Tylko dziś za złotówkę "Do zobaczenia w piekle. Kresowa apokalipsa: reportaże" Wojciech Pestka.
Załącznik 47637
Wersja do druku
Tylko dziś za złotówkę "Do zobaczenia w piekle. Kresowa apokalipsa: reportaże" Wojciech Pestka.
Załącznik 47637
Smacznego!
Żebyś się tylko nie przejadł, bo dziś za złotówkę "Szczelina" Jozefa Karika. Nie znam tej książki, ale recenzje ma niezłe. Z oficjalnego opisu:
Cytat:
Legenda, mistyfikacja czy przerażająca rzeczywistość? Powieść najpopularniejszego słowackiego pisarza. Jozef Karika staje w niej twarzą w twarz z legendą górskiego Trybecza. „Szczelina” zdobyła najważniejsze słowackie wyróżnienie literackie – ANASOFT LITERA w kategorii nagroda czytelników.
Trybecz, pasmo górskie na Słowacji. Od dziesięcioleci krążą o nim legendy z powodu tajemniczych zaginięć. Niektóre ofiary zostały znalezione martwe. Niektóre zniknęły bez śladu. A jeszcze inne powróciły – ranne i niezdolne do życia.
Igor zdobył tytuł magistra. Po pięciu latach wreszcie może zacząć karierę jako… robotnik budowlany. Na swojej pierwszej budowie odkrywa tajemniczy sejf. Znajduje w nim płyty gramofonowe sprzed kilkudziesięciu lat. Słyszy na nich głos człowieka, który przez ponad trzy miesiące błąkał się w górach Trybecza…
Dzięki, przeczytałem...
Chyba za bardzo wczułem się w klimat, a to może zaowocować rozbiciem mózgownicy na czas jakiś...
Dość powiedzieć, że dziś rano, gdy oglądając historię transakcji w banku zobaczyłem... płatności z dnia jutrzejszego, to na początku mnie zmroziło...
Jedność czasu, miejsca i akcji... a fakty(?) sobie...
Ale czytało się fajnie ;)
Dariusz Jaroń Polscy himalaiści
Załącznik 47720
Pierwsza polska wyprawa w Himalaje (lato 1939 r.) i późniejsze zaplątanie w historię jej uczestników. Dawno żadna książka mnie tak nie wciągnęła.
Poszukiwaczom karpackich smaczków podpowiem, że w kilku akapitach i jednym szkicu pojawiają się w tej książce Świdowiec, Syniak czy Połonina Douha.
Zapisuję w kolejce, tym bardziej, że na półce już czeka „Dziennik Himalajski i inne pisma Jakuba Bujaka” w opracowaniu Magdaleny Bujak-Lenczowskiej, którego lwia część poświęcona jest właśnie tej pierwszej, polskiej wyprawie w Himalaje.
Otworzyłem teraz „Dziennik…” na chybił-trafił i taki wspaniały cytat rzucił mi się przed oczy:
„…góry zyskały jeszcze całe rzesze innych nowoczesnych wielbicieli. Rekrutują się oni z różnych narodów i z rozmaitych warstw społecznych. Należą do nich mężczyźni i kobiety, ludzie młodzi, w sile wieku i starzy. Wszyscy mają jedną wspólną cechę, jedną słabość, albo może jedną siłę: kochają góry.
Entuzjazmują ich zmarszczki i wyniosłości na powierzchni ziemi. Mogą to być łagodne wzgórza, porosłe lasami, urwiste turnie skalne lub niebosiężne szczyty opancerzone lodami. Jednym wystarcza patrzeć z dołu na góry i sycić się ich pięknem. Inni wolą wejść na szczyt i patrzeć stamtąd w dół i w dal. Inni wreszcie szukają tam czegoś więcej. Nie wystarcza im napawać się pięknem, nie wystarcza patrzeć. Chcą być czynni, pokonywać trudności, zdobywać.
