Z tego wynika ,że wzięliście dokładnie przeciwny kierunek od Pikuja. ....pięknie Wam było, jak widać z fot.
ps. Czy mam dać zdjęcie wnętrza tego żółtego "budyneczku" ?... nie wszyscy wiedzą co to "zaś budowla" ;)
Wersja do druku
Żółty budyneczek okazał się cenną wskazówką prowadzącą na szczyty.
Szczyty, rozumiane szerzej niż tylko w kontekście odniesień do poziomu morza.
Po osiągnięciu najwyższych z możliwych i zachłyśnięciu się obrazkami przyszła jednak ta chwila, chwila w której podejmuje się decyzję o powrocie.
Ale jak tu wracać ?
Każdy wybierał wersję optymalną dla siebie.
.
Załącznik 22781.
.
byli też tacy którzy z rozpaczy wyrywali zawleczki granatu
Załącznik 22782
dodajmy trochę ruchu.
Głęboki śnieg który spadł parę dni wcześniej wybielił krajobraz świeżyzną,
ale ten sam śnieg wymusił powolne wytyczanie trasy, krok za krokiem.
Tym razem nie braliśmy rakiet, bo zostawione w samochodzie źle się czują.
.
http://www.youtube.com/watch?v=lexzWfyyQ2c
Muszę powiedzieć że chłopaki SUPER się spisują jako udeptywacze ścieżek!
I trzeba im przyznać że jak już się namęczyli to chętnie też wskakiwali do kąpieli.... ;)
Agnieskoczerwonowłosa toż to musi byc struś! z głową w śniegu, jakaś pikujowa odmiana,
towarzystwo pozrywało odzienie ... normalnie nadmiar słońca, to musiało sie tak skonczyć
Jorgu ja też mam z Pikuja mgliste widoki, kiedys nawet pomarańcze widziałem, ale chwale sobie bardzo sen na mięciutkiej kosówce... znaczy trzeba tam wrócić..
taaaak;
komisarzu to były mandarynki w przebraniu mandaryna...
pomarańczki jeść "na śpiocha" byłoby niebezpiecznie ,
zakrztusiłbyś się nieszczęsny i spocilibyśmy się nadmiernie- poklepując nieboraka, a to wybacz -niezdrowe
wracając do noclegu...
to prawie jak bajka jakaś...
Przy takiej pogodzie, toż to prawdziwa przyjemność!
Bajka powiadasz...Coś w tym jest...bajka/dobranocka/lulunyny. Ale od początku. Spoko, nie od samego :mrgreen:.
Jak już wdrapaliśmy się na podniebne, śnieżną pierzynką otulone polany Menczyła, ekipa została rozdzielona na dwie brygady. Pierwsza, liczniejsza miała zadbać o dach nad głową, druga w składzie okrojonym, miała stoczyć walkę o ogień, czyli przekopać się do lasu w celu pozyskania wsadu do ogniska. W dół, na lekko jeszcze się jakoś szło, ale powroty z masą drzewną na ramieniu wymagały wyrzucenia w przestrzeń kilku mocniejszych słów. Nic to! Czego się nie robi żeby później przy ogniu posiedzieć i porozmawiać do późnych godzin nocnych z przyjaciółmi. Czego się nie robi! Jak już drewna było dość, stanowczo dość, skoczyłem po kijki na kiełbaskę, gdyż postanowiliśmy ją upiec i zjeść, w odróżnieniu do ubiegłorocznej, która przyjechała z nami na Ukrainę, wlazła na Pikuja, zlazła i wróciła z nami do kraju.
Kiełbaskę upiekli i zjedli, balsamem popili, dobranocka minęła, i jak myślicie, co zrobili? A poszli spać!!! :twisted: O 20.00 poszli! :shock: Dobrze, że mi balsamu nie zabrali, to się zacząłem sam w tej zgryzocie i opuszczeniu od wewnątrz balsamować. Ze dwa razy się balsamnąłem, odwagi nabrałem i myślę sobie: może jeszcze nie wszystko stracone, może zachęty potrzebują! Wtarabaniłem się do namiotu i jako, że troszkę mi się język rozwiązał, rozpocząłem agitację w celu poderwania i uspontanicznienia! Jak ktoś myśli, że namiotem zakołysała meksykańska fala.... to się myli. Morze martwe raczej. Mój zapał i rozgorączkowanie zostały schłodzone kilkoma słowami, z których do zacytowania nadają się tylko: Śpij już Bazyl! Była godzina 20.35! Taka to była bajka.
Lamia ja Ci tego nie zapomnę! Nie zapomnę Ci tego! :wink: