szkoda że tablica tylko w jednej wersji językowej
Wersja do druku
szkoda że tablica tylko w jednej wersji językowej
To samo sobie pomyślałem, ale czekałem na Waszą reakcję.
Pozdrawiam
Nagle przed moimi oczyma ukazuje się cudowna budowla. Krzyczę do Renatki, że już dochodzimy ;-) I tak sapiąc, całkowicie spoceni doszliśmy. Niestety budynek był zamknięty. Nikogo żywego w około nie było. Renatka odpoczywała w cieniu za budynkiem, a ja obejrzałem go sobie ze wszystkich stron. Żałowałem, że dom był zamknięty. Nikogo nie było, tylko kartka z numerem telefonu. Niestety właścicielka telefonu była poza zasięgiem. Uwaliłem się po prostu na ławce przed domem i nie myślałem o niczym. Cisza w uszach mi dzwoniła. Po pewnym czasie nadszedł czas na marzenia. Marzenie miałem tylko jedno, ale za to bardzo piękne. Marzyłem o piwie, zimnym piwie. Liczyłem na to, że się go napiję w domu, który zastaliśmy zamknięty. Po czasie spędzonym na robieniu nic nadszedł czas na powrót. Tym razem droga sprowadziła nas na dół do auta. Po drodze podziwialiśmy widoki oraz stojący przy drodze żelazny krzyż. W końcu doszliśmy do koni mechanicznych. Marząc nadal o złocistym nektarze poprowadziłem konie w niewłaściwym kierunku. Pojechałem nadal tą samą drogą, asfalt się skończył droga była taka jak dawniej. Na rozstaju dróg skręciłem w prawo do niewielkiej wsi. Przejechałem całą w obie strony /co nie zajęło mi wiele czasu, bo wieś liczy 65 mieszkańców-2007 rok/ w poszukiwaniu sklepu. I co? I d.... Sklep jest tak zakamuflowany, że go nie znalazłem. Miejscowi powiedzieli mi, ze sklep będzie otwarty o godzinie 15:00. Trudno, obędę się marzeniami. Wracamy do rozstaju dróg i skręcam w prawo. Stoi tam sobie na słupie taki okrągły z czerwoną obwódką, ale go całkowicie zignorowałem. Droga stała się lepsza, mniej wyboista. Po drodze minęliśmy sklep drzewny….
Tak jakoś mam, że lubię brać od frontu. Taki frontowiec jestem... ;)
PWN Warszawa Słownik Ortograficzny Języka Polskiego wraz z zasadami pisowni i interpunkcji. Wydanie szóste rozszerzone i poprawione. Warszawa 1986 strona 296 "dupa- pie". Czyżby naszemu Moderatorowi słowo dupa nie opdpwiadało? Gdyby było to dużym wulgaryzmem, to czy Słownik ten by go zamieścił? Szukałem w nim innych wulgarnych określeń części ciała /wszystkim powszechnie chyba znanych/ i nie znalazłem. Reconie Pierwszy nie staraj się być bardziej świętym od Papierza Benedykta i z łaski swojej przywróć pisownię oryginalną.
Wierzcie mi, że najchetniej zgasiłbym to ognisko. Odechciało mi się pisać. Nie zrobię tego z szacunku dla Was, których zaprosiłem do mojego ogniska, aby Was rozgrzać trochę w zimowe wieczory. Musze jednak trochę ochłonąć, bo sie wkur.. przepraszam bardzo, bo się zdenerwowałem. Co do takiej moderacji całkowicie zgadzam się z Browarem http://forum.bieszczady.info.pl/showthread.php?t=5600&page=5 post 49.
Pozdrawiam wszystkich siedzących przy ognisku dla przyjemności, a nie z obowiązku.
Mam ogniskową prośbę do Wielce Szanownego Pana Moderatora, by wstał od ognia i stanął w rozkroku. Niech pochyli tułów i wsadzi głowę między nogi i pocałuje się w antygłowę z tymi jego poprawkami. Recon1 odpuść człowieku.
Noo, to sobie podyskutujemy! Nie chciałem pisać w Twoim wątku bertrandzie236, bo mam do Ciebie szacunek i bałem się żeby się jakaś złośliwość nie przemyciła!
