4 załącznik(ów)
Odp: Królewskie żarcie w Bieszczadzie – nowe ognisko Bertranda.
Nie tylko wodospad stracił wodę. Susza taka, że Osława ledwo przemykała się po kamieniach.
Postanowiłem zapolować na motylka... i prawie mi się udało.
Czas leniwie płynął w bieszczadzkim słońcu. Aż przyszedł dzień, w którym trzeba było odebrać gołąbki. Przy okazji idąc do ptaszrni zerknąłem do wnętrza bramy. Takie zaułki już prawie wyginęły i powinny być objęte jakąś formą ochrony
1 załącznik(ów)
Odp: Królewskie żarcie w Bieszczadzie – nowe ognisko Bertranda.
Będąc w Bieszczadach ukrywam różne skarby w postaci alkoholów dla swoich znajomych aby sprawić im radość podczas odkrywania.Dziś pojechałem ja wydobyć skarb w postaci 0,5l. znakomitej nalewki z pigwy rocznik 2009.Po przejechaniu od miejsca zakwaterowania 56km zaległem
na gliniastej drodze nawet napęd na 4 koła , reduktor i blokada nie pozwoliły mi na dalszą jazdę. Kolega Bertrand myślał, że ja jadąc w Bieszczady zabieram pojazd na gąsienicach oraz koparkę. Na miejsce dotarłem po ponad 2km. śligając się po błocie podczas ulewnego deszczu. Gdy dotarłem na miejsce zabrałem się poszukiwania mając jedynie współrzędne geograficzne to było jednak za mało i dopiero po wielokrotnych konsultacjach telefonicznych odkopałem skarb. Po wstępnej degustacji mam duży dylemat kogo zaszczycić tak szlachetnym trunkiem. Dziękuję koledze Bertrandowi pokazanie mi ciekawego miejsca oraz miłą niespodziankę.https://www.facebook.com/photo.php?f...levant_count=1 Załącznik 32992
Odp: Królewskie żarcie w Bieszczadzie – nowe ognisko Bertranda.
8 załącznik(ów)
Odp: Królewskie żarcie w Bieszczadzie – nowe ognisko Bertranda.
Jesteśmy głodni, a nawet bardzo głodni. Wojtek dzwoni do pani Bożenki z zapytaniem, czy ma coś do jedzenia? Odebrał jej mąż i odpowiedział, że bar jest czynny. Jedziemy więc do Pani Bożenki. Najpierw stokówką do góry, aż na ulubioną przełęcz Wojtka. Tam skręcamy w prawo i śmigały w dół. W miejscu, gdzie ścieżka odbija do góry, do chatki wspominam Wojtka Legionowo. Z nim byłem w chatce ostatni raz. Czy ktoś wie co się z nim dzieje??? Kiedy droga się skończyła skręciliśmy w prawo. Przemknęliśmy drogą o nowej nawierzchni i stare brody aż do celu naszej podróży. Minęliśmy pole biwakowe i Wojtek zatrzymał rydwan przy barze. Tam zjedliśmy pyszne specjalności zakładu i popiliśmy tym, czym tam wypada popić strawę. Najedzeni, ale nie obżarci podjeżdżamy na pole biwakowe. Tam już na nas czekali Joanna i długi. Tego dnia obchodzili Okrągłą 37 Rocznicę Ślubu i założenia Podstawowej Komórki Społeczeństwa. Tak, tak. W tamtych czasach zakładało się komórki…, niektórzy też mieszkali w komórkach. Młodzi forowicze może tego nie wiedzą, ale tak było. Dostojni Jubilaci prawie wszystkie rocznice obchodzą w tym miejscu. Kiedyś w namiocie, teraz w niewiadowskiej przyczepie. Cóż lata lecą. Pomimo upływu lat Jubilaci ciągle wyglądają młodo. Chyba to miejsce tak działa. Prądy jakieś, czy inne promieniowanie? Tak, czy inaczej powitanie było naprawdę radosne. Długi natychmiast nastawił wodę na kawę. Następnie bardzo wprawnie (długi chyba wszystko potrafi) pokroił jubileuszowy tort, jak zwykle z ptaszkami. Podczas spożywania tortu Joanna z dumą opowiadała o pracy ich syna na dworze królewskim w Anglii. Poznaliśmy kilka ploteczek prosto z Buckingham Palace. Po jakimś czasie długi przyniósł na stół oryginalny pudding z dworu królewskiego. Napiszę tak: pudding był paskudnie słodki i niedobry. Renatka powiedziała, ze trochę w smaku przypominał pierniki, ale zachwycona smakiem nie była. Nawet chyba przeciwnie. Coby jednak nie powiedzieć dziękuję Wam Przyjaciele, że mogłem w tak pięknym miejscu skosztować królewskiego żarcia. Odrobina Wielkiego Świata w Bieszczadzie. Potem przyjechał Barnaba z Anią i zaraz przytuptała do nas Pani Bożenka z przepięknym storczykiem. Czas mijał szybko, stanowczo za szybko. Przyszła pora na rozstanie. Wojtek zabrał nas do Zygmunta, gdzie stał nasz karawan. Znowu po ciemku wróciliśmy do Zawozu…
5 załącznik(ów)
Odp: Królewskie żarcie w Bieszczadzie – nowe ognisko Bertranda.
