-
Odp: Jak postrzegam te góry i ludzi, po nich chodzących i w nich mieszkających...
Znam je pod nazwą kawiarka - nie pytajcie skąd taka nazwa - w dzieciństwie z kawiarką szło się po mleko do gospodarzy hodujących krowy.
-
Odp: Jak postrzegam te góry i ludzi, po nich chodzących i w nich mieszkających...
Browar, ale pamiętasz że kanka potrafiła zmęczyć?
-
Odp: Jak postrzegam te góry i ludzi, po nich chodzących i w nich mieszkających...
Cytat:
Zamieszczone przez
tomekpu
Browar, ale pamiętasz że kanka potrafiła zmęczyć?
Oj, męcząca była okrutnie :)
-
Odp: Jak postrzegam te góry i ludzi, po nich chodzących i w nich mieszkających...
Ale my dzielne byli i dali radę:mrgreen:
-
Odp: Jak postrzegam te góry i ludzi, po nich chodzących i w nich mieszkających...
Cytat:
Zamieszczone przez
tolek banan
długi, przeomla - jaki konspiracyjny język :razz:
ale oprócz kany na mleko były jeszcze kanki takie jak ta niebieska i aluminiowa (miały też pokrywkę)
Załącznik 32771
Dzieci peerelu konspirację wyssały ... z wiadra, lub kanki. :-P
-
Odp: Jak postrzegam te góry i ludzi, po nich chodzących i w nich mieszkających...
Nocą zaczęło padać. Siedząc pod wiatą przy ogniu i śpiewach nawet tego nie spostrzegliśmy, a przynajmniej nie zrobiło to na nikim żadnego wrażenia. Kiedy po nocnych bojach zaczęliśmy się układać do porannego snu, okazało się, że w super namiocie jest troszkę wilgotno. Szybko zapadliśmy w objęcia Morfeusza. Obudziła nas burza... grzmiało mocno, a wrażenie potęgowały góry od których to grzmienie odbijało się echem. Lało niemiłosiernie i po namiocie spływały strugi deszczu, które z każdą chwilą powodowały większe "uwilgotnienie" wewnątrz. Przemakanie było i górne i dolne, więc nie pozostało nic innego tylko zrobić dzień gospodarczy. Pranie było już załatwione, więc zabierając wszelkie sprzęty tekstylne udaliśmy się pod wiatę, podłożyliśmy do jeszcze tlącego się ogniska i na ławkach i sznurkach urządziliśmy sobie suszarnię. Następnie odwodniliśmy namiot, obkopując go sprzętem przeróżnej maści łącznie z naszymi odnóżami (saperka- to rzecz zbędna). Obarczony tym doświadczeniem zawsze później do rozbicia namiotu wyszukiwałem najwyższego dostępnego miejsca, Drewna było mało i musieliśmy go natargać z za szosy sporą ilość, aby jeszcze sukcesywnie je podsuszać przy ognisku. Tak więc kąpiel poranną mieliśmy też załatwioną. Pozostało umyć zęby w Wołosatce, przynieść z niej wody na herbatę przy okazji i udać się na żer smalcu, który znacznie już zmniejszył swoją objętość. Padało wtedy kilka dni, a przez dwa nie chodziliśmy w góry. Był to jednak czas w którym nawiązaliśmy nowe znajomości (na polu i po za nim). Jedną z tych znajomości to poznanie człowieka nazwanego przez nas Poborcą Podatkowym. Nie wiem jak to nam się pokojarzyło, bo przecież wtedy podatki funkcjonowały "tylko" w złym imperialistycznym i wrogim naszemu systemowi świecie, a jedyny kontakt z nim ograniczał się w zasadzie do czwartkowej Kobry w TV w której czasami były spektakle amerykańskich autorów, czy późniejszego Kolombo.... Kolombo też by do niego pasowało. To była dziwna znajomość, bo na początku realna, a później miała wymiar metafizyczny. Pan pojawił się nagle pod wiatą i oznajmił, że pobiera opłaty za pole namiotowe. Gdy zapytał kiedy przyjechaliśmy i na jak długo, odparliśmy, że dzisiaj i jutro wyjeżdżamy. Pobrał opłatę i oddalił się nękać innych biwakujących. To było realne spotkanie, a pozostałe inne podczas tego wyjazdu i pozostałych to czysta metafizyka. Już nigdy więcej ze względu na nasze agonalne finanse nie płaciliśmy. Albo byliśmy w górach, albo jak nadjeżdżał i zostawiał swojego gazika na szosie, chowaliśmy się do namiotu. Po zamknięciu od wewnątrz wstrzymywaliśmy oddechy i po chwili słyszeliśmy - "halo, halo". Poborca był kulturalny i nie dokonywał rewizji, tylko po jakimś czasie się oddalał. Namiotowa wieść niosła, że był on pracownikiem nadleśnictwa, ale nikt tak naprawdę pewny tego nie był. Po kilku godzinach pogawędek i błogiego lenistwa pod wiatą usłyszeliśmy tyrkotanie ciągnika wjeżdżającego na pole. Ciągnął on przyczepę załadowaną pociętym drewnem na którym siedziało dwóch wesołych jegomościów. Podjechali blisko naszej wiaty i żartując zaczęli zwalać drewno. Ridol w mig podłapał ich żarty i prawie pół przyczepy było przy naszej wiacie. Panowie sami stwierdzili, że u nas jest najliczniej to i należy się najwięcej. Resztę rozwieźli po innych wiatach. Prawdziwy socjalizm - każdemu według potrzeb. Zrobiliśmy tylko wyprawę po napitek i przy dźwiękach gitar nie wiadomo kiedy dzień zamienił sie w noc. Było już dobrze po północy, kiedy tuż za naszymi plecami od strony Wołosatki rozległ się przeraźliwy ryk. W pierwszym momencie przez myśl mi przebiegło, że może niedźwiedź... ale dużo ludzi, ogień... raczej nie możliwe. Tylko zdołało mi to przemknąć z jednej półkuli mózgowej do drugiej, a za wiatą ukazał się jakiś gość zanosząc się ze śmiechu ze swojego dowcipu tak głośno, że nie pozostawiało to złudzeń, że on tu jest u siebie. Śmiejąc się tylko powiedział - co się tak boicie ... czemu takie małe ognisko.. ja wam zaraz pokażę jak wygląda bieszczadzkie ognisko. Ruszył do drewna które było porąbane i zaczął je rzucać na ogień. Patrzyliśmy w osłupieniu co się dzieje i po chwili zaczęliśmy go odwodzić od zamiaru zużycia całości opału. Całe szczęście, że przysiadł na ławce, ale to nie dzięki sile naszej persfazji, a chyba dlatego, że się zmęczył. Ogień buchał pod dach wiaty. Trzeba było wyjść z niej, bo było gorąco nie do wytrzymania. Nocny gość też się odsunął wyjmując wino z za pazuchy i rzucając w eter - napijecie się? Napijemy. Mówił coś, że idzie od Kiczery. Co on tam robił u diabła w nocy podczas deszczu, przez rzekę... Później mówi, że był dziś na jagodach i zna takie jagodziska, że nikt z nas takich nie widział. Z każdą minutą opowieści te jagody wydawały mi się większe i wciąż rosły, a on kiedy ogień się zmniejszył oznajmił, żebyśmy grali to nas tam jutro zaprowadzi. No to gramy. Później zaczął śpiewać. Nigdy tych piosnek nie słyszałem, a że nie były muzycznie skomplikowane zaczęliśmy mu przygrywać. Instruował tylko, a to wolniej, a to szybciej... Po chwili znowu wino i opowieść o więzieniu, że tu to tacy jak on uciekają, że niby gdzie ma się podziać. Potem pyta skąd jesteśmy. No to my mu tłumaczymy, a on na to, że niedaleko ma siostrę której nie widział dwadzieścia siedem lat i już szuka adresu po kieszeniach w międzyczasie oznajmiając, że chce mu się spać i który jest nasz namiot, bo trzeba się położyć... Z tą siostrą to był blef, bo nocny gość miał góra czterdzieści lat, siostry nie widział dwadzieścia siedem, czyli wyszedł z mamra mając trzynaście lat...Później się okazało, że nie miał czterdziestki, a swoje prawdziwe i mało prawdziwe historie opowiada chyba do dziś, bo ostatni raz widziałem go jakoś trzy lata temu w okolicach Ustrzyk Górnych, brylującego w grupie turystów. Bieszczad to jednak taki zakątek, który nikogo nie odtrąci, a przygarnie każdego...każdego, który chce tam być...