Bo taka jest już natura ludzka, że nie ceni sobie zbytnio tego, co przyszło łatwo i bez trudu. Ale rzecz wywalczoną, zdobytą znacznym nakładem sił i pracy, okupioną trudem i niebezpieczeństwem, taką rzecz cenimy sobie wielce. I cena nie mierzy się wartością samego przedmiotu, ale wielkością naszego wysiłku, naszego umiłowania i zapału.
Różni ludzie różnie na góry patrzą i różnych rzeczy w nich szukają. Na to nie ma stałej recepty. Ale jedna rzecz jest wspólna: góry posiadają ogromną siłę atrakcyjną dla swoich wyznawców. Trudno, bardzo trudno wytłumaczyć komuś, nie należącemu do „sekty”, na czym ta atrakcyjność polega. Trudność polega na tym, że rzecz uchyla się spod ścisłego rozumowego traktowania, jako że lezy na innej płaszczyźnie, mającej z powierzchnią codziennej rzeczywistości tylko pewne punkty styczne, podczas gdy reszta leży poza tą rzeczywistością, może nawet całkiem blisko – ale w innym wymiarze.”
Pozostając przy polskich osiągnięciach, chciałbym zarekomendować Wam, jedno z większych według mnie osiągnięć literatury polskiej 20-go wieku jakim jest diariusz Andrzeja Bobkowskiego zatytułowany „Szkice piórkiem”. Dziennik ten pisany był przez autora w latach 1940 – 1944. Andrzej Bobkowski przebywał wtedy we Francji i opisywał codzienne życie poczynając od czasu tuż przed niemiecką okupacją Francji do chwili jej oswobodzenia przez aliantów. Jest to proza niezwykle żywa, mięsista, pełna wspaniałych opisów codzienności, która jakże była inna niż w okupowanej Polsce. We Francji kwitło życie kulturalne, jeździło się na prowincję na wczasy, stołowało w bistrach itd. – całkiem odmienne realia niż u nas. Autor czasami dokonuje również bieżących analiz polityczno-militarnych tego co się dzieje w ówczesnej Europie i na frontach wojennych. Dla mnie jednak najwspanialsze są jego opisy życia codziennego, prób rozwiązywania problemów, radości z życia i podróżowania, smakowania codzienności, spotkań, rozmów itd.
Część dziennika poświęcona jest podróży na rowerach, którą autor odbył w towarzystwie warszawskiego taksówkarza -Tadzia. Taka parantela dwóch środowisk, oczytanego i błyskotliwego inteligenta z życiowo cwanym, w dobrym tego słowa znaczeniu, warszawskim taksówkarzem wspaniale wpływa na odbiór tych fragmentów pamiętnika. Panowie odbyli podróż z Paryża, przez m.in. Carcassonne do wybrzeża Morza Śródziemnego, następnie wzdłuż niego aż po Alpy i stąd w poprzek Francji z powrotem do jej stolicy.