ten dzień zaczął się dość wcześnie. Wystrojeni jak szczur na otwarcie kanału wyszliśmy na szlak, budząc lekkie zdziwienie zmierzających na Chryszczatą wędrowców oraz miejscowych kruków. Pod jabłonką nastąpiło życzenie sobie tego co zawsze, i wręczenie upominku. Uprzejmy turysta uwiecznił nas na wieczną rzeczy pamiątkę. Pozostało czekać na gości. Przyjechali. Radości ze spotkania nie był w stanie zakłócić nawet pudding. Spotkanie ożywił konkurs: kto szybciej zagotuje wodę na herbatę. Wynik nie był jednoznaczny. Barnaba otrzymał wrzątek prawie natychmiast, ale tylko kubek. Ja znacznie później, ale starczyło dla wszystkich. I tak czas płynął, aż dobiegł do pożegnań. Wieczór w kolorach nie występujących w przyrodzie (?) zakończył ten dzień z akcentem na królewskie...
Odp: Królewskie żarcie w Bieszczadzie – nowe ognisko Bertranda.
To i ja dorzucę coś do ognia i przysiądę. Miło, naprawdę miło się to czyta, wspomina znajome miejsca i wędruje razem z Wami (przynajmniej w zakamarkach swojej pamięci). Stefana jak nie było tak nie ma, ale aż się serce raduje, że rezydencja dalej stoi :-)
Bardzo mnie rozbawiła rodzinka z nocnikiem i wózkiem, uwielbiam takich ludzi!!!!
Ponawiam Twoje pytanie, czy ktoś wie co z Wojtkiem z Legionowa???
Pisz Bertrandzie, rozgrzewaj serca :)
Ps. Długi z Żoną jesteście wspaniale normalni, a pudding jest przereklamowany ;)
Odp: Królewskie żarcie w Bieszczadzie – nowe ognisko Bertranda.
Przepadam za niektórymi wynalazkami kuchni angielskiej. Ale z puddingiem zetknąłem się dopiero z okazji świąt, gdy syn został obdarowany tym królewskim, specjalnie dla pałacu przygotowanym. Przypomina mi to przedwojenną opowiastkę, jaką herbatę pije król; otóż bierze się dużą głowę cukru, w niej wierci się dziurkę wielkości naparstka i do tej dziurki wlewa się herbatę. A gdy już się dobrze posłodzi, to taką herbatę pije król. Pasuje do opisanego wyżej puddingu.
Długi
PS
dziękujemy za dobre słowo
Odp: Królewskie żarcie w Bieszczadzie – nowe ognisko Bertranda.
Cytat:
Zamieszczone przez
długi
Przepadam za niektórymi wynalazkami kuchni angielskiej. Ale z puddingiem zetknąłem się dopiero z okazji świąt, gdy syn został obdarowany tym królewskim, specjalnie dla pałacu przygotowanym. Przypomina mi to przedwojenną opowiastkę, jaką herbatę pije król; otóż bierze się dużą głowę cukru, w niej wierci się dziurkę wielkości naparstka i do tej dziurki wlewa się herbatę. A gdy już się dobrze posłodzi, to taką herbatę pije król. Pasuje do opisanego wyżej puddingu.
Długi
Niektórzy mają słodkie życie... a innym słodkości warto życzyć.
Wielu słodkości zatem.
5 załącznik(ów)
Odp: Królewskie żarcie w Bieszczadzie – nowe ognisko Bertranda.