-
9 załącznik(ów)
Odp: Jak postrzegam te góry i ludzi, po nich chodzących i w nich mieszkających...
... No tak... postanowiłem coś napisać i w zasadzie nie ciągnąć teraz tej przydługiej opowieści wspominkowej...na którą zapewne kiedyś tam przyjdzie czas. Chronologia zostaje zachwiana :lol:. Mam sobie wątek to sobie zachwieję.
W ubiegłym roku w ostatni piątek września wyruszyłem odwieźć syna do akademika do Wrocławia, a że pogoda była ładna to w domu oznajmiłem, że na dwa dni w góry sobie wyskoczę. Tak jechaliśmy autostradą i pomyślałem, że przecież z tego całego Wrocławia to mam bliżej w Bieszczady niż od siebie o całe 150 kilometrów, a to szmat drogi, więc utwierdzony tym przekonaniem ruszyłem na lekko południowy wschód. Pomysł był średnio na jeża, bo po dosyć długim plątaniu się po dolnośląskiej stolicy i przejechaniu sporej ilości kilometrów w okolicach Ustrzyk Dolnych oczy zaczęły się pomału przymykać i byłem zmuszony szukać szybko noclegu, który znalazłem w Olszanicy. Po kolacji i piwku zapadłem w twardy sen w wygodnym łóżku. Rano rześki i gotowy na dalsze wyzwania ruszyłem do samochodu i po niedługiej chwili obserwowałem ten oto widok....
Załącznik 33812
... nie przepadałem za tym miejscem, ale czemu nie popatrzeć skoro ludzi nie ma i tłoku żadnego...
Załącznik 33813
połaziłem po pustych "krupówkach" podziwiając pozamykane stoiska, stragany i knajpy... ani ludka nie było....Załącznik 33814Załącznik 33815
... postanowiłem popatrzeć na wielką wodę, a tam dopadła mnie szarość...
Załącznik 33816
.... jak pies spuszczony z łańcucha co to węszy po podwórzu, nie wiedziałem w którą stronę się udać, więc poszukałem natchnienia pod cerkwią w miejscowości Rabe
Załącznik 33817
... po pewnym czasie kontemplowania udałem się nad San....
Załącznik 33818
... następnie po dalsze wskazówki do cerkwi w Chmielu, gdzie drzwi uchylone zapraszały do środka...
Załącznik 33819
... a w jej wnętrzu czekała odpowiedź...
Załącznik 33820
-
5 załącznik(ów)
Odp: Jak postrzegam te góry i ludzi, po nich chodzących i w nich mieszkających...
Odpowiedź była bynajmniej, nie z kręgów tych podpowiedzi "wstąp do zakonu", więc pomknąłem dalej, po chwili wyskakując na bieszczadzką drogę szybkiego ruchu. Podjechałem na słynny przydrożny punkt widokowy, by rzucić okiem na południe i popatrzeć z szerszej perspektywy na aurę jaką los zgotował....
.Załącznik 33825
na tym popasie spotkałem dwóch bicyklistów, a choć w oddali majaczył kościół to do niego nie wstąpiłem.... ale za to, tuż za drogą pięknie mi pozowało bydło rogate....
Załącznik 33826
... nad chmurami przebijało się słonko popychając w dalszą drogę, wiodącą do byłego peerlowskiego eldorado jakim był worek, a oczom moim po chwili jazdy niezbyt komfortowym asfaltem ukazał się taki widok...
.Załącznik 33827
... po pewnym czasie jazdy, podczas której koncentrowałem się na omijaniu wyrw na drodze, stanąłem przed okazałym gmachem, którego historię większość z Was pewno dobrze zna.... szarpiąc za klamkę od drzwi nie udało mi się tym razem przekroczyć ich progu, a po chwili szarpania dowiedziałem się, że właśnie rozpoczyna się remont, którego oznak jeszcze nie było....
Załącznik 33828
.... przemieściłem się dalej na południe, a w tym, że dobrze robię utrwalił mnie ten krzyż...
Załącznik 33829
Do Bazy nad Roztokami w Tarnawie Niżnej dotarłem w porze obiadowej....
-
1 załącznik(ów)
Odp: Jak postrzegam te góry i ludzi, po nich chodzących i w nich mieszkających...
Jak widzę, to ładną wycieczkę po Bieszczadach sobie zafundowałeś przy okazji pobytu we Wrocławiu:). W tym samym czasie byłem okupantem zachodnich rubieży Bieszczadów. Natomiast w pierwszy piątek października Bukowe Berdo powitało mnie już w innej scenerii.
Załącznik 33830
-
Odp: Jak postrzegam te góry i ludzi, po nich chodzących i w nich mieszkających...
Cytat:
Zamieszczone przez
przemolla
Chronologia zostaje zachwiana
chronologicznie czy nie - przyjemnie poczytać :)) i pooglądać też :)
-
Odp: Jak postrzegam te góry i ludzi, po nich chodzących i w nich mieszkających...
Dzięki przemolla....mój ukochany Chmiel...się rozmarzyłam...byle jakoś doturlać się do maja....;)
-
Odp: Jak postrzegam te góry i ludzi, po nich chodzących i w nich mieszkających...
Przemolla, Twoje zdjęcia są tak śliczne, że można wpatrywać się w nie bez końca! :)
-
10 załącznik(ów)
Odp: Jak postrzegam te góry i ludzi, po nich chodzących i w nich mieszkających...
Dzięki za dobre słowo....i zmierzajmy dalej....
Po krótkim czasie bicia się z myślami Gospodarza Bazy (czekał na jakąś parę, która nie dawała oznak życia) otrzymałem klucz do pokoju... chyba 6A. Zadowolony, że nocleg się trafił w dobrych warunkach, a nie w samochodzie odpaliłem furmankę i ruszyłem w drogę którą przyjechałem. Zatrzymałem się w pobliżu pozostałości po wiaduktach kolejki nad potokiem i w celu zaostrzenia apetytu ruszyłem pieszo tą drogą...
Załącznik 33861Załącznik 33862
ze zboczy Grandysowej Czuby dochodziło porykiwanie jakiegoś byka (bo rykowisko w toku), a ja spokojnym krokiem pokonałem jeszcze nie za dużą odległość, by wyzoomować tym szarym, lewym lepiej widzącym okiem taki widok...