Widzę jednak że grasuje tutaj pewien znajomy moderator (żadnych nicków proszę, zresztą urodzeni 200 metrów od kryminału mają ksywy, nie nicki), no to czuję się zaproszony!
Wszystkie złośliwości są zamierzone!!!
.................................... Pozdrawiam + Pastor ręką własną
andrzej627 w innym wątku napisał:
http://forum.bieszczady.info.pl/images/icons/icon1.gif Odp: Moderacja, kasacja i skarga do Admina na Recona1
Cytat:
Napisał bertrand236 http://forum.bieszczady.info.pl/imag...s/viewpost.gif
Chyba się nie udało...
Bertrand, o co Ci chodzi? Przecież interwencja cenzora tylko napędza Ci czytelników. A właściwie, to jakiego brzydkiego słowa użyłeś? Na de, na ka, na pe, a może na ha?
__________________
Andrzej
Mój kanał na YouTube
andrzeju627!
Odpowiadam w tym wątku, żeby nie zaśmiecać tamtego. Lubię porządek, ale chyba nie aż tak, jak jeden z Moderatorów..
Zaprosiłem do ogniska wszystkich, którzy mają ochotę się przysiąść. Skoro nie wiesz, o które słowo chodzi, to chyba się nie przysiadłeś. Skoro jesteś takim statystykiem ;), to chyba zauważyłeś, że przy ognisku zasiada w porywach 40 osób. / nie liczę Gości na forumie/. Popatrz na liczbę osób oglądających moje mizerne zdjęcia. Ilość odwiedzin w tym wątku nie ma dla mnie żadnego znaczenia. Mógłbym każdy dzień podzielić na godziny i dopiero wtedy byłaby dobra statystyka. Prawda? Jeden z użytkowników tego forum, kiedy przestałem pisać relacje zapytał mnie dlaczego to zrobiłem i poprosił o dalsze. Podobno zaczął czytac nasze forum od moich relacji. Teraz jest Powsimordą pełną gębą...
Odpowiadam na Twoje pytanie: Chodzi mi o to, że nie podoba mi się nadgorliwość Moderatora najmłodszego stażem. Może chce się wykazać?
Chyba teraz jest to dla Ciebie jasne?
pozdrawiam
Bertrand wal z grubej rury bo tak jest bardziej smakowicie i bardziej "prawdziwie" nie poddawaj się "modzie" którą jest tu na siłe narzucana.
UWOLNIĆ DUPĘ!!!
że się tak brzydko wyrażę:)
Mimo to, że to ja zacząłem w tym wątku, to bardzo proszę wszystkich ogniskowiczów /nowe słowo/ o dyskutowanie na temat naszych wycieczek w opisywane okolice. Temat poprawności języka zostawmy na boku. Obiecuję też, że kiedy będę uważał za stosowne, to napiszę tak jak będę chciał.
Za jakiś czas będzie następny odcinek...Muszę ochłonąć
pozdrawiam ogniskowiczów
Pijesz (Tyskie) m.in. do mnie. Przepraszam, jeśli poczułeś się dotknięty. To była moja, trochę nerwowa reakcja na nadgorliwość jednego z modów i zwrócenie uwagi na rzecz znamienną- U Ciebie "dupa" poszła pod nóż, a w mojej relacji, ma się dobrze. Na razie. Chociaż w jednym z wątków dokładnie ten sam cytat został wykastrowany.
To tyle, pisz dalej i niech wielki Manitou ma nas w swojej opiece.
Ja tam czekam na dalszy ciąg Twoich przy ogniskowych opowieści Bertrandzie......