Załącznik 33116Załącznik 33117Załącznik 33113Załącznik 33114Załącznik 33115
Następnego dnia postanowiliśmy wyhamować. Żadnych gór, żadnego wysiłku… Mamy wakacje przecież. No to, podjechaliśmy do Słodkiego Domku. Po wczorajszym Królewskim Żarciu nawet ciacha w tym przybytku nie wydawały nam się słodkie. Potem oczywiście jedyna słuszna księgarnia w Lesku, a na koniec wpadliśmy do Synagogi. Tam zawsze jest co pooglądać. Spacer z księgarni do Synagogi był tak wyczerpujący, że co nieco zgłodnieliśmy. No to pojechaliśmy do kurortu. A kurorcie pozmieniało się od ostatniego razu, ze hej. Nowe sklepy, nowe knajpki, frontem do kuracjuszy i do turystów. Nawet Pan Leszek rozbudował Stanicę. W kurorcie zawsze jemy u Pani Leszkowej i nigdy nie żałowaliśmy. Tak było i tym razem. Zupa gulaszowa palce i kociołek lizać. Połaziliśmy trochę po centrum i wyjechaliśmy z kurortu. Jeszcze nigdy nie widziałem Folwarku w Bieszczadzie, więc pojechałem w tym właśnie kierunku. Pierwsze zdziwienie: Postawili tam kościół. Może i on jest potrzebny, ale nie wydaje mi się. Jak ktoś ma ochotę uczestniczyć w Nabożeństwie, to może do wsi się przejść/przejechać. No cóż frontem do wiernego… Poszliśmy dalej pomiędzy zabudowania folwarczne. I tu czułem się zniesmaczony. Dom przy domu. Jak ktoś za przeproszeniem zanieczyści powietrze na swojej działce, to sąsiedzi będą to wiedzieć i czuć. Tabliczki: Teren prywatny! Przejścia nie ma! Nie, to nie dla mnie. Doszliśmy do końca, aż nad wodę, której jest coraz mniej. Popatrzyliśmy sobie na kurort od strony, od której nigdy, go nie widzieliśmy. Widok może i ładny ale ta droga do niego… Wróciliśmy do auta i pojechaliśmy na kwaterę. Byliśmy jeszcze za jasnego. Skończyło się to tym, że poszliśmy do Danusi i Krzysztofa na długie Polaków rozmowy. Było miło i sympatycznie, ale o tym sza.. Przed nami ostatni dzień tego pobytu.
8 załącznik(ów)
Odp: Królewskie żarcie w Bieszczadzie – nowe ognisko Bertranda.
Dmucham: Fffffffffffffffff, ffffffffffffffffffffff, fffffffffffffffffffffff. Cienki dymek. Uffffffffffffff. Rozpala się…
Na ostatni dzień jesteśmy umówieni z Barnabą i Anią. Mamy zamiar spotkać się na Jaśkowej Górze. My z Renatką jedziemy drogą, którą nie powinniśmy jechać ze względu na jurysdykcję. Ale jedziemy, bo fajna ona jest i widokowa i dziurawa. Wszystko, jak należy. Dojeżdżamy do kurortu, w którym odbył się KIMB w którym nie miałem przyjemności uczestniczyć. Dalej droga odcinkami jest dobra, a odcinkami nie. Po drodze mijamy Barnabę, który gna w drugą stronę, w stronę kultowej wiaty jak mawia Piskal. My w miejscowości, która kiedyś (ale krótko) zwała się Jodłowka, tuż przy sklepie na rozstaju skręcamy w prawo w stronę miejscowości o dawnej nazwie Przełom. Dalej to już Pan Pikuś. Na początku pierwszej miejscowości skręcamy w prawo na parking. Wita nas uśmiechnięta głowa. Reszta postaci albo nie istnieje albo jest zakopana w ziemi. Nie próbujemy odkopać tylko udajemy się pod górę. Stromo pod górę. Znamy tą drogę, nie idziemy wszak tędy po raz pierwszy. Pierwszy odpoczynek przy drodze. Tak, tak mogliśmy tam dojechać ale postanowiliśmy się katować. W końcu to ostatni dzień i trzeba go zapamiętać. Po odpoczynku udajemy się dalej. Jak myślicie, ze teraz w dół, to się mylicie. Cały czas pod górę. Leśnicy naustawiali tam kilka ławek i mogliśmy