Załącznik 33863
... a następnie tym prawym, kolorowym... bardziej perspektywiczny obraz....
Załącznik 33864
....a kiedy już się dobrze napatrzyłem, to wróciłem tą samą drożyną...
Załącznik 33865
.... wsiadłem do samochodu i ruszyłem na obiad do UG... można było zjeść bliżej, ale z racji włączonego "szwędacza" człek chciał wszędzie na raz być...
...w drodze powrotnej przekroczyłem tę oto bramę....
Załącznik 33866
... by popatrzeć na te oto zwierzę...
Załącznik 33867
... później przystanąłem na wypale, gdzie panowała zupełna cisza...
Załącznik 33868
... po powrocie do Tarnawy, kiedy to dzień chylił się ku swemu końcowi, postanowiłem udać się na spacer po tej wielkiej miejscowości i niebawem znalazłem się nad Sanem.
Niestety :roll: nie miałem aparatu i żadnego zdjęcia nie zrobiłem, ale tutaj wklejam dwa, które były zrobione miesiąc z okładem wcześniej... proszę tylko na oczy założyć filtr żółtawy, by widzieć bardziej jesiennie....
... tak oto łypałem okiem prawym na Polskę....
Załącznik 33869
... i lewym na Ukrainę...
Załącznik 33870
... po powrocie chwilkę pogawędziłem z tymi, co to się nawinęli przy Bazie i po spożyciu browara udałem się na nocleg, by rano wstać wcześnie...
-
Odp: Jak postrzegam te góry i ludzi, po nich chodzących i w nich mieszkających...
Czyli Dźwiniacz Górny, sobie odpuściłeś?. A byłeś już tak blisko. Natomiast żubry w Mucznem, pięknie się prezentują.
-
Odp: Jak postrzegam te góry i ludzi, po nich chodzących i w nich mieszkających...
... nie , nie odpuściłem... skręciłem tak po prostu nie w lewo, a w prawo ;)... w tym roku się tam wybieram, więc wdepnę...
-
7 załącznik(ów)
Odp: Jak postrzegam te góry i ludzi, po nich chodzących i w nich mieszkających...
Wstałem skoro świt i po porannym obrządku zdałem klucze, oddalając się świńskim truchtem do wehikułu ... oskrobałem troszkę przednią szybę ze szronu i ruszyłem pod słynny hotel w przebudowie ... zaparkowałem dyliżans i udałem się do parkowego punktu kasowego w którym nikogo o tej porze nie było, a mijając go mym oczom ukazał się taki widoczek...
Załącznik 33873
... za długo nie podziwiałem, bo czas niestety nie ubłagalnie poganiał wskazówkami zegara i pogalopowałem do góry.... galop w miarę przebytej drogi przechodził najpierw w kłus, a następnie w wolnego stępa, bo w końcu źrebakiem już nie jestem.... ciśnienie tętnicze krwi podnosiło się wyżej i wyżej, aż z lekka widziałem przymglony obraz....
Załącznik 33875
... przez całą drogę na Bukowe Berdo nie było żadnej żywej duszy... ani martwej, a po minięciu granicy lasu zobaczyłem w całej okazałości mój dzisiejszy punkt wyjścia...
Załącznik 33876
... jeszcze kawałek do góry i mogłem spokojnie w ciszy i przy słonecznej, średnio wietrznej pogodzie usiąść i odpocząć napawając się widokami....
Załącznik 33877
...jeszcze kawałeczek tutaj....
Załącznik 33878
... i po pewnym czasie, aż podskoczyłem, bo obok mnie stał drugi człowiek... zdjęcie musiałem wykonać raz jeszcze, bo ze strachu je poruszyłem....
Załącznik 33879
... człowiekiem tym okazał się pewien Witek z Rzeszowa, który mi serdecznie współczuł, że mam tak daleko w Bieszczady, a sam oznajmił, że wybrał sobie żonę z Rzeszowa, aby bliżej mieć w te góry... pogawędziliśmy sobie nie krótką chwilę... dał mi swój namiar i co jakiś czas od wtedy zaglądam na jego stronkę ze zdjęciami i opisami różnych miejsc w Bieszczadach i nie tylko... pożegnaliśmy się i Witek ruszył do przodu, a ja niestety do tyłu.... jeszcze tylko rzut oka za plecy....
Załącznik 33881
i tą samą trasą powrót.... już nie tak samotny, bo co rusz kogoś mijałem.... później w samochód i pędem do domu, by w nocy dojechać, bo w poniedziałek do pracy....
Taka to była krótka wycieczka.... utartymi drogami.
-
Odp: Jak postrzegam te góry i ludzi, po nich chodzących i w nich mieszkających...
Gdybyś mógł poczekać do piątku z tą wyprawą, to byśmy się spotkali w pięknej szronowej scenerii. Akurat w niedzielę, byłem w okolicach Wołkowyi.
-
Odp: Jak postrzegam te góry i ludzi, po nich chodzących i w nich mieszkających...
Cytat:
Zamieszczone przez
przemolla
(...)
i tą samą trasą powrót.... już nie tak samotny, bo co rusz kogoś mijałem.... (...).
Nie lubię wracać tą samą ścieżką. Dlaczego ?
Nie lubię i już.
a taka ładna pętelka byłaby przez Grandysową jeno zakazana na odcinku 15 minut.
-
Odp: Jak postrzegam te góry i ludzi, po nich chodzących i w nich mieszkających...
.... właśnie Witek przez Grandysową poszedł....
-
Odp: Jak postrzegam te góry i ludzi, po nich chodzących i w nich mieszkających...
Niedawno schodziłem z Bukowego przez Grandysową i nie polecam , to takie chodzenie trochę pod strachem,zwłaszcza jak się oglądasz a tu ktoś za tobą śmiga.Pozostaje nie dać się dogonić.
-
Odp: Jak postrzegam te góry i ludzi, po nich chodzących i w nich mieszkających...
chronologicznie....Kolejne dni upływały rytmicznie, a każdy ze świeżym powiewem nieznanej przygody. Tej w górach i podczas odpoczynku, gdzie wciąż poznawało się nowych ludzi i siebie nawzajem. Wtedy wszystko było dla nas nowe i dziewicze... a z kolejnymi naszymi wyjazdami mimo poznawania nowych miejsc... wracało się w te już wcześniej poznane. Teraz z biegiem czasu, kiedy odkrywam jakieś nieznane wcześniej, nowe bieszczadzkie miejsce, odczówam to bardziej jako powrót niż odkrywanie i choć pierwszy raz tam stoję, to mam wrażenie jakby się wracało i odwiedzało stare Bieszczady, po mimo wielkich zmian, które zaszły z biegiem lat....
Nadchodził jednak nieubłagalny koniec naszego pierwszego spotkania z Bieszczadami .... z Biszczadami w których już było trochę turystów, ale znajdowały się też miejsca nieodkryte, bezludne, zakazane, magiczne i niezrozumiałe, gdzie po dawnych domostwach i cerkwiach było więcej śladów, ale prawie nikt się nimi nie przejmował... Do domu jechaliśmy wykończeni brakiem snu, a rozmowy jakoś się nie kleiły i tylko następne większe dworce kolejowe pokazywały jak bardzo się oddalamy od naszej przygody... drzemiąc w pociągu i się przebudzając ... ale tak naprawdę to chyba nie tyle to było zmęczenie co żal za tym co za sobą zostawialiśmy.
