Odp: Bieszczadzkie mustangi
Znawcą tematu nie jestem.
Wydaje mi się jeno, że stajesz drogi Tubylcze przed pytaniem, czy przyrodę (w tym i gatunki reindukowane) dopasować do potrzeb turystyczno-wczasowej gawiedzi, a i lokalnych przedsiębiorców, czy też na odwrót.
A to dylemat.....co?
A może jednak da się przynajmniej w dużej części te interesy pogodzić?
Pozdrawiam:)
Odp: Bieszczadzkie mustangi
Cytat:
Zamieszczone przez
vm2301
Znawcą tematu nie jestem.
Wydaje mi się jeno, że stajesz drogi Tubylcze przed pytaniem, czy przyrodę (w tym i gatunki reindukowane) dopasować do potrzeb turystyczno-wczasowej gawiedzi, a i lokalnych przedsiębiorców, czy też na odwrót.
A to dylemat.....co?
A może jednak da się przynajmniej w dużej części te interesy pogodzić
A może masz jakiś prześwietny pomysł na to, jak dopasować do potrzeb przyrody lokalnych przedsiębiorców i turystyczno-wczasową gawiedź (do której zaliczam również siebie, bo Tubylcem:) w Bieszczadach nie jestem) - może mała modyfikacja genetyczna?
pozdrawiam
P.S. A ponadto biję się w pierś, bo jestem jeźdźcem amatorem, na spotkanie z którym narażone będą dzikie mustangi...
Odp: Bieszczadzkie mustangi
Proponuję nie przesadzać z tą dzikością mustangów, bo niebawem wszyscy będą się ich bali w okolcy. Nie mówiąc już nic o cnotliwych klaczach, które latem zwiedzają Bieszczady pod siodłem...
Odp: Bieszczadzkie mustangi
Najbardziej oswojone konie na wybiegu, w stadzie potrafią odgonić intruza. Najczęściej do ataku rusza najstarsza klacz. W warunkach stadniny prawie nigdy nie ma na wybiegu jednocześnie klaczy i ogiera. Zapytajcie właścicieli stadnin jak konie ustawiają starszeństwo w stadzie. Jak obserwujecie konie hodowlane, właściciel stadniny podchodzi bez obawy do koni. On jest dla stada "przewodnikiem". Spróbujcie podejść z kantarem do obcych koni biegających luzem. Bywa śmiesznie, bywa strasznie. Kiedyś znalazłem się w pobliżu tabunu hucułów. Byłem z psem. Konie psa potraktowały jak zagrożenie. Może przez podobieństwo do wilka. Cudem uniknęliśmy obrażeń.
Marcinie, starzy koniarze wieczorami opowiadają sobie przy piwku jak to gościu jechał na klaczy, a na plecy wskoczył mu ogier. Dość zabawne, ale widziałem popłoch w stadninie, gdy ogier wyrwał się z boksu. Nie było do śmiechu.
W terenie może być jeszcze mniej śmiesznie.
Pozdrawiam
Długi
1 załącznik(ów)
Odp: Bieszczadzkie mustangi
Cytat:
Zamieszczone przez
długi
Bywa śmiesznie, bywa strasznie. Kiedyś znalazłem się w pobliżu tabunu hucułów. Byłem z psem. Konie psa potraktowały jak zagrożenie.
Hehe. Podobną akcje "testowałem" na hucułach Kija. Konie były spokojne i pies też. Ale raz Brus postanowił sprawdzić je na "setke" - przegonił towarzycho, to było powyżej Latarni, tam jest takie spore osuwisko w stronę Osławy. Nim zareagowałem znikneli mi z oczu za krzakami. Słysze łomot, krzaki się łamią, kamienie obsuwają - myśle, kurde konie pospadały chyba przez tego durnia, Kiju mnie powiesi na latarni (nie wagabundy). Po chwili patrze - z krzaków wypada pies, pędzi na zakrętach jak miś Yogi, prędkość dźwięku, śmierć w oczach a za nim wypadają konie i go gonią. Dobrze że zdążył wyskoczyć za pastuch bo by marmolada została. Krótko mówiąc lepiej z końmi nie zaczynać - nawet jak jesteś owczarkiem :)
Odp: Bieszczadzkie mustangi
oj długi teraz to pojechałeś ;-))))chyba, że u hucułów jest inaczej niż u koni sportowych, bo ja z takimi tylko mam do czynienia od 19 już lat;-)))
ogiera z klaczami się nie trzyma razem z bardzo prozaicznego powodu-żeby się nie pokaleczyły. Natomiast na jazdy często chodzą i panie i panowie (chodzi mi o tych ze wszystkimi częściami ciała) i NIC się nie dzieje nawet jeśli klacze są akurat do krycia. Problem się zaczyna i owszem, jak taki ogier jest wolny-wiadomo, że chce kryć, a chyba każdy wie w jakiej pozycji;-))a więc nie będzie patrzył na taki szczegół jak jeździec na grzbiecie i wskoczy-a oberwać w kręgosłup lub w głowę z takim impetem kopytem...i dziwi mnie, że kogokolwiek taka sytuacja może śmieszyć, bo naprawdę może się skończyć i kalectwem i nawet śmiercią.