sobie odpocząć, nie leżąc na ziemi jak wielu „niecywilizowanych turystów” ;) ale na ławeczkach. Po drodze obserwujemy inny wynalazek leśników. Ten akurat mi się podobał. Drzewa stojące tuż przy drodze zrywkowej są zabezpieczone blachą. W pewnym momencie schodzimy ze ścieżki i zmierzamy ku niewielkim skałkom, które się tam znajdują. Podziwiamy przyrodę i wspominam wspólną wędrówkę na tę górę z Lucyną i Marcinem. Marcin wtedy opowiadał nam o roślinach ale wszystko już zapomniałem. Przy ścieżce stoją też kosze na śmieci. Takie kosze antywłamaniowe dla misiów. Znaczy się chodzi tędy wielu „cywilizowanych turystów”, którzy w odróżnieniu od tych drugich nie potrafią swoich śmieci zabrać ze sobą do cywilizacji. Tej głupoty nigdy nie mogłem zrozumieć. Przecież te kosze ktoś musi opróżnić i znieść/zwieźć je na dół. W końcu szczytujemy. Jaśkowa Góra jak zwykle nagrodziła nasz wysiłek pięknymi widokami. W zasadzie powinna ona nazywać się inaczej. Nie wiem jak ale coś wymyślę. Byłem na niej kilka razy i tylko raz nie spożywałem. A to z Forowiczami, a to z joorgiem, a to z …. Na szczycie czekają na nas Ania z Barnabą i kuzynem Ani Pawełkiem. Po powitaniu, co robimy? Raczymy się złocistym nektarem i podziwiamy. Podziwiamy widoki, a nade wszystko podziwiamy ciszę. Oprócz nas nie ma tutaj żywej duszy. Pozwolę sobie w tym miejscu zacytować fragment wiersza naszej Koleżanki Superpowsimordy. Wiersz ten kiedyś wspaniale przeczytał na KIMBIE nasz Kolega Superpowsimorda ( kiedyś Henkiem zwany, teraz ma szlachecki tytuł don)
Cisza błoga.
Cisza cieszy.
Cisza cicha,
gdy zgiełk zgubi.
W takiej ciszy
rosną skrzydła.
Taką się najbardziej lubi.
(Fragment wiersza Cisza WUKI)
Wymieniamy się z synem dokumentami i kluczykami i rozstajemy się. Idziemy w przeciwnych kierunkach. My schodzimy w stronę wodospadu. Nie napiszę, że w dół idzie się lżej, bo nie idzie się lżej. Podpierając się kijkami trekkingowymi schodzimy w dół. Teraz jest inaczej, nie ma ławeczek. Odpoczywając musimy siadać na pniach albo i bezpośrednio na mchu… Całkowity brak cywilizacji z tej strony Jaśkowej Góry. A może z tamtej strony te ławeczki to sprawka Jaśka jest? Muszę to sprawdzić. Docieramy do pierwszej ławeczki, która jest przy wodospadzie. Tam dłuższą chwilę wsłuchujemy się w szum wody. Ta woda tutaj zupełnie inaczej szumi, niż dajmy na to u nas w Poznaniu w łazience. Myślę sobie, ze bieszczadzka woda tak ma, że inaczej szumi. Podnosimy się z ławeczki i docieramy do samochodu z napisem www.lesneoko Kochany syn podjechał tak daleko jak mógł (zgodnie z jurysdykcją), wiedział, ze nogi nam będą wchodzić tam, gdzie sami wiecie. Teraz przystanek przy kultowej wiacie, piwko zdjęcie do Piskala i już wyluzowany mogę jechać dalej. Barnaba nas zaprosił do Cisnej do schroniska na zapiekankę. Jak napisałem wcześniej jest to nasz ostatni dzień w Bieszczadzie, więc jedziemy do Cisnej górą przez Wetlinę, żeby pożegnać Bieszczad. Pomału, nie spiesząc się podziwiając widoki jedziemy do Cisnej. Tam, Pod Honem Barnaba już szykował swoją firmową zapiekankę w żeliwnym garnku. Nie wierzyłem w zalety tego naczynia ale zapiekanka zapiekła się bardzo szybko. Potem już tylko powrót do Rajskiego. Oczywiście jak zwykle przed powrotem do Poznania zapaliłem świeczkę w Kapliczce Szczęśliwego Powrotu….. I to by było na tyle.