Minęło trzydzieści kilka godzin podróży i kiedy znalazłem się w swoich czterech ścianach... swoim azylu i środku antykoncepcyjnym na wszechogarniający świat to musiałem zapaść w długi chorobliwy sen. Sen który miał pozwolić otrząsnąć się ze stanu w którym tkwiłem... zawieszenia między dwoma tak odległymi światami...
Próbuję otworzyć oczy, a pierwszą rzeczą realną, którą zauważam jest to, że nie obudziłem się z powodu zaduchu rozgrzanego do granic możliwości przez promienie słońca namiotu... nie byłem w namiocie... Z uporem maniaka otwieram okno i nie słyszę śpiewu ptaków tylko skrzeczenie wron, a ulicami po których już od lat nie chodzą kondukty pogrzebowe leniwie przejeżdżają pojedyncze samochody. Idę do piwnicy, wynoszę rower i jadę przed siebie do lasu, gdzie kiedyś bawiliśmy się w indian, gdzie stał nasz szałas na górce otoczonej wąwozem. Zalegam pod drzewami, zamykam oczy i zalewa mnie błoga cisza falująca na przemian z podmuchami wiatru... Otwieram oczy, a w górze kołyszą się korony sosen i brzóz... Jeszcze raz zamykam oczy w nadzei że gdy je otworzę to jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki zakołyszą się buki, jodły, czy olsze... To jednnak nie chciało i nie mogło nastąpić...
-
Odp: Jak postrzegam te góry i ludzi, po nich chodzących i w nich mieszkających...
Pięknie piszesz chłopaku....pisz dalej...
-
Odp: Jak postrzegam te góry i ludzi, po nich chodzących i w nich mieszkających...
.... no to piszę, ale czy pięknie, czy też smętnie.... tego nie wiem..... a dzień dzisiaj najlepszy nie był i humor raczej taki nie bardzo dobry, ale tak to już jest jak ktoś na Twoim garbie chce się ślizgnąć i jeszcze od tyłu w d..ę podszczypuje....więc ciągnę te smarkociny dalej, w nadziei, że następnym razem, kiedy się powróci z Bieszczadów... będzie weselej....:roll:...
Nie wiedząc co ze sobą począć postanowiłem sprawdzić co tam u Skrzypa. Kiedy szedłem do niego napotykałem znajomych, którzy pytali jak było i co słychać, ale jakoś zbyt rozmowny nie byłem i po zdawkowych odpowiedziach, że fajnie... ruszałem dalej. Skrzypu otworzył drzwi, a kiedy wszedłem, odpalił gramofon z The Eagles. Tą płytę na której jest Desperado. Pierwszy raz ją wtedy słyszałem i była całkiem odmienna od muzyki, która rozbrzmiewała w mojej głowie, ale wtedy po raz pierwszy od powrotu zobaczyłem dosyć wyraźnie te jodły, buki, olsze, potoki, połoniny i ludzi, których tam spotkaliśmy. Była prosta... melodyjna.. trochę nostalgiczna , opowiadająca coś co mogłem sobie wyobrazić i w sposób taki jak mi się tylko podobało.
Rozłożyliśmy później sfatygowaną mapę i oglądaliśmy. Chyba bardzo chcieliśmy się tam znowu znaleść. Mimowolnie... tak od niechcenia... na początku nieśmiało... a później z co raz większym zapałem zaczęliśmy planować swój kolejny wyjazd w Bieszczady. Wyjazd który był bardzo odległy, ale jakże realny i namacalny. Już go wtedy dotykałem i smakowałem.... jeden dzień po powrocie.
Po kilku dniach nie mogąc już wytrzymać pojechałem w Karkonosze. Wieczorem sobie wymyśliłem, a nad ranem siedziałem w pociągu pomykającym do Jeleniej Góry. Jako, że fundusze były bardziej niż mizerne musiałem wracać wieczorem, bo na nocleg nawet ten na glebie w schronisku nie było mnie stać. Trzeba było wymyślić trasę jednodniową, a treściwą i w miarę odludną. Ciężki orzech do zgryzienia latem, kiedy to wielu turystów podążało wszelkimi możliwymi szlakami. Dziś w takiej sytuacji wybieram Sokoliki, Góry Krucze lub Rudawy Janowickie ( od kilku lat i tam jest tłoczno), ale wtedy dla człeka nie zmotoryzowanego to była spora wyprawa. Padło na Kocioł Łomniczki. Strzał był w dziesiątkę, bo po pociągu, autobusie i szybkiej przebieżce do schroniska Pod Łomniczką mym kaprawym oczętom ukazał się widok kotła do którego wlewały się chmury gonione wiatrem z nad Równi pod Śnieżką. Ludzi było mało. Ruszyłem mozolnie w coraz bardziej stromą ścieżkę, a kiedy wychyliłem swoją głowę i spojrzałem na Równię to wtedy zobaczyłem ile ludzi może być w górach. Przypominało to trochę tatrzańskie szlaki. Szybko przegalopowałem to ludne miejsce by znaleźć się w Dolinie Sowiej, a tam było już o niebo spokojniej. Siadam... odpoczywam I zastanawiam się czy aby na pewno tu chciałem się znaleźć. Byłem w górach... pięknych górach, ale czy o to mi szło? Boże... czemu jestem tak daleko... czemu wciąż dzielą mnie setki kilometrów od miejsca, które pragnę teraz zobaczyć...a może tylko... tak po prostu w nim być....miejscu naznaczonym magią... niewiadomą... a może wolnością. Nie wiem z czego wynikającą... może tylko z odległości... Może to co dalekie i wciąż nie doścignione jest dlatego takie piękne... Może właśnie dążenie ma największy sens...
Czas zaczynał płynąć swoim zmiennym tokiem. Szkoła, czyli miganie się od wojska, jakieś tam różne granie, przyjaciele, dziewczyny i zimowe wyjazdy w Karkonosze, a między tym wszystkim mapa Bieszczadów ta w głowie i ta na stole, a na niej zapisane wszystkie drogi, szlaki, potoki, miejscowości, góry i doliny, które chciałoby się zobaczyć. We wszystkich nazwach tkwiło coś więcej niż na mapie....wspomnienia i tęsknoty... zaostrzające koloryt...chyba pastelowy....
-
Odp: Jak postrzegam te góry i ludzi, po nich chodzących i w nich mieszkających...
Co za piękne opowiadanie! Masz fantastyczny styl pisania, taki sielski, leniwy... W poprzednich opisach w tym wątku były sielankowe zdjęcia a teraz są sielankowe myśli. Sielankowe a jednak pełne nostalgii. Mam cały czas wrażenie, jakbym czytała swoje myśli, jota w jotę. Czytając to, przypominam sobie siebie dokładnie w sytuacjach, o których pisałeś. Ale te moje myśli właśnie kilka lat temu, nie bieżące. Dziś spojrzenie mam inne, właściwie już pozbawione nostalgii zupełnie, co z jednej strony odbiera im tego pięknego uroku, jaki miały kiedyś.
Pamiętam czasy, gdy przyjeżdżałam w Bieszczady tylko raz w roku. Wtedy odjeżdżając serducho się krajało z żalu, że trzeba czekać aż cały rok. A gdy się powracało znów a zwłaszcza autostopem z Leska w Bieszczady to kierowca nie mógł się nadziwić i nacieszyć z tych szalonych wariatek, które wiózł ze sobą a gdy jeszcze puścił w aucie SDM to dziewczyny były w pełni szczęścia. Spało się w stodole na sianku i czasem jadło sam chleb z ogórkiem i keczupem, bo dzięki temu stać nas było na jedną noc dłużej, gdy fundusze, jakie zarobiłam z Aśką zbierając jagody w Jagodowej Stolicy Polski (czyt. Stalowej Woli), powoli się kończyły. Zbierałyśmy jagody, by zarobić na Bieszczady.