i trochę się nie cierpliwie.... ;)
Nie mogę dopuścić do tego, coby kobieta się niecierpliwiła z mojego powodu... ;)
W pewnym momencie droga się mocno zwężała. Na tym zwężeniu stały 3 samochody. Ledwo je ominąłem wjeżdżając prawie do rowu. Na moje pytanie, czy coś się stało, czy może potrzebują pomocy usłyszałem, że dalej nie da się jechać, bo jest tam jakaś rzeka. Zapytałem się, w czym Wam ta rzeka przeszkadza i pojechałem dalej. Pierwszy bród był najtrudniejszy do pokonania ze względu na wystające z płyt betonowych pręty zbrojeniowe. Dalsze trzy, to był Pikuś, przepraszam Pan Pikuś. Po drodze minęliśmy się z dwoma rowerzystami. Z ostatniego brodu wyjechaliśmy tuż przy polu biwakowym, na którym byli nasi Przyjaciele obchodzący w tym dniu swoją kolejną rocznicę ślubu. Byli, to złe słowo, bo ich nie było. Pojechali po rocznicowy tort. My najpierw skierowaliśmy nasze kroki do małego budynku tuż przy „Ostoi Kumaka Pijaka” Tam pani Bożena uraczyła nas pysznymi flakami i pierogami, a ja spełniłem niejednokrotnie swoje marzenie. Najedzeni i uraczeni wróciliśmy na Pole biwakowe. Zabraliśmy leżaki do Sławnej rzeki i ponownie robiliśmy nic. Upał z góry, ochłoda z dołu zimne piwo w ręce. Żyć nie umierać!. W końcu doczekaliśmy się powrotu Dostojnych Jubilatów. Przywitanie było gorące, tak jak pogoda w tym dniu. Później nastąpiły przygotowania do imprezy. Część „biwakowiczów” przynosiła swoje specjały. Stół zaczął się uginać. Resztę imprezy opisał długi tutaj: http://forum.bieszczady.info.pl/showthread.php?t=5671&page=4. Na imprezę zostali zaproszeni wszyscy, którzy byli na polu biwakowym. Zagadnąłem młodych ludzi o to skąd są? Okazało się, że z południa Wielkopolski. Wspomniałem im o naszym forum i zachęciłem ich do zaglądania na forum. Jakież było moje zdziwienie, kiedy usłyszałem taką mniej więcej odpowiedź: cytat z pamięci: „Wczoraj spotkaliśmy niejakiego Bazyla, który też nas do tego namawiał”. Jeden z nich obiecał coś skrobnąć na forum, ale jakość go tu nie widziałem… Po pokazie fajerwerków nadszedł czas pożegnania… /Pamiętamy Tomaszu naszą obietnicę przyjazdu nad morze. Może uda się to zrealizować./ i wyjazdu do Komańczy.
I jeszcze kilka...
Supcio !!! tez bym sobie tak poleżała ale chyba jak teraz pojadę to jeszcze nie będzie takiej pogody... ( jeszcze muszę poczekać prawda??)
Na taką pogodę musisz trochę poczekać, ale tak poleżeć możesz i teraz, tylko się ciepło ubierz...
Pozdrawiam
Dzień 8
Dzień przeprowadzki. Rano bezładnie wrzucamy cały nasz dobytek do auta, żegnamy się z gospodarzami i już nas tu nie ma. Obiecujemy sobie zawsze korzystać z tej kwatery, kiedy będziemy w Komańczy. Pierwszy przystanek przed Atamanią. Tam wymiana kawałów z Rysiem. Następny przystanek niedużo dalej. Zatrzymujemy się na kawę u Mrówki. To znaczy się ja piję kawę a Renatka z Mrówką piją coś mocniejszego/ o zgrozo jest jeszcze przed południem/. W pewnym momencie do Pracowni wchodzi kilka osób zainteresowanych dziełami Mrówki. Ona odezwała się mniej więcej tymi słowy: „Państwo sobie oglądają. My musimy się napić, bo od rana jesteśmy w depresji” Mnie ten tekst osłabił, ale dla też takich tekstów lubię tu przyjeżdżać. W obawie o stan trzeźwości żony szybko opuszczamy gościnną Gospodynię. W miejscowości, w której jest wodospad robimy najpotrzebniejsze zakupy spożywcze i pomykamy dalej Wielką Szosą na wschód. Jedziemy, aż do miejscowości, w której swoją knajpę miał rzeźbiarz, ale już Go tam nie ma, a knajpa straciła urok i klientelę. Dalej mijamy sklep, przy