załącznik 33114Załącznik 33115
Następnego dnia postanowiliśmy wyhamować. Żadnych gór, żadnego wysiłku… Mamy wakacje przecież. No to, podjechaliśmy do Słodkiego Domku. Po wczorajszym Królewskim Żarciu nawet ciacha w tym przybytku nie wydawały nam się słodkie. Potem oczywiście jedyna słuszna księgarnia w Lesku, a na koniec wpadliśmy do Synagogi. Tam zawsze jest co pooglądać. Spacer z księgarni do Synagogi był tak wyczerpujący, że co nieco zgłodnieliśmy. No to pojechaliśmy do kurortu. A kurorcie pozmieniało się od ostatniego razu, ze hej. Nowe sklepy, nowe knajpki, frontem do kuracjuszy i do turystów. Nawet Pan Leszek rozbudował Stanicę. W kurorcie zawsze jemy u Pani Leszkowej i nigdy nie żałowaliśmy. Tak było i tym razem. Zupa gulaszowa palce i kociołek lizać. Połaziliśmy trochę po centrum i wyjechaliśmy z kurortu. Jeszcze nigdy nie widziałem Folwarku w Bieszczadzie, więc pojechałem w tym właśnie kierunku. Pierwsze zdziwienie: Postawili tam kościół. Może i on jest potrzebny, ale nie wydaje mi się. Jak ktoś ma ochotę uczestniczyć w Nabożeństwie, to może do wsi się przejść/przejechać. No cóż frontem do wiernego… Poszliśmy dalej pomiędzy zabudowania folwarczne. I tu czułem się zniesmaczony. Dom przy domu. Jak ktoś za przeproszeniem zanieczyści powietrze na swojej działce, to sąsiedzi będą to wiedzieć i czuć. Tabliczki: Teren prywatny! Przejścia nie ma! Nie, to nie dla mnie. Doszliśmy do końca, aż nad wodę, której jest coraz mniej. Popatrzyliśmy sobie na kurort od strony, od której nigdy, go nie widzieliśmy. Widok może i ładny ale ta droga do niego… Wróciliśmy do auta i pojechaliśmy na kwaterę. Byliśmy jeszcze za jasnego. Skończyło się to tym, że poszliśmy do Danusi i Krzysztofa na długie Polaków rozmowy. Było miło i sympatycznie, ale o tym sza.. Przed nami ostatni dzień tego pobytu.
Dmucham: Fffffffffffffffff, ffffffffffffffffffffff, fffffffffffffffffffffff. Cienki dymek. Uffffffffffffff. Rozpala się…
Na ostatni dzień jesteśmy umówieni z Barnabą i Anią. Mamy zamiar spotkać się na Jaśkowej Górze. My z Renatką jedziemy drogą, którą nie powinniśmy jechać ze względu na jurysdykcję. Ale jedziemy, bo fajna ona jest i widokowa i dziurawa. Wszystko, jak należy. Dojeżdżamy do kurortu, w którym odbył się KIMB w którym nie miałem przyjemności uczestniczyć. Dalej droga odcinkami jest dobra, a odcinkami nie. Po drodze mijamy Barnabę, który gna w drugą stronę, w stronę kultowej wiaty jak mawia Piskal. My w miejscowości, która kiedyś (ale krótko) zwała się Jodłowka, tuż przy sklepie na rozstaju skręcamy w prawo w stronę miejscowości o dawnej nazwie Przełom. Dalej to już Pan Pikuś. Na początku pierwszej miejscowości skręcamy w prawo na parking. Wita nas uśmiechnięta głowa. Reszta postaci albo nie istnieje albo jest zakopana w ziemi. Nie próbujemy odkopać tylko udajemy się pod górę. Stromo pod górę. Znamy tą drogę, nie idziemy wszak tędy po raz pierwszy. Pierwszy odpoczynek przy drodze. Tak, tak mogliśmy tam dojechać ale postanowiliśmy się katować. W końcu to ostatni dzień i trzeba go zapamiętać. Po odpoczynku udajemy się dalej. Jak myślicie, ze teraz w dół, to się mylicie. Cały czas pod górę. Leśnicy naustawiali tam kilka ławek i mogliśmy sobie odpocząć, nie leżąc na ziemi jak wielu „niecywilizowanych