Żeby nie zanudzać a zachęcić do lektury, krótki fragment z tej podróży:
„Betonujemy się czekoladą i po godzinie odpoczynku wyłazimy z ziemianki. Słońce zapadło już poza górami i jest przeraźliwie zimno. Szczękając zębami, siadamy na rowery. Ledwie ruszyliśmy, przebijam przednie koło na gwoździu z buta wojskowego. Klniemy. Zgrabiałymi z zimna palcami nie możemy niczego porządnie zrobić. Po gołych nogach tnie lodem; zerwał się wiatr przewiercający do kości, twardy jak pogrążone w cieniu ściany skalne. Po dwudziestu minutach startujemy do tego biegu zjazdowego na rowerach. Z Cayolle do Barcelonette jest 30 km. Droga jest szaleńcza. Kładziemy się na kierownicy, zaciskamy palce na hamulcach i zaczynamy spadać w dół, zlatywać w tempie ponad 60 km/godz na prostych odcinkach. Strzałka na szybkościomierzu dochodzi wtedy do 60 i zatrzymuje się na sztyfciku. Nie nadąża. Przed każdym zakrętem piszczą hamulce, pochylamy się, szczęk odpuszczonych dźwigni przy kierownicy i rower skacze do przodu, jakby miał motor. Na 30-tu metrach prostej osiąga się szybkość ponad 50 km. Po dziesięciu kilometrach tej jazdy ręce mam zupełnie zdrętwiałe. Przymarzły do hamulców. Nóg nie czuję w ogóle; zbite lodowatym wiatrem, zwisają przy siodełku jak obcy przedmiot. Jedynie na piersiach, pod swetrem, jestem spocony i z wysiłku, i z emocji. Upijam się prawie do nieprzytomności szybkością, furkotem wiatru przy uszach i tańcem na zakrętach. Raz tylko spojrzałem na przednie widełki i na krótką chwilę struchlałem: co stałoby się, gdyby widełki pękły. Przy tej szybkości i obciążeni drgały one od nasady do osi koła, drgały tak szybko jak uderzony kamerton. Ach – co tam; znowu prosta. Puszczam hamulce, skaczę od razu na 40, 50, 60 – strzałka znowu utyka i utyka oddech w piersiach. Zakręt, skok mostem na drugą stronę rzeki, zapach mokrych bierwion, ułożonych przy drodze, żywicznych i sękatych, mroczne wrota krótkiego tunelu. W tunelu asfalt jest wilgotny i opony mlaskają na nim tak, jakby pociągnięty był klejem. Pachnie pleśnią i grzybem. Rośnie gwałtownie jasny otwór wyjazdu, zbliża się, majaczy popielata wstęga drogi i wali się w dół, w las, w świerkową zieleń i przedwieczorną czerwień pni. Słońce przedarło się tu jeszcze przez jakąś szparę, z której wypryskuje jak pęk promieni z małego okienka kabiny operatora w kinie. Ekran czerwonej zieleni, a na nim pędzi mój rower. Czasem, w ciągu ułamka sekundy, widzę swój cień. Gdy znika, wydaje mi się, że go przegoniłem i że nie może za mną nadążyć. Zakręt w lewo, potem w prawo, znowu na drugą stronę huczącego potoku, wzdłuż skalnej ściany. Droga zaczyna opadać łagodniej i po chwili wpadamy wprost na rynek w Barcelonette, Patrzę na zegarek, ledwo utrzymując się na nogach. 32 km w ciągu 43-ech minut. Przeciętna 45 km/godz. Twarze, ręce, uda i łydki mamy zupełnie sine pomimo opalenizny. Palce tak sztywne, że nie możemy wyciągnąć zapałki z pudełka. Jest to chyba najładniejszy dzień całej naszej podróży. Ale jesteśmy piekielnie zmęczeni. Czuję to teraz , stojąc na rynku i paląc papierosa. Ręka mi drży i drgają mi usta zupełnie tak, jakbym miał wybuchnąć płaczem. Sześć godzin podejścia i 32 km piekielnego zjazdu. Tadzio powiada: „Ten dzień będę pamiętał nawet po śmierci”.
Dla lubiących posłuchać: https://ninateka.pl/audio/szkice-pio...bobkowski-1-17
W takim razie zapisz jeszcze to:
Janusz Klarner Nanda Devi
Załącznik 47721
Ta sama wyprawa, tylko oczami innego z uczestników.
Polecam i książkę, i film. Książka była podstawą scenariusza.
Szczegóły tu:
https://kazimierzrygiel.blogspot.com...jasnienie.html
Choć tytuł byś podał tutaj :evil:
Ziemowit Szczerek Przyjdzie Mordor i nas zje
Polecam wszystkim jeżdżącym na Ukrainę, choć to opowieść nie tyle o Ukrainie co o Polakach tam jeżdżących. Jak zwykle u Szczereka wiele kwestii jest kontrowersyjnych, ale przeczytać z pewnością warto. Szczególnie, że ebook obecnie jest w promocji za 6.75zł! Krótka recenzja autorstwa iaa była tutaj.