którym kiedyś biegały typowo bieszczadzkie ptaki, czyli strusie. Coś mi się widzi, że skrzydła większe im urosły i odleciały sobie. Przemykamy przez Smoluchowi Drugie /jakby pewnie trzykropek nazwał tą miejscowość/ przejeżdżamy na drugą stronę najpiękniejszej po Warcie rzeki i skręcamy w lewo. Renatka zauważa przy drodze krzaki dzikiej róży. W dole po lewej stronie kuszą nas Piwne Wodogrzmoty, ale jedziemy dalej. Droga piękna asfaltowa nas prowadzi. Po pewnym jednak czasie nabiera ona uroku. Coraz większego uroku. Urok tej drogi staje się tak wielki, że redukuję Srebrną Strzałę na drugi bieg, aby móc ją dobrze obserwować. A tu po lewej piękna wyrwa, a tam po prawej lej jak po bombie. Po prostu miodzio. Co kawałek coś piękniejszego nie wyłączając osuwiska. I pomyśleć, że była kiedyś na forum akcja mająca na celu likwidację tych piękności. W końcu docieramy bez uszczerbku na zawieszeniu do leśniczówki. Zakwaterowujemy się. Pogoda się psuje. Po wniesieniu naszego dobytku na pierwsze piętro leśniczówki postanawiamy zobaczyć, czy można coś zjeść w niedalekim w sumie hotelu. Okazało się, że można było. Zjedliśmy dobrze i tanio. Polecam wszystkim to miejsce. Po obiedzie zachodzimy do sklepu i browarzymy pod kultową wiatą. Kiedy docieramy na kwaterę zaczyna lać z nieba. Jesteśmy szczęśliwi, ze już jesteśmy pod „swoim” dachem. Wtedy zadzwonił telefon. Odbieram i uszom swoim nie wierzę. Dzwoni Derty. Pyta się gdzie jesteśmy i czy są wolne miejsca. Gdzie jesteśmy to nawet i wiem, ale czy są tu inne miejsca i w dodatku wolne? Postanowiłem jednak się dowiedzieć. Idę, gdzie? Oczywiście do baru, czyli miejsca, w którym wiedza wszelaka powinna być zgromadzona. Oczywiście po zamówieniu piwa dostaję numer telefonu do szefowej, który niezwłocznie wysyłam do Dartego. Niech się chłop sam dogaduje. Po wypiciu piwa wracam do Renatki. Nadal leje. Próbuję zaplanować następne dni, a potem udajemy się na spoczynek.
Taaaa....moje zaangażowanie w kampanię reklamową naszego forum wypoziomowało mnie na byłym polu namiotowym po komańczańskiej stronie Karnaflowego Łazu pod nasypem wąskotorówki, której przystanek końcowy znajdował się o trzy brody od ostoi tego Kumaka na Pi. Strasznie chciałem się do Was dostać i machałem, i machałem, aż w końcu zajarzyłem , że na tym torowisku nie ma już dawno torów, a i pociągu nikt nigdy tu nie widział. Na drugi dzień obiecałem sobie, że jak dojdę do sklepu to nie kupię żadnego alkoholu tylko piwo. Rankiem wziąłem się w garść a zgrzewkę w drugą, i z życiem podreptałem ku Mogile, u stóp której zaległem pod wodospadem w celu żeby nie obierać celu. Dzięki Twoim wspomnieniom odżywają i moje! Do zobaczenia.
Dzień 9
Od samego rana Renatka opowiada o wędzonych pstrągach. Ja też mam na nie apetyt, więc dzwonię do Kazimierzowa do Lisiej Nory. Tam one są NAJLEPSZE. Telefon odbiera Lisek Drugi - prawie najstarszy syn właścicieli. Na moje pytanie o wędzone pstrągi w słuchawce słyszę ciszę i zakłopotanie. Po chwili odzywa się Szefowa Nory, czyli Lisica. Mówi, że jeżeli mamy ochotę na wędzone pstrągi to musimy przyjechać dzisiaj. Dzisiaj jest jeszcze sierpień i się sprzedadzą, jutro już prawie po sezonie…. Dobre i to. Znaczy się, na obiad jedziemy do Kazimierzowa. Trza się zastanowić chwilę, co robić do tego czasu. Szybko podjąłem decyzję. Konie mechaniczne zawiodły nas do Dużej Szosy, w którą skręciliśmy w lewo. Minęliśmy pierwszą miejscowość, która teraz jest bardziej na północ niż była kiedyś. A zaraz za nią skręciliśmy w prawo. Tam