Potem podobnie największą radość z Bieszczadów niegdyś czerpałam, gdy przyjeżdżałam pierwszy raz na wiosnę. Po długim, zimowym wyczekiwaniu w końcu nadchodziła wiosna...
Największy szok wynikający ze zderzenia tych dwóch odmiennych światów odczułam pewnego razu mieszkając w Krakowie. To było kilka lat temu. To było po tym, gdy całe wakacje spędziłam pracując w znajdującym się na uboczu wetliny hotelu górskim. Wszyscy pracownicy byli jak jedna wielka rodzina i to właśnie tam poznałam najbardziej mi bliskich ludzi w Bieszczadach, dziś rozsypanych po całych górach. To właśnie tam narodziła się piękna ekipa ludzi rawczańskich, jaworeckich. Uwielbiałam mieć na 6 do roboty, ponieważ gdy ja byłam już na nogach, wszyscy spali a bieszczadzki świat dopiero budził się do życia. Zaczarowane były te leniwe poranki pijąc kawę pod jarzębiną i patrząc na zamglone, zroszone Bieszczady. Dlatego właśnie, gdy pojechałam do miasta ogarnął mnie wszechobecny wstręt do wszystkiego i kilka miesięcy musiało minąć, bym wtopiła się w rytm miasta. Pamiętam, że czułam wtedy straszny smród.
Odczucia co do innych gór również mam takie same. Mieszkając w Krakowie rzut beretem było w Beskidy Zachodnie, dlatego wtedy dopiero zaczęłam je poznawać. Ja, bieszczadzka dusza, nie mogłam się w nich odnaleźć, wydawały mi się takie banalne, pospolite i bez wyrazu. Najbardziej raziło mnie, że z każdej strony było blisko do większej wioski. Nie było tego odosobnienia bieszczadzkiego, po którym mógłbyś chodzić nawet kilka dni nie spotykając większej ilości domów. Dla mnie chodzenie po Beskidach Zachodnich było chodzeniem dla samego chodzenia. Coś trzeba było robić, gdy się nie pojechało w Bieszczady. Ale pamiętam mój pierwszy raz, gdy wybrałam się w Beskidy inne niż Bieszczady. To były Gorce. Nocując na Turbaczu, rankiem inwersja i widoczność były tak powalające, że ze szczytu widoczne były hen, hen daleko w dali, Bieszczady, Smerek. Pierwszy raz udałam się gdzieś indziej a one szybko przypomniały mi o sobie.
-
Odp: Jak postrzegam te góry i ludzi, po nich chodzących i w nich mieszkających...
....Jimi... dzięki za tak wyczerpujący temat post....cieszę się, że ktoś tak normalnie i w szerszy sposób odniósł się do tego ,bardzo subiektywnego spojrzenia... każdy ma tam jakieś swoje „prawdy” i swoje 'przemyślenia” i właśnie to jest ok, że nie ma zbyt wielu podobnych.... każdy spostrzega wszystko wokół w różny sposób... a jeśli coś, trochę się pokrywa... to jest budujące i w jakimś stopniu jednoczące...ha,ha, ha, albo cha, cha, cha ... zachowuję dowolność .... przynajmniej dla tych , których to dotyczy...takie spojrzenie nie jest w modzie... ale jakże fajowo jest stanąć z boku i tak po prostu popatrzeć na wszystko z dystansu....
-
7 załącznik(ów)
Odp: Jak postrzegam te góry i ludzi, po nich chodzących i w nich mieszkających...
.....teraz napiszę ... niechronologicznie... z pewną nutą chronologiczną... czyli trochę pomieszane i trochę poplątane...
Zapakowałem swoje rzeczy do auta i wyruszyłem w ten drugi wtorek miesiąca... czyli trzynastego maja roku bieżącego... data niby pechowa, ale kto wie... może wcale nie...
Wieczór był o miękkim świetle... od wschodu mżawka , a od zachodu słoneczko chyliło się do horyzontu...ruszyłem więc drogą, którą kilka razy dziennie wyruszam... ale nie zawsze jest taka długa....zwykle jest krótka... w szczególności do tej podróży....;)
Załącznik 34696
Jadę sobie tą leśną drożyną i tak sobie myślę, że to całe moje pisanie w tym necie, to psu na budę się zdało, jeśli wziąć moje przesłanki pod uwagę. Wyjaśniam dlaczego.... Pomijając fakt, że gatunek ludzki ma nieodpartą chęć dzielenia się czymś... (czytaj narzucania swojego ego)... jednym z ważniejszych powodów, było napisanie dla moich przyjaciół z którymi kiedyś wędrowałem po Bieszczadach. Miała to też być moja “ostatnia deska ratunku”. Zamarzyłem sobie, że w wakacje tak jak dziesiąt lat temu, wyruszymy w Bieszczady... wszyscy razem... nakłaniałem... rozbudzałem wspomnienia, spotykałem się i dzwoniłem...ale już wiem, że nic z tego nie wyjdzie.... Wyruszę tylko z Ridolem i jeszcze z kilkoma osobami z którymi kiedyś nie wędrowałem...
Wszystko miało dojść do skutku, a nie dochodziło... im dalej tym gorzej, ale miałem przecież asa w rękawie... te spisane wspomnienia...których w efekcie nie pokazałem... sam nie wiem dlaczego.... ha,ha,ha.... może wcale nie po to, to pisałem....
Leśna drożyna przeszła w taką trochę szerszą i głębszą... z uwagi na dziury i wyboje... te drogowe i życiowe... Potem stała się wiejskim asfalcikiem i asfaltem powiatowym, a po chwili europjeską autostradą, gdzie można było wcisnąć śmielej pedał gazu i głośniej puścić muzykę, ruszając żwawiej na południowy wschód.
Jechałem spokojnie, słuchając muzyki … czasami przyspeszając... a rano mieliśmy wyruszyć w Bieszczady.
Po ponad trzech godzinach jazdy byłem w Sosnowcu, a nazajutrz po śnie przywitał mnie koszmarny widok, na który pewnie mój przyjaciel nie zwraca w codzienności uwagi, tak jak i ja swój widok codzienny dostrzegam od parady... Słynne blokowisko ukazało się w swej krasie....
Załącznik 34697
Otrzepałem się, niczym mokry pies z tego widoku i po krótkiej chwili opuściliśmy to szare miejsce. Dzień zapowiadał się z widoku na pochmurny, a z prognoz radiowych na ulewny. Wyskoczywszy na autostradę pojechaliśmy szukać tego deszczu. Po drodze, co by tradycji stało się zadość zboczyliśmy na południe i tym razem odwiedziliśmy jeden z największych drewnianych kościołów w Polsce.... w Srzyszowie. Skwapliwie obeszliśmy całą świątynię, aby znaleźć najbardziej odpowiednie miejsce, by ją uchwycić w obrazie., czyli tam gdzie nie ma znaków drogowych, samochodów i linii energetycznych.... Niestety musieliśmy troszkę się nadreptać i prawie wyjść z miejscowości, ale na zdrowie to jednak wyszło, bo nie ma odcisków na tyłkach od siedzenia .