Przy okazji - inna książka tego samego autora, Siódemka, w tej samej księgarni za 8.10zł. Tematyka zupełnie inna, ale temat - my - podobny. Też polecam.
Daniel Silva „Ostatni szpieg Hitlera”
PRIMA Oficyna Wydawnicza sp. z o.o., Warszawa 1999
Trwa druga wojna światowa. Już się zarysowuje militarna przewaga aliantów, trwają długie i tajne przygotowania do otwarcia w Europie trzeciego frontu (wschodni i włoski już istnieją). Czyli do operacji Overlord i daty D-day (6.06.1944). Ale Niemcy są jeszcze wciąż bardzo silni. Inwazji na kontynent we Francji się spodziewają. Przygotowali na tę okoliczność „komitet powitalny” – kilkadziesiąt dywizji Wehrmachtu i SS, w tym także wyborowe, pancerne. Usytuowane w pobliżu miejsca inwazji zadałyby ciężkie straty wojskom lądującym na plażach. Zdziesiątkowałyby je i zepchnęły z powrotem do morza. Ale mogłoby to nastąpić tylko pod warunkiem szybkiego takiego zadziałania. Opóźnienie pozwoli bowiem Amerykanom, Brytyjczykom i Kanadyjczykom wyładować na brzeg dosyć sił zdolnych odeprzeć niemiecki kontratak.
Sęk jednak w tym, że Niemcy czasu i miejsca inwazji nie znają. Trafnie wytypowali dwie odległe od siebie lokalizacje, boją się jednak usytuować siły strategiczne w pobliżu jednej z nich, bo a nuż inwazja z morza nastąpi w tej drugiej. Wywiad niemiecki szaleje. Abwehra uruchamia swego najlepszego agenta – dotychczasowego „śpiocha” w Anglii. Innym już się w berlińskiej centrali nie ufa – powpadali i dezinformują, ratując w ten sposób życie. A ów agent jest rzeczywiście doskonały. Dotrze do prawdy, ale już nie zdąży jej przekazać niemieckim mocodawcom.
Cóż to wszystko Państwu przypomina? Oczywiście bestsellerową „Igłę” Kena Folleta, w wersji książkowej i ekranizowanej. To prawda, ale Daniel Silva dorównuje tu mistrzowi. Podobnie jak Ken Follet w „Igle”, tak i Daniel Silva w „Ostatnim szpiegu Hitlera” w sposób niezmiernie pasjonujący przedstawia akcję wywiadu niemieckiego, kontrwywiadu brytyjskiego (i amerykańskiego), wreszcie szpiegowską działalność tytułowej postaci – wyborowego niemieckiego agenta. Jego agent jest jednak … płci pięknej. Piękność i kobiecość okazuje się tu wyjątkowa i nietypowa, tytułowa pani jest bowiem komandosko sprawna oraz bezlitosna. Już w pierwszym rozdziale powieści dokonuje morderstwa niezbędnego do uzyskania nowej tożsamości i naturalizacji na wyspach brytyjskich. Swoją atrakcyjną kobiecość wykorzystuje w celu „służbowym”, czyli uwiedzenia wskazanego mężczyzny. Choć w głębi duszy jest lesbijką i marzy o powojennym powrocie do kochanki mieszkającej w odległej, neutralnej Hiszpanii.