zaparkowałem i dalej wyruszyliśmy pieszo. Szliśmy sobie szutrową droga na wschód. Po lewej minęliśmy zabudowania, a potem już nie było nic. Znaczy się była droga, łąki i my. Fajne miejsce zapomniane przez ludzi…. W pewnym miejscu widzę po lewej stronie słupek. Z mapy wyczytałem, że jest to trzysta pięćdziesiąty drugi. Nawet do niego nie podszedłem. Zignorowałem go. Taki jakoś mało okrągły numer. Poszliśmy dalej drogą. Doprowadziła ona nas do rzeki, która po wczorajszym deszczu była mocno wzburzona. A ja w naiwności swojej myślałem, że uda się nam ją przekroczyć. Może by i można było, ale byśmy byli mocno zmoczeni, a na to ochoty nie mieliśmy. Czyli zwiedzenie rezerwatu Przedkole i odnalezienie Owłosionej Skały zostawiam sobie na zaś /jak mówią niektórzy Pyrlandczycy/. Pokręciłem się nad brzegiem rzeki, zapatrzyłem się na gęsty las po jej drugiej stronie i postanowiłem tu jeszcze kiedyś powrócić. Na razie wracamy do auta. Podjeżdżamy kawałek w stronę Kazimierzowa. Zaraz po przejechaniu mostu na tej samej rzece skręcam na pobliski parking. Tam zostawiam samochód i schodzę nad wodę. Tam jest takie miejsce, gdzie jeden ciek wodny wpada do drugiego cieku. Lubię to miejsce. Wspominam ubiegły rok, kiedy w tym miejscu razem z chrześniakiem smażyliśmy tutaj w ognisku kiełbaski. Teraz nie mamy kiełbasek ze sobą. To i ognia nie rozpalamy….
Przechodzimy przez most nad jednym z cieków i wyruszamy drogą przed siebie. Nie miałem pojęcia o tym, że tu taka urocza droga. Kiedyś szedłem tą drogą od drugiej strony, ale to już dawno było i nie doszedłem aż tutaj. Szliśmy sobie drogą, po jednej stronie w oddali mamy rzekę, a po drugiej Śliweczkę i Śliwkę. Renatka zauważa przy drodze piękne duże parasole czarnego bzu. Tłumaczy mi, jaki dobry syrop na kaszel się z nich robi. Nie zwracam uwagi na to gadanie, dopiero kiedy mówi, ze z tego pyszną nalewkę można zrobić baczniej nadstawiam ucha. W pewnym momencie staję zdumiony. Po lewej stronie w oddali na wzgórzu pośród drzew widzę znajomą budowlę. Jakże inaczej ona wygląda z tej właśnie strony. Niestety fotka nie oddaje tego widoku. Idziemy dalej. Po pewnym czasie dochodzimy do uroczej łąki. Zaraz na jej początku schodzimy na łąkę i dalej idziemy pośród soczystych traw. Gdzieś pośród kępy drzew chowa się ambona. Na łące pośród traw natknąć się można na kapelusze, które dumnie stoją na jednej nodze. Na leżących pniach zrobiliśmy sobie odpoczynek. Robi się coraz cieplej, a nam jest tutaj dobrze. My, przyroda i nic więcej… W końcu daję hasło do powrotu. Tą samą drogą wracamy do auta. Dalej podążamy znajomą nam drogą na obiad. Przyjęto nas tam jak starych dobrych znajomych. Lisek drugi poszedł nad wodę po świeże rybki. Jeszcze będąc nad wodą je sprawił. Następnie rozpalił ogień i włożył rybki do specjalnego urządzenia wędzącego. Coby nam się nie dłużyło, skracamy czas oczekiwania na obiad racząc się zimnym złotym nektarem. Szefowa Nory opowiada nam wszystko, co się zdarzyło od czasu, kiedy byliśmy tu z Polejem i jego kobietami ;). Jak idzie budowa i dlaczego w takim tempie. W końcu rybki są gotowe. Jak napiszę, ze mieliśmy niebo w gębie to i tak nie będzie to wystarczający opis naszych doznań. Zdjęcie też nie oddaje smaku. Po obiedzie zostaliśmy poczęstowani pysznym jabłecznikiem, który wyszedł z pieca i spod ręki szefowej. Aż nie chce się stąd wyjeżdżać. Zabieramy ze sobą kilka rybek na zaś /jak mówią w Pyrlandii/. Obiecujemy Gospodarzom i sobie samym, że jeszcze tu przyjedziemy za tym pobytem w Bieszczadzie.