Załącznik 34699
Wnętrza jednak nie mogliśmy obejrzeć, ponieważ kościelne wrota skutecznie się nam oparły. Usadziliśmy się w samochodzie i ruszyliśmy omyłkowo nie w tym kierunku co trzeba, zwiedzając przy tym Pogórze Ciężkowickie . Wprawdzie z okien samochodu, ale lepsze to niż nic. Może kiedyś inaczej... Wracać się już nie wracaliśmy i podrzędnymi drogami minęliśmy Gorlice. Na wysokości Beskidu Niskiego pokazały się pierwsze samotne krzyże i pierwsze krople deszczu.
Załącznik 34700
Zatrzymaliśmy się przy przydrożnej Biedronce kupując artykuły pierwszej potrzeby, czyli chleb, śledzie, cebulę, konserwę zwaną turystyczną i przeróżne napoje. Niestety ręcznika, którego zapomniałem spakować, nie było w tym sklepie gdzie niskie ceny i wszystko jest. Okazało się w sobotę na KIMBie, że takowy dostałem w prezencie, ale żal trochę mi było go używać, więc dalej wycierałem się koszulą flanelową.
Potem się przejaśniło , a ruch na drodze był minimalny i mogliśmy się delektować bardziej śmiałymi widokami.
Załącznik 34701
Po pewnym czasie minęliśmy Duklę, a później Komańczę. Droga zrobiła się zupełnie pusta i trochę nareszcie znowu popadało (tak, aby prognozy się sprawdziły). Ridol, jak na “wytrawnego turystę” przystało, skończył właśnie browara i rozpoczynał coś mocniejszego.... po chwili gdy wjechaliśmy już w Bieszczady ni z gruszki, ni z pietruszki wypalił... Ty, a pamiętasz te dwie dziewczyny, bo nie mogę sobie przypomnieć jak je poznaliśmy....aż przyhamowałem...nawet mało łagodnie.... Jakie dziewczyny?... pytam … a On na to, że te co odprowadzaliśmy je na autobus w UG, wtedy, a wtedy... w autobusie już siedziały, a później wysiadły... były u nas pod wiatą, impreza była, a później je asekurowałem (On) do Dwerniczka... i stopem jechaliśmy, a później na drugi dzień wróciłem... rozkręcił się i opowiadał, a ja słuchałem i czułem się jakbym pierwszy raz w życiu to słyszał... nic nie pamiętałem... luka w pamięci... czarna dziura...myślę sobie, że to przecież dwadzieścia osiem lat temu było...ale po chwili coś mi zaczynało świtać, że Ridola kiedyś nie było i się spóźnił z tego Dwerniczka, kiedy mieliśmy już zamiar lecieć tam z odsieczą. Teraz jeszcze większa eureka mnie dopadła, bo wiem, że poznaliśmy je w Letniej... chyba na Tarnicy były...
Pomyślałem wtedy, że jak wiadomo każdy ma swoją opowieść. Z biegiem czasu coś tam się pamięta, a coś ulatuje, ale jak by tak złożyć do kupy przeżycia każdego z osobna to by dopiero coś pełnego wyszło. Dlatego fajnie w pojedynkę, ale w więcej ludków też fajowo... może być i szansa na zapomnienie czegoś mniejsza....a i odżyć coś w głowie może po latach....
Kiedy po pewnej chwili ciszy popatrzyłem na licznik, to zobaczyłem 40 km/h … no to przez te nasze gawędzenie niezłemu spowolnieniu ulegliśmy... taki powrót do przeszłości... prawie przenieśliśmy się w czasie... Wcisnąłem mocniej gaz i po chwili musiałem mocniej hamować, bo po lewej stronie stały już lokomotywki. Ridol... kolejarz z dziada, pradziada, a pierwsze szlify zdobywał jeszcze na parowozach....choć je oglądał i podróżował nimi, to musiał je po raz kolejny obejrzeć, powąchać i obmacać...
Załącznik 34702
Deszcz mu w tym nie przeszkodził i po chwili znikł gdzieś na bocznicy i tyle go widziałem...
Załącznik 34703
Po pewnym czasie kiedy się wyłonił z chaszcza lokomotyw, zapytałem aby powiedział którą jechaliśmy pierwszy raz. Zadowolony z lokomotywozagadki zaczął eliminować... kopciuch to nie był.... ta za słaba... ta chyba nie stąd.... Kolejką pierwszy raz jechaliśmy w 85, albo 86 roku. Skład wyglądał tak, że były tylko dwa bodajże wagoniki, typowo osobowe w których jechał też konduktor (kierownik składu, albo ktoś w tym stylu) i kilka platform z kłonicami na których transportowano drewno. Puste platformy na przystankach odczepiano i pozostawiano do załadunku, a załadowane podczepiano. Na platformach z drewnem byli też hamulcowi, którzy ręcznie wyhamowywali poszczególne wagoniki na bardziej stromych odcinkach. Osoby miejscowe z tego co zauważyłem, nie płaciły za przejazd. Na niektórych przystankach gdzie podczepiano wagoniki z drewnem, dosyć długo się oczekiwało na odjazd. Wracając do zagadki.... wskazał na dwie praktycznie identyczne lokomotywy.... ta, albo ta... innej możliwości nie ma.....
-
Odp: Jak postrzegam te góry i ludzi, po nich chodzących i w nich mieszkających...
Bardzo miło mi się czytało; sentymentalne wspomnienia -pewnie miło się do nich wraca ale też miło innym je poczytać
-
10 załącznik(ów)
Odp: Jak postrzegam te góry i ludzi, po nich chodzących i w nich mieszkających...
Potem ruszyliśmy dalej na wschód napychając brzuchy w Smereku, a kiedy po posiłku wyszliśmy zapalić. przed nami roztoczył się zielony widok z niewidocznym już trzecim planem....
Załącznik 34713
Zatrzymaliśmy się też w UG, żeby tak po prostu rzucić okiem i sprawdzić co też się zmieniło, a kiedy skręciliśmy ze Stuposian w kierunku Mucznego zaczęło już lekko siąpić. Żubry jak to zwierzęta domowe, a nawet pokojowe... odpoczywały sobie pod dachem i nie miały zamiaru się pokazać.... tak więc najbliżej można było je zobaczyć w sklepie w Mucznem.
Dojechaliśmy do Tarnawy, gdzie za pomocą dzwonka oderwaliśmy Gospodarza od jego prac i po przywitaniu i krótkiej rozmowie udaliśmy się na miejsce stałej dyslokacji. W całym hoteliku byliśmy tylko we dwóch, a po przeciwnej stronie mieliśmy sąsiada, który czekał na lepszą pogodę, by wyruszyć dalej. Mżyło sobie tak średnio na jeża, konie były jeszcze w Wołosatem i tylko relikt przeszłości niczym punkt orientacyjny tkwił na swoim miejscu....
Załącznik 34714
Zbliżały się godziny około wieczorne, więc poszliśmy nad potok Roztoki sprawdzić stan wody....bo okropne niby kataklizmy miały nadejść....
Załącznik 34715
Stan wody raczej średniawy z naciskiem na kiepski. Po tym jak wszyscy w radio i w Tarnawie trąbili, że jutro to dopiero się zacznie... postanowiliśmy pomimo późnawej już pory ruszyć......
Załącznik 34716
Jak już podjęliśmy taką decyzję... zaczęło wreszcie mocniej padać....