Polecam tę pasjonującą lekturę. Jest ona historyczna o tyle, że dość szczegółowo oddaje atmosferę panującą w Anglii podczas wojny. Naloty, usuwanie ich skutków, niedobory artykułów powszechnego użytku, racjonowanie żywności i paliw, mentalność i życie codzienne przeciętnych obywateli, skuteczność brytyjskiego kontrwywiadu, itd. itp. Także wielka dbałość rządu o perfekcyjne przygotowanie inwazji sił sprzymierzonych na kontynent i utrzymanie w najściślejszej tajemnicy jej miejsca i daty. Aż do dnia 6 czerwca 1944 r., gdy wylądowano na plażach Normandii. W powyższe realia autor wplótł tytułowy wątek szpiegowski. Czy całkowicie przez siebie wydumany, czy może mający choć częściowe potwierdzenie w archiwach służb specjalnych (niemieckich i brytyjskich), tego nie wiem. Autor też tego nie zdradził w „Podziękowaniach” zamieszczonych na początku książki. Reasumując: raczej fikcja literacka osadzona w realiach historycznych. Ale naprawdę porywająca lektura. Bardziej (moim zdaniem) niż inne książki Daniela Silvy, których bohaterem jest Gabriel Allon (jeśli dobrze zapamiętałem imię i nazwisko agenta Mossadu).
Tekst skopiowany z mojego blogu pt. CZYTELNIA KSIĄŻEK HISTORYCZNYCH
No to jeszcze o 3-ciej książce p. Ziemowita Szczerka pt. "Tatuaż z tryzubem" proszę poczytać tu (tekst mój sprzed 3 lat, natomiast wydanie książki sprzed 5 lat ):
https://kazimierzrygiel.blogspot.com...-ziemowit.html
O tej książce był na forum odrębny wątek.
Jurij Smirnow, Sekrety Lwowa,
Jurij Smirnow – dziennikarz ukazującego się na Ukrainie polskiego dwutygodnika „Kurier Galicyjski” oraz przewodnik po Lwowie.
przeczytałem i polecam historie przedwojenne ale tez z czasów wojny i te powojenne, widzę że jest 2 część
Załącznik 48037
https://www.km.com.pl/lwow
Mocna lektura. "Król". Autor: Szczepan Twardoch
Opisałem tę książkę tak:
https://kazimierzrygiel.blogspot.com...-twardoch.html
I jeszcze o tej książce, jak również o jej ekranizacji:
https://kazimierzrygiel.blogspot.com...-majewski.html
A teraz o drugiej części dylogii Szczepana Twardocha, o kontynuacji "Króla", czyli o powieści pt. "Królestwo":
https://kazimierzrygiel.blogspot.com...-twardoch.html
Iwona Kienzler „Kasiarze, doliniarze i zwykłe rzezimieszki. Przestępczy półświatek II RP”
Wydawnictwo Lira Publishing Sp. z o.o., Warszawa 2019
Pani Iwona, korzystając z innych, bardziej obszernych i specjalistycznych publikacji, jak również z prasy okresu międzywojennego (źródeł skrupulatnie wskazywanych w przypisach i w bibliografii), ukazuje nam mało znane, ciemne oblicze społeczeństwa II Rzeczypospolitej. Czytamy o przestępczej działalności przeróżnych wyrzutków społecznych płci obojga, choć oczywiście z przewagą płci brzydkiej. Od prymitywnych bandziorów-morderców po wysublimowanych oszustów, nieraz wzbudzających nawet sympatię. Tak, tak – nie przejęzyczyłem się. Bo jak tu nie patrzeć z uśmiechem i pobłażaniem na warszawskiego cwaniaka, który przybyszom spoza stolicy potrafił sprzedać kolumnę Zygmunta, fragment podwarszawskiej linii kolejowej, wydzierżawić tramwaj, a nawet wynająć pewnemu Francuzowi halę warszawskiego Dworca Głównego na cele imprezy tanecznej. Rozbawienie wzbudza również wielka łatwowierność i bezmyślność niektórych pań – ofiar oszustów matrymonialnych. Poza tym jednak czytelnikowi raczej nie jest do śmiechu. Natomiast jest mu często blisko do zaciśnięcia pięści i zgrzytnięcia zębami – zwłaszcza gdy autorka przedstawia opryszków niebrzydzących się mokrą robotą, mordujących spokojnych obywateli i funkcjonariuszy państwowych. No a takiego „Hipka Wariata” to ja bym osobiście utłukł. Ten psychopatyczny bandzior, nie dość że wyspecjalizowany w napadach rabunkowych, to jeszcze miał jakąś paranoiczną obsesję na punkcie kotów – w życiu zamordował kilkaset tych niezwykle sympatycznych zwierzątek. W chwili, gdy to piszę, po moim mieszkaniu hasają dwa przemiłe koty: Sabinek i Kubuś. Sabinek pochodzi z Ustrzyk Górnych.