W Norze Renatka zapytała się, gdzie rośnie dzika róża i uzyskała odpowiedź, że w Nowej Lisiej Norze. Nie pozostało nam nic innego, jak zobaczyć własnoocznie. Pojechaliśmy, więc na północ. Budowa zrobiła na nas imponujące wrażenie. Jak będzie wszystko gotowe, to będzie to ciekawe miejsce z super widokiem. Pochodziliśmy po górze i oprócz głogu i tarniny nic nie znaleźliśmy. Chyba im się popieprzyła dzika róża z głogiem. Zrobiło się upalnie. Ja jeszcze poszedłem na samą górę, a Renatka podziwiała widoki z tarasu. Nadszedł czas powrotu do leśniczówki. Po przybyciu na miejsce okazało się, że jeden z domków wynajął Derty i sobie w nim domieszkuje z Ewą i psem. Umówiliśmy się na ognisko wieczorne. I tak przy ognisku, flaszeczce i kiełbaskach zrodził się sympatyczny pomysł, o którym część z Was już wie, a część się dowie w przyszłości. Wracając z ogniska oświetlaliśmy sobie drogę telefonami komórkowymi i w ten sposób uniknęliśmy tego, czego nie uniknął swego czasu Irek, kiedy szedł schodami….
Bertrandzie, nie żałuj drwa i podsycaj ogień. Zimno na zewnątrz, śnieg pada – dobrze posiedzieć przy ogniu. Dziękuję!
Ech, jakbym był wtedy z wami, to przyrządziłbym wam pyszną kolację. Z tych, co na jednej nodze. Już nie mogę się doczekać, kiedy takie na jednej znowu będę zbierał.
Masz rację napadało znowu sporo. No to może cieplej się Wam zrobi teraz.
Dzień 10
Upał od samego rana. Mam problem z żoną, bo się nie zgadza na mój plan spędzenia dnia. Plan jest prosty: pojechać, pochodzić, wrócić. Problem jest z pierwszym punktem. Renatka nie zgadza się na podjechanie. Po prostu szkoda jej samochodu. Jak przystało na chłopa, postawiłem na swoim. Ja jadę! Nie miała wyjścia, przecież nie pójdzie pieszo, kiedy ja jadę. Wsiadamy i wyruszamy autem. Konie mechaniczne kieruję na południe. Najpierw przez drewniany most, później drogą raz lepszą raz nie lepszą. W końcu skręcam w prawo na drogę, której tak bała się Renatka. Droga o dziwo była w dużo lepszym stanie niż ostatnio, co nie oznacza, że stan tej drogi był jako taki. O nie! Pięliśmy się powoli na pierwszym biegu pod górę lawirując pomiędzy lejami. Nie były to dziury, to były leje, ale dało się jechać. W końcu, niewiele szybciej niż pieszo dojechaliśmy na szczyt, a raczej na przełęcz. Teraz to już z górki, ale nie bez dziur. Leje się skończyły. Minąłem miejsce, w którym kiedyś stał taki biały, okrągły z czerwoną obwódką. Teraz go nie ma. Albo sobie poszedł/mało prawdopodobne/ albo komuś był potrzebny. Przejechałem przez most i kawałek dalej na rozstaju dróg zaparkowałem. Dalej idziemy pieszo. Ale póki, co idziemy tą samą drogą. Zauważam, że dziury gdzieś zniknęły. Po pewnym czasie skręcam w prawo i prowadzę żonę do lasu. Leśna droga pełna błota teraz nas prowadzi. W lesie panuje straszliwa duchota, więc się cieszymy, kiedy się skończył. Co mieliśmy teraz przed oczami, to każdy z Was wie. Jeden z piękniejszych widoków w Bieszczadzie. Trochę sobie postaliśmy w tym miejscu żeby się dostatecznie ukontentować widokiem. Lubię w tym miejscu patrzeć na przed siebie i na lewo. Przede mną jak niektórzy uważają najdziksza góra w Bieszczadzie, a po lewe stronie miejsce po wsi i przepiękne ruiny. Idziemy znakowaną scieżką w kierunku ruin i wspominamy nasz poprzedni marsz tą drogą. To już kilka lat minęło…Wtedy jeszcze Unia nie dopłacała do wykoszonych łąk i trawy mieliśmy do ramion. Dziś trochę inaczej. Mijamy kaliny, jarzębiny, tarniny i dzikie jabłonie. Jabłonie świadczą o tym, że kiedyś ludzie tu żyli. W zasadzie teraz też żyją, ale cała ich gromada liczy osób dwie. Cóż to za populacja? Za to żyją w pięknym miejscu. Tak powoli schodząc łąkami w dół rozmawiając o przeszłości doszliśmy do ruin.