Załącznik 34717
No to ruszyliśmy asfalicikiem, bo tak też można, choć nie jest to wprawdzie pętla bieszczadzka..... w stronę tej najważniejszej rzeki w Bieszczadach....
Załącznik 34718
… a przy słupie granicznym mogłem radośnie i dumnie choć raz zapozować... bo jak to zwykle bywa, gdy się robi zdjęcia to prawie nigdy się na nich nie jest....ale się udało...
Załącznik 34719
Padało coraz mocniej, a my zadowoleni rozglądaliśmy się w kółko i sobie niespiesznie szliśmy.....
Załącznik 34720
Coś tam jeszcze z uwagi na pogodę było widać, lecz dalszy obraz się wyraźnie zacierał...
Załącznik 34721
Podążając betonką ni więcej, ni mniej w tym miejscu byliśmy już zupełnie mokrzy.... każdy w innych miejscach.... Ridol miał dobrą deszczówkę, więc plecy miał suche, a ja nogi bo obute w gumowce były.... a miejsce to jedno z bardziej charakternych w tej wycieczce....
Załącznik 34722
-
8 załącznik(ów)
Odp: Jak postrzegam te góry i ludzi, po nich chodzących i w nich mieszkających...
Niedaleko kwitło sobie jeszcze drzewo owocowe....
Załącznik 34723
… a po chwili zobaczyliśmy ten krzyż.....
Załącznik 34724
Tu już trzeba było dobrze się napocić, aby zdjęcie jakieś zrobić.... ciemno zaczęło się robić powolutku.... iso w górę na maksa i lampą trzeba było doświetlać...
Załącznik 34725
Potem naszym oczom ukazała się gustowna wiata, gdzie na moment zasiedliśmy....
Załącznik 34726
… ale musieliśmy się udać w to miejsce, bo za parę minut już ciężko by było bez statywu wykonać zdjęcia....
Załącznik 34727
tutaj szybko popstrykaliśmy co bardziej świetlne miejsca i mogliśmy spokojnie pochodzić i pozwiedzać...
Załącznik 34728Załącznik 34729
Wracaliśmy zmoknięci do szpiku kości, a do hoteliku dotarliśmy tak nie całkiem w jasności. Po drodze jeszcze widzieliśmy wystrzeloną racę świetlną za Sanem. Nie wiem co to miało być, ale po drugiej stronie dzieją się czasami dziwne rzeczy. Nasz sąsiad co to czeka na pogodę, popatrzył na nas... no może nie z politowaniem... ani nie ze zdziwieniem... a z czymś pośrednim w oczach.
Nie zostało nic innego tylko wyciągnąć artykuły pierwszej potrzeby na stół.....
Załącznik 34730
-
Odp: Jak postrzegam te góry i ludzi, po nich chodzących i w nich mieszkających...
Przemolla drogi - czy Ty aby przy nadziei nie jesteś i na nagrodę Rockefelera się nie czaisz- zaiste dziwne połączenia smakowe na zdjęciu odkryłem.Jeszcze czekolady brakuje :-)
-
Odp: Jak postrzegam te góry i ludzi, po nich chodzących i w nich mieszkających...
przemolla;W całym hoteliku byliśmy tylko we dwóch, a po przeciwnej stronie mieliśmy sąsiada, który czekał na lepszą pogodę, by wyruszyć dalej.
A potwierdzam, po doniesieniach medialnych postanowiłem " zahibernować":mrgreen:
-
Odp: Jak postrzegam te góry i ludzi, po nich chodzących i w nich mieszkających...
Cytat:
Zamieszczone przez
przemolla
Nasz sąsiad co to czeka na pogodę, popatrzył na nas... no może nie z politowaniem... ani nie ze zdziwieniem... a z czymś pośrednim w oczach
Taaa, coś zupelnie podobnego zauważyłem w oczkach innych, jak dotarlem w sobotę do Wołosatego :mrgreen:
-
Odp: Jak postrzegam te góry i ludzi, po nich chodzących i w nich mieszkających...
.... no.... cieszę się:lol:... na wieści od sąsiada...
-
10 załącznik(ów)
Odp: Jak postrzegam te góry i ludzi, po nich chodzących i w nich mieszkających...
Ranek był taki jaki powinien być w ten dzień … czyli deszczowy i to tak porządnie deszczowy. Do południa mieliśmy jeszcze jakąś nadzieję, że może ci meteorolodzy się pomylili... ale wychodziło na to, że raczej nie....
Załącznik 34741
W nadziei, że gdzieś troszkę dalej od Tarnawy mniej pada.... podjechaliśmy do Bukowca.
Po drodze minęliśmy obejście bodajże pana Władka....
Załącznik 34742
… i tylko konie, którymi się opiekował pasły się na łące lekceważąc aurę...
Załącznik 34743
Dojechaliśmy na miejsce i muszę napisać, że troszeczkę się tam zmieniło od czsu kiedy tam ostatnio byłem....
…. rzut oka w jedną....
Załącznik 34744
… i w drugą stronę...
Załącznik 34745
Cicho jak makiem zasiał... ani żywej duszy. Nawet w lesie nikt nie pracował...
Załącznik 34746
… jako, że nie chciało i tu się przejaśnić... udaliśmy się na konsumpcję...specjalnie dla Diabła bez zakąski... żeby o nadziei nic nie było:mrgreen:...
Załącznik 34747
Po pewnym czasie przyjechała wycieczka szkolna z Rzeszowa, a w hoteliku napalono i mogliśmy wysuszyć mokre ciuchy z dnia poprzedniego. Nagle przestało padać, więc pogalopowaliśmy nad potok, który toczył swoje błotniste wody...
Załącznik 34748
…. a żaden kamień z niego już nie wystawał...
Załącznik 34749
Nasz entuzjazm nie trwał długo, bo po chwili musieliśmy uciekać pod dach. Wieczorem byliśmy umówieni na pogawędkę w tym lokalu...
Załącznik 34750
…. ze spotkania dotarliśmy chyba bezpiecznie, bo rano obudziliśmy się w łóżkach...:mrgreen:....
-
10 załącznik(ów)
Odp: Jak postrzegam te góry i ludzi, po nich chodzących i w nich mieszkających...
Przebudzenie było z kołowatą głową i suchością w ustach, więc po śniadaniu ruszyliśmy w kierunku Tarnawy Wyżnej, co by głowy przewietrzały. Przesuwaliśmy się to bliżej granicy....
Załącznik 34794
… to dalej, podziwiając meandrujące koryto Sanu wypełnione jeszcze prawie po wręby...
Załącznik 34795
… rzucając wzrokiem co chwilę w przeciwnym kierunku, gdzie nawet zaczęły się ukazywać jakieś widoki....
Załącznik 34796
… a na największej drodze worka pojawiały się nieśmiało promienie słońca....
Załącznik 34797
Kiedy pojawiliśmy się na torfowisku mój przyjaciel podróży stwierdził, że nie po to tyle szedł, aby tą ścieżką drewnianą od początku do końca nie przejść... i tyle go było widać....
Załącznik 34798
Zrobiłem, więc krótki spacerek po deskach, a że już po nich wcześniej chodziłem to sobie odpuściłem i poobserwowałem takiego smoka....
Załącznik 34799
Potem powoli udałem się na suchszy teren i zaległem wygrzewając się, bo słonko nawet przyjemnie się pokazywało, a chmury powędrowały wyżej odsłaniając więcej obrazu....