Nigdy nie zauważyłam natomiast w żadnym stadzie, żeby mnie konie atakowały, bo piszesz, że one właściciela akceptują, a intruza potrafią odgonić.A ja w bardzo wielu stadach byłam intruzem, bo robiłam zdjęcia i nie teleobiektywem, a więc często muszę podchodzić bardzo blisko.Co do kantarów to zależy gdzie-jedne dawały sobie kantary zakładać a inne choćby były w pojedynkę nie, bo wiedzą czym się to kończy. Jeśli koń ma dobre wspomnienia daje się złapać bez problemu. Psy i owszem były atakowane-na właśną prośbę, bo jak podbiega taki szczekun i chwyta za pęcinę to każdy by się wkurzył.
Hucuły jako konie pierwotne mają te instynkty wyostrzone dlatego tak się zachowują. U nas w zeszłym roku wilki rozszarpały źrebaka w stadzie koni sportowych-one mimo, że w kupie miały taki instynkt , że uciekały, a źrebak jako najwolniejszy został skonsumowany. U hucułów by to nie miało miejsca-zbiłyby się razem w środku chroniąc źrebięta--chyba;-) tak czytałam, nie wiem czy tak potrafią, może też te ich zachowanie jest wyidealizowane i też by poszły w dłuuuugą?w końcu koń w genach ma ucieczkę.
Odp: Bieszczadzkie mustangi
..co racja to racja Orsini.. co do obrony przed atakiem i zbijaniem się.. to raz coś podobnego widziałem niedaleko Odrzechowej... więc chyba prawda... ale nie za każdym razem, bo uwielbiają biec.. i dobrze im to wychodzi ...
Odp: Bieszczadzkie mustangi
Nie wiem jak jest w innych stadninach koni huculskich, ale w tej którą odwiedzam, klacze pasą się razem z ogierem puszczone luzem na bezkresne łąki. Ogier nie jest agresywny nawet kiedy pod jego nosem dosiadamy klaczy. Podchodzi bardzo blisko i przeszkadza (plącze się pod nogami:)), czasem trzeba go odgonić, ale nic więcej. No chyba, że jest nietypowy...Natomiast niebezpieczne to są źrebaki, które nieodstępują matek. Nie dość, że podczas jazdy w terenie zabiegają drogę, plączą się pod kopytami, to jeszcze wierzgają. Klacz, którą dosiadałam, w galopie dostała prosto w zęby od swojej pociechy, która zabiegła nam drogę - nie dość, że galop był co chwilę przerywany, to na dodatek prawie wyleciałam z siodła przy tym strzale:cry:
1 załącznik(ów)
Odp: Bieszczadzkie mustangi
Nie chciałem zapuszczać nowego wątku, więc zadaję pytanie tutaj. Może ten temat był już poruszany ale go nie znalazłem.
Czym moja noga jest gorsza od nogi konia? Człowiekowi na koniu wolno, a pieszemu nie? Nie dość, że karawanem jeżdżę, to teraz na konia mam się przesiadać?
Może ktoś mi to wyjaśnić?
pozdrawiam
Odp: Bieszczadzkie mustangi
Cytat:
Zamieszczone przez
bertrand236
Czym moja noga jest gorsza od nogi konia? Człowiekowi na koniu wolno, a pieszemu nie?
Desperujesz :)
Nie chodzi że gorsza, tylko pewnie m.in. biega o bezpieczeństwo, zarówno jednych jak i drugich - zwróć uwagę że czasem owi "dżokeje" ledwo siedzą na tych koniach albo hucułach. Wyobraź sobie co by było jakby sie taki (koń albo hucuł) przestraszył. Z turystami (niektórymi) bywa podobnie - zobaczy jaszczurkę to drze jape że krokodyl a co dopiero jak zobaczy konia czy coś w tym stylu.
Suma sumarum osobiście też wolę jak mi sie konie nie szwendają pod nogami - raczej szlaki konne powinny być osobne i niech tak zostanie.