Niedawno wyczytałem na forumie, że można poczytać tutaj seriale. Odebrałem to jakby było to napisane do mnie. O.K. Może i piszę seriale. Mógłbym opisać w jednym poście cały wyjazd, mógłbym opisać w jednym poście jeden dzień, ale piszę, jak piszę i tego nie zmienię. Uważam, że części z Was to pasuje, bo zagłosowaliście właśnie na mnie. UKŁON w Waszą stronę. może wyjaśnię Wam technikę pisania. Zaczynam przygotowania do pisania relacji już w Bieszczadzie. Każdego dnia wieczorem zgrywam zdjęcia do katalogu w którego nazwie jest aktualna data. Zgrane zdjęcia opisuję. To w Bieszczadzie. Po takim skatalogowaniu zdjęć mogę pisać relacje po dwóch latach nawet. Zanim napiszę relację z jakiegoś dnia, najpierw wybieram zdjęcia do tej relacji. Skoro uzbiera się 30 zdjęć, to znaczy, że relacja z tego dnia musi być pocięta na trzy części, bo do postu/a można wkleić maksymalnie 10 zdjęć. Ot i tak powstaje moja gawędą przy ognisku. I póki co tego zmieniać nie będę.
Pozdrawiam
Bertrandzie latem Anno Domini 2010 - osobiście pokażę Ci jak dzika róża wygląda ;)
O.K. Pospacerujemy po Wieży ;)
Tak jakoś za dwa tygodnie te widoki w jakże innej kolorystyce będą cieszyć moje oczy.
Pozdrawiam ciepło z zasypanego Sopotu
Długi
Chwała Bogu za to, że są one w stanie chyba takim samym jak były, kiedy byliśmy tu ostatnio. Z przeciwnej strony razem z nami do ruin dotarła grupa osób. Przedstawili się jako grupa przewodników turystycznych, ale nie z Bieszczadu. Jako przewodnicy załamali mnie totalnie. Oni nie potrafili znaleźć cmentarza przy tych ruinach. Wiedzieli, ze jest, tylko nie potrafili go odszukać. Musiałem ich zaprowadzić te 30 metrów. Dla ułatwienia dodam, ze za bardzo nie był zarośnięty. Ponieważ grupa ta robiła hałas, jak to grupa ruszyliśmy dalej przed siebie. Prowadziłem teraz do następnych ruin. Ruin, które są przy drodze. W międzyczasie adrenalina nam podskoczyła, bo na wczorajszym błocie zauważyliśmy tropy misiaczka. Musiał to być dość duży osobnik. Renatka bez wahania ruszyła ostro przed siebie, zwłaszcza, że ze śladów można było wyczytać, że misiu poszedł w stronę, z której przyszliśmy. Przy ruinach dworu odpoczęliśmy sobie na leżących tu pniach. Kiedy odpocząłem zostawiłem żonę na pastwę misia i poszedłem nad rzekę. Jakże pięknie ona opowiada w tym miejscu skąd i dokąd płynie, co widziała po naszej i po nie naszej stronie. Nie mogłem się nasłuchać tej opowieści lecz w trakcie jej trwania wróciłem do Renatki, która już nie siedziała na pniach, tylko nerwowo się przechadzała po ścieżce.
...Renatka Tańczy z Misiami... a Ty z rzeką romansujesz.. nieźle nieźle...
Zawsze jak jestem w tych ruinach to czuję się jakby mi nogi puszczały korzenie...
A te przewodniki to pewnie półprzewodniki.. albo izolatory... Dokładaj drew bo ludzie marzną od siedzenia w domu....
Kiedy taki Mistrz opowiadań pogania, nie mam innego wyjścia....