Załącznik 34800
Nagle usłyszałem warkot silnika i pojawił się autobus z wesołą wycieczką szkolną, która ruszyła tą ścieżką....
Załącznik 34801
Jako, że ruch nastał zaczęliśmy powoli wracać po drodze obserwując “bobrowisko”.....
Załącznik 34802
Jeszcze rzut okiem na ten krzyż...
Załącznik 34803
… i mogliśmy się udać na posiłek, po którym dmuchnąłem w pewne urządzenie …. a po stwierdzeniu, że wszystko jest w normie nie zostało nic tylko pożegnać się z Gospodarzem i przemieścić się dalej....
-
6 załącznik(ów)
Odp: Jak postrzegam te góry i ludzi, po nich chodzących i w nich mieszkających...
Przyjechaliśmy do Sękowca. Miejsce w którym byliśmy niosło pozytywną energię... a to chyba za sprawą ludzi...Było piątkowe popołudnie tak inne od deszczowych dni w Tarnawie. Ostatni raz na zboczach Otrytu byłem chyba jakieś dwadzieścia cztery lata temu... nie licząc przejazdów do Zatwarnicy... Udaliśmy się do sklepu w Chmielu uzupełnić braki w jedzeniu i piciu. Przy okazji odwiedziliśmy najbardziej obfotografowaną przeze mnie cerkiew w Bieszczadach... ale co tam..... zamieszczę kolejne jej zdjęcie...
Załącznik 34829
Dzień kończył się nieubłagalnie, więc korzystając z resztek dnia udaliśmy się stokówką w stronę zachodnią, gdzie napotkaliśmy człowieka odtykającegp przepusty przy drogach po ulewach. W zasadzie odpoczywał już po skończonej pracy, więc sympatycznie sobie pogawędziliśmy kontemplując przy okazji wieczorne widoki, bo miejsce do tego nastrajało...
Załącznik 34830
… kierując wzrok w stronę bardziej wschodnią....
Załącznik 34831
… później zachodnią...
Załącznik 34832
… a po jakimś czasie znowu południową....
Załącznik 34833
…. by po dłuższym czasie odnaleźć widok kończącego się dnia...
Załącznik 34834
… i oddalić się z tego malowniczego miejsca, którego żadna fotografia nie przywoła...
-
Odp: Jak postrzegam te góry i ludzi, po nich chodzących i w nich mieszkających...
Zaglądam tu kolejny raz i za każdym razem tęsknota mnie nadgryza...
zazdroszczę.
-
8 załącznik(ów)
Odp: Jak postrzegam te góry i ludzi, po nich chodzących i w nich mieszkających...
Kolejny dzień nawet dobrze się zapowiadał.... wyruszyliśmy w kierunku Zatwarnicy. Naszym celem był Dwernik Kamień, ale przy bardzo nowoczesnym parkingu złapała nas ulewa i błyskawice co jakiś czas rozświetlały niebo. Schowaliśmy się pod daszkiem przy mapie i przeczekaliśmy ulewę. Lało ponad godzinę i dopiero kiedy niebo się wypłakało poszliśmy dalej. Wkroczyliśmy na most i ocenialiśmy ile elementów drewnianych nadaje się do wymiany, kiedy nagle...
Załącznik 34853
… bestia kąpała się w Sanie i wyczaiła nas na moście, więc uciekaliśmy do przodu, a nie wstecz pomału, jak piszą znawcy niedźwiedzi...Będąc już po drugiej stronie rzeki naszła nas taka myśl, że skoro ta burza była i potwór w Sanie to może opaczność zsyłając znaki chce nas skierować w inną stronę.... Skierowaliśmy się więc nie w lewo, a w prawo przechodząc obok tej świątyni...
Załącznik 34854
Drożyna się pięła monotonnie w górę, a my razem z nią.... Kiedy odwróciłem się, aby sprawdzić czy nie nadciąga kolejna burza... emocje moje sięgnęły zenitu...
Załącznik 34855
… czyli nas tropią... przemknęło mi przez głowę... Zrobiłem tak jak piszą w internetach...spieprzyłem w zarośla pozostawiając im obiekt godny zainteresowania, czyli mojego przyjaciela...i zacząłem pstrykać foty zdobywając trzeci poziom wtajemniczenia fotoreporterskiego...
Załącznik 34861
Zdjęć z tej walki zrobiłem bez liku, bo Ridol lubi wrzucać foty na fejsbuka, ale tu zamieszczam jedno i to początkowe, ponieważ następne są bardzo drastyczne.... Kiedy niedźwiedzie były w pełni zainteresowane swoją ofiarą, postanowiłem powoli i spokojnie w myśl ogólnie przyjętych zasad oddalić się.... Wędrowałem dalej podziwiając widoki...
Załącznik 34867
Schodząc na Hulskie zastanawiałem się jak ewentualnie przetransportować ridolowe truchło, a mym oczom ujawnił się widok na dolinę, a za nią pasmo Otrytu.... (na którym jest jeszcze więcej niedźwiedzi)....
Załącznik 34868
Kiedy byłem przed samym potokiem Hulski... bestia znowu dała znać...ryczała okropnie i tupała powalając przy okazji cztery drzewa...Podjąłem walkę, bo miałem cały plecak gazu pieprzowego, a zainteresować go już nie miałem czym...
Załącznik 34869
Po wypsikaniu piętnastu opakowań gazu misiek oddalił się pokonany....Więcej zdjęć nie mam, bo byłem zajęty walką. Cerkwiska w Hulskiem tym razem nie zobaczyłem, bo tam czaiły się inne osobniki...Przechodząc obok tego miejsca zadzwonił nagle telefon....
Załącznik 34870
To mój kompan dzwonił z informacją, że choć trochę poturbowany, ale żyje i że też by mnie zostawił na pożarcie. Jako, że robiło się późnawo, a na KIMB trzeba było jeszcze dojechać to spotkaliśmy się przy potoku Hylaty i wróciliśmy do Sękowca.
Muszę Wam napisać, że niedźwiedzie spotykam bardzo często... z reguły co drugi dzień... w górach i na nizinach. Jeden ma swoją gawrę przy moim płocie, a widuję je nawet jak jadę na zakupy do miasta w Lidlu i Biedronce. Nie byłoby to nic nadzwyczajnego, gdyby nie fakt mnogości i wielokrotności...
Morał z tej powiastki jest taki, że jak chcesz coś zobaczyć... to na pewno zobaczysz.... i nie chodźcie po tych miejscach!!!!! (chyba, że z plecakiem gazu pieprzowego)... tam czają się bestie...;)...
-
Odp: Jak postrzegam te góry i ludzi, po nich chodzących i w nich mieszkających...
No przemola jak na jeden wypad to naprawdę masa wrażeń, pozazdrościć . Nie natknąłeś się gdzieś tam na bardzo prze ze mnie lubiane ogromne i niebezpieczne węże.
-
Odp: Jak postrzegam te góry i ludzi, po nich chodzących i w nich mieszkających...
Oj przemolla, mnie to strofowałeś, gdy wysokim sopranem krzyknąłem na niedźwiedzia. Posądziłeś mnie o wielką agresywność w stosunku do niego. A Ty, cały plecak gazu pieprzowego wypsiukałeś na biednego niedźwiadka. Ładnie to tak znęcać się nad zwierzęciem ?. Ciekawi mnie reakcja policji dla zwierząt, na Twoje zachowanie ;).