turystów” ;) ale na ławeczkach. Po drodze obserwujemy inny wynalazek leśników. Ten akurat mi się podobał. Drzewa stojące tuż przy drodze zrywkowej są zabezpieczone blachą. W pewnym momencie schodzimy ze ścieżki i zmierzamy ku niewielkim skałkom, które się tam znajdują. Podziwiamy przyrodę i wspominam wspólną wędrówkę na tę górę z Lucyną i Marcinem. Marcin wtedy opowiadał nam o roślinach ale wszystko już zapomniałem. Przy ścieżce stoją też kosze na śmieci. Takie kosze antywłamaniowe dla misiów. Znaczy się chodzi tędy wielu „cywilizowanych turystów”, którzy w odróżnieniu od tych drugich nie potrafią swoich śmieci zabrać ze sobą do cywilizacji. Tej głupoty nigdy nie mogłem zrozumieć. Przecież te kosze ktoś musi opróżnić i znieść/zwieźć je na dół. W końcu szczytujemy. Jaśkowa Góra jak zwykle nagrodziła nasz wysiłek pięknymi widokami. W zasadzie powinna ona nazywać się inaczej. Nie wiem jak ale coś wymyślę. Byłem na niej kilka razy i tylko raz nie spożywałem. A to z Forowiczami, a to z joorgiem, a to z …. Na szczycie czekają na nas Ania z Barnabą i kuzynem Ani Pawełkiem. Po powitaniu, co robimy? Raczymy się złocistym nektarem i podziwiamy. Podziwiamy widoki, a nade wszystko podziwiamy ciszę. Oprócz nas nie ma tutaj żywej duszy. Pozwolę sobie w tym miejscu zacytować fragment wiersza naszej Koleżanki Superpowsimordy. Wiersz ten kiedyś wspaniale przeczytał na KIMBIE nasz Kolega Superpowsimorda ( kiedyś Henkiem zwany, teraz ma szlachecki tytuł don)
Cisza błoga.
Cisza cieszy.
Cisza cicha,
gdy zgiełk zgubi.
W takiej ciszy
rosną skrzydła.
Taką się najbardziej lubi.
(Fragment wiersza Cisza WUKI)
Wymieniamy się z synem dokumentami i kluczykami i rozstajemy się. Idziemy w przeciwnych kierunkach. My schodzimy w stronę wodospadu. Nie napiszę, że w dół idzie się lżej, bo nie idzie się lżej. Podpierając się kijkami trekkingowymi schodzimy w dół. Teraz jest inaczej, nie ma ławeczek. Odpoczywając musimy siadać na pniach albo i bezpośrednio na mchu… Całkowity brak cywilizacji z tej strony Jaśkowej Góry. A może z tamtej strony te ławeczki to sprawka Jaśka jest? Muszę to sprawdzić. Docieramy do pierwszej ławeczki, która jest przy wodospadzie. Tam dłuższą chwilę wsłuchujemy się w szum wody. Ta woda tutaj zupełnie inaczej szumi, niż dajmy na to u nas w Poznaniu w łazience. Myślę sobie, ze bieszczadzka woda tak ma, że inaczej szumi. Podnosimy się z ławeczki i docieramy do samochodu z napisem www.lesneoko Kochany syn podjechał tak daleko jak mógł (zgodnie z jurysdykcją), wiedział, ze nogi nam będą wchodzić tam, gdzie sami wiecie. Teraz przystanek przy kultowej wiacie, piwko zdjęcie do Piskala i już wyluzowany mogę jechać dalej. Barnaba nas zaprosił do Cisnej do schroniska na zapiekankę. Jak napisałem wcześniej jest to nasz ostatni dzień w Bieszczadzie, więc jedziemy do Cisnej górą przez Wetlinę, żeby pożegnać Bieszczad. Pomału, nie spiesząc się podziwiając widoki jedziemy do Cisnej. Tam, Pod Honem Barnaba już szykował swoją firmową zapiekankę w żeliwnym garnku. Nie wierzyłem w zalety tego naczynia ale zapiekanka zapiekła się bardzo szybko. Potem już tylko powrót do Rajskiego. Oczywiście jak zwykle przed powrotem do Poznania zapaliłem świeczkę w Kapliczce Szczęśliwego Powrotu….. I to by było na tyle.