Teraz szliśmy polną drogą, która lekko się wznosiła. Po prawej minęliśmy jedyne gospodarstwo w tej okolicy, które sobie ktoś tutaj zmajsterkował;). Po lewej minęliśmy małe drewniane domki, które tu stoją już od dawna, ale nie wiem, do kogo należą. Nie podchodząc do nich poszliśmy dalej. Renatka szła drogą, a ja chaszczowałem sobie po jej lewej stronie. Kiedy doszliśmy do miejsca, gdzie chyba kiedyś zwierzęta, albo ludzie ryli to byliśmy szczęśliwi. I nie dlatego, że znowu widoki piękne mieliśmy przed oczami, ale dlatego, że wiaterek się zerwał i nie było tak parno i gorąco. Dalej to już się domyślacie, po zrobieniu pięknej pętli wróciliśmy do auta. W drodze powrotnej zatrzymałem się na chwilę w miejscu, z którego odchodziła w lewo droga do innych ruin. Że tak powiem są to ruiny w pełnym tego słowa znaczeniu. Niewiele już zostało z budowli, która została zbudowana 189 lat temu, a poświęcona była nie komu innemu tylko niejakiej Św. Praksewii. Obok tych ruin niewiele zostało też z cmentarza, ot kilka nagrobków, z których niewiele da się odczytać. I tak zakończyła się wycieczka. Jeszcze tylko powrót do wsi, która na końcu drogi jest. We wsi za to stoi sobie dumnie hotel. W hotelu dają smacznie i niedrogo jeść. Jest tylko jeden nieistotny w zasadzie szkopuł. Trzeba jeść to, co jest. Innego wyboru nie ma. Jedna zupa, jedno drugie, jakiś kompot, ewentualnie deser. Ale to, co jest, jest naprawdę smaczne
Po wyjściu z hotelu natychmiast kierujemy się w stronę wiaty. Innej opcji nie ma. Tam pod wiatą obowiązkowo wypijamy po browaru. Wypijamy, to duże słowo. Siedzimy i sączymy sobie. I ten błogi nastrój postanowił nam zakłócić miejscowy jegomość. Podszedł do mnie mając „duży luz w pęcinach” /jak chwiejny krok pięknie kiedyś określił Janusz Rewiński, kiedy występował w kabarecie TEY/. Podszedł i bardzo groźnie zagaił. Niestety nic nie zrozumiałem. To, co powiedział było całkowicie niezrozumiałe, a nie podejrzewałem Go, że rozmawiał do mnie w obcym języku. Poprosiłem o powtórzenie zarzutu. No to jeszcze bardziej zdenerwowany powtórzył to samo, co powiedział przed chwilą. Trudno znowu nie zrozumiałem. Do rozmowy włączyła się Renatka. O dziwo ona zrozumiała i przetłumaczyła mi na nasz język. Gość miał pretensję za to, ze zrobiłem mu zdjęcie. Teraz ja mu tłumaczyłem a on nie rozumiał mnie /widocznie na innych częstotliwościach nadawaliśmy, albo mieliśmy całkiem inne poziomy krwi w alkoholu/. W każdym bądź razie, ja mówiłem, że nie zrobiłem mu zdjęcia, bo aparat leży w samochodzie, a nie posiadam zdalnie sterowanego urządzenia fotografującego. Gość był bardzo upierdliwy, więc wstałem z groźną miną. Wtedy odszedł odgrażając się, że to jeszcze nie koniec. Ja naprawdę mu zdjęcia nie zrobiłem!!!. Kiedy go spotkaliśmy następnego dnia nic nie mówił na ten temat. Chyba to przemyślał albo nie bardzo miał, o czym myśleć. Wszystko jedno, postawiłem mu piwo. Po tej przygodzie wróciliśmy do leśniczówki. Wieczorem było ognisko, kiełbaski, flaszeczka oczywiście w zacnym towarzystwie Dartego i Ewy. Wieczór był paskudnie zimny. Do tego stopnia, że przy ognisku nie dało się siedzieć. Derty zabrał ognisko na szufelce do domku i je reanimował w kominku. Zaraz poczuliśmy się lepiej. Idąc na ognisko zabrałem tym razem latarkę…
Koniecznie musisz kupić aparat zdalnie sterowany dziwię się że jeszcze go nie masz:))))))