Lektura rozdziału 5 pt. „Tata Tasiemka i Doktor Łokietek – władcy warszawskiego półświatka” każe nam sobie przypomnieć powieść pt. „Król” Szczepana Twardocha, już wcześniej tu opisaną. Tata Tasiemka i Doktor Łokietek to tamtejsi Kum Kaplica i dr inż. Janusz Radziwiłek. Rozdział ten autorka oparła o informacje zaczerpnięte z książki Jerzego Rawicza pt. „Doktor Łokietek i Tata Tasiemka. Dzieje gangu”, wydanej w 1968 r. (wznowionej w 2014 r.). Z kolei pisząc o przemytnikach autorka przy okazji wskazuje niektóre nonsensy polskiej przedwojennej polityki gospodarczej, faworyzującej monopole. Przykładowo – ochrona monopolu zapałczanego powodowała, że każdy nierozważny nabywca zwykłej zapalniczki do papierosów musiał w urzędzie uiścić opłatę stemplową i ostemplować tam własną zapalniczkę. Czegoś podobnego to przecież nawet w PRL nie zdołano wykoncypować. Choć nie przeczę – iście księżycowa gospodarka epoki PRL też obfitowała w przeróżne bezsensowne regulacje, np. w sprzedaż alkoholu dopiero po godzinie 13. Rozdział poświęcony kontrabandzie (ostatni w książce) autorka kończy przypomnieniem postaci pisarza Sergiusza Piaseckiego, mającego w bogatym życiorysie m.in. etap działalności przemytniczej – na płonącej granicy polsko-radzieckiej. Gorąco zachęcam do sięgnięcia po książki przez niego napisane. W katalogu blogu proszę ich jednak nie szukać, przeczytałem je bowiem (wszystkie!) w czasach zanim namówiono mnie do opisywania lektur w Internecie.
Reasumując, polecam Państwu tę ciekawą, łatwą i przyjemną, ale też historycznie poznawczą książkę p. Iwony Kienzler. Dowiemy się, na jakie kradzieże, oszustwa (drobne i poważne) bywali narażeni nasi dziadkowie/pradziadkowie i dlaczego bali się wychodzić po zmroku z domu czy samotnie jeździć pociągiem. A także jakie więzy „rodzinne” (zwracam uwagę na cudzysłów) połączyły Sergiusza Piaseckiego z Czesławem Miłoszem.
PS. Na str. 257 w wierszu 12 od góry wyrazy „Związku Armii Zbrojnej” proszę poprawić na wyrazy „Związku Walki Zbrojnej” (prawidłową nazwę organizacji będącej poprzedniczką Armii Krajowej).