bertrand
czytam , czytam Twoją opowieść i wróciły we wspomnieniach moje (nasze bo chodzę z żoną) widoki z 20 sierpnia. Też było mi dane przejść tę trasę - ścieżkę .
A niedźwiedzi tam nie spotkałeś - bo znaki ostrzegawcze były.
"Ta woda tutaj zupełnie inaczej szumi, niż dajmy na to u nas w Poznaniu w łazience. Myślę sobie, ze bieszczadzka woda tak ma, że inaczej szumi"
Szumi inaczej , tylko jak byliśmy w sierpniu woda w Hylatym wyglądała jakby wyżej kąpała się Dolnośląska Jednostka Inżynieryjna - miała "mydlany" kolor.
Załącznik 33224
Zauważ ,że w górach (nie tylko w Bieszczadach) zmieniają się prawa fizyki. Butelka , czy puszka pełna jest lżejsza od pełnej i dlatego pewnie nie którym jest ciężko zabrać ze sobą puste.
Dziwne jakieś te turysty , piszą skargi do TPN że na Kasprowym gryzą muchy, że na szlakach mało koszy na śmieci, dlaczego do schroniska nie można podjechać samochodem
Pozdrawiam
Czy Jaśkowa Góra - Dwernik Kamień ?
Załącznik 33226 Bertrandzie ..czy o tym piszesz ...niby tak nie dawno było a już 5 lat minęło,....jak wczoraj... czas leci :(
ps. a obok Kogo puszka stoi ;)..czytam czytam Twoje "wędrówki" i podziwiam,trzeba powtórzyć spotkanie.
Kamień D. piękna góra..co roku jestem tam i tak mi mało.:)..Pozdrawiam Całą Rodzinkę
Zgasło... tak wiele teraz w moim życiu spraw odległych od Bieszczadów...zaglądam i martwi mnie ta cisza, brak ruchu, ni dymku, ni węgielka żarzącego się pod warstewką popiołu. Tak jakby fascynacja Zielonym Piekłem wyparowała... Jakoś w to nie wierzę... Może wreszcie ja zapalę swój ogieniek, może jakoś przełamię lenistwo wrodzone:P Mam paliwko niezłe, prosto stamtąd:)Załącznik 33365 Tyle na razie dorzucę, cięte w znanym worku, baaardzo wysoka wartość opałowa:)
Z czystej przekory pozwolę sobie na sprzeciw co do nazwy. Jasiek i owszem czasami mieszka, ale raczej nie bywa na tej górze.
Gdyby nazwać ją Górą Forumową to i zaświadczenie zdjęciowe Joorga byłoby na korzyść.
Przy okazji przypomniałem sobie jak pewnej jesieni szedłem z kolegą Ciepłym od strony Jawornika wspinając się skalnymi grzędami gdy zaatakował nas z nienacka niedźwiedź,
ale wkrótce gdy już dotarliśmy na szczyt, okazało się że to był pies który uczestniczył w uczcie kilku(-nastu) forumowiczów. Takie to niecodzienne spotkania na tej górze bywają
.
Załącznik 33370
onegdaj nawet bardzo sympatyczna obsługa na szczycie bywała
Załącznik 33371
foto K.B.
tego roku nawet odbył się koncert na tysiączniku na dwie gitary i skrzypce, na głosy z tej i tamtej strony granicy
Załącznik 33372
opowieści słyszałem że można tam spotkać osoby herbatę w porcelanie pijące z koszykiem i obrusikiem
Swoją drogą ciekawe czy Bertrand rozpoczynając ten wątek spodziewał sie takiego finału - Królewskiego żarcia na Forumowej Górce ?