Powyższy tekst znajdzie się w mojej CZYTELNI KSIĄŻEK HISTORYCZNYCH przypuszczalnie dopiero za kilka tygodni (czeka na swoją kolej za napisanymi wcześniej)
Tomasz Awłasewicz „Niewidzialni. Największa tajemnica służb specjalnych PRL”
Wydawnictwo Agora SA, Warszawa 2021
Autor, młody ambitny dziennikarz, naświetlił bardzo interesujący wycinek pracy służb specjalnych, jakim jest (oraz było i będzie) tzw. tajne przeszukanie. Polega ono na niewłamaniowym wejściu do konkretnego lokalu, spenetrowaniu go bez pozostawienia najmniejszego śladu swojej obecności, oraz (to cel główny) sporządzeniu potrzebnych fotografii, w tym kopii dokumentów lub zdjęć innych przedmiotów będących w zainteresowaniu służby specjalnej. Wykonanie tego wymaga wiedzy o nieobecności użytkownika lokalu, pokonania zamków i innych zabezpieczeń bez ich uszkodzenia, bardzo ostrożnego zachowania się wewnątrz lokalu oraz dopilnowania, aby wszystkie znajdujące się tam rzeczy pozostały na swoich miejscach. Sytuacja komplikuje się, gdy wewnątrz znajduje się sejf, który też przecież trzeba będzie otworzyć bez uszkodzenia (i ponownie zamknąć na ten sam szyfr). Nieraz też użytkownik lokalu (np. obywatel państwa niekoniecznie zaprzyjaźnionego) nie wyklucza możliwości podobnych „odwiedzin” i zastawia pułapki mogące potwierdzić fakt odbytej penetracji (np. jakaś nitkę lub włos zahaczone o szufladę biurka). Następnie, po wykonaniu zadania, należy na paluszkach stamtąd wyjść, wszystkie otwarte wcześniej drzwi za sobą dokładnie pozamykać, znów oczywiście bez uszkodzenia zamków. Dodatkowy problem może sprawić ciekawski sąsiad gotów zadzwonić po policję, gdy tylko zauważy coś nietypowego i jego zdaniem (skądinąd słusznie) podejrzanego. Jak więc widać, wykonanie powyższych czynności operacyjnych wymaga dużych umiejętności specjalistycznych, większych niż np. posiadane przez historycznie sławnych włamywaczy-kasiarzy. Tamci bowiem byli głównie zainteresowani wejściem do banku czy sklepu jubilerskiego, pokonaniem sejfu, zabraniem łupu, a następnie już tylko … w nogi. Nie obchodziło ich inteligentne zatarcie śladów swojej obecności, na ogół jedynie przestrzegali niepozostawienia odcisków palców.
Służby specjalne większości państw dysponują takimi specjalistami od tajnych przeszukań. Zatrudnieni są oni w odrębnych wydziałach niektórych jednostek (departamentów, biur, delegatur) operacyjnych. Do ich dyspozycji stoją najnowsze urządzenia techniczne, ale przede wszystkim sami muszą posiadać odpowiednie zamiłowania techniczne oraz kwalifikacje teoretyczne i praktyczne. O celu realizowanego tajnego przeszukania najczęściej mają tylko mgliste lub żadne pojęcie. Ich bowiem rolą jest umożliwienie wykonania zadania przez towarzyszącego oficera operacyjnego z innego pionu służby specjalnej, zainteresowanego konkretnym lokalem i działalnością jego użytkownika. Czyli zleceniodawcę tajnego spenetrowania lokalu. W Ministerstwie Spraw Wewnętrznych PRL takimi specjalistami od tajnych przeszukań byli funkcjonariusze Służby Bezpieczeństwa zatrudnieni głównie w Departamencie Techniki MSW i podległych mu komórkach jednostek wojewódzkich resortu spraw wewnętrznych. Napisałem „głównie”, ponieważ dwa inne departamenty Służby Bezpieczeństwa miały potrzebę posiadania własnych fachowców w tej dziedzinie, luźno tylko współpracujących z Departamentem Techniki MSW. Taką jednostką był np. Departament II MSW, czyli kontrwywiad. W jego strukturze funkcjonował bardzo utajniony Wydział IX, m.in. zajmujący się tajnym przeszukiwaniem pomieszczeń zachodnich ambasad i konsulatów. Zatrudnieni w nim fachowcy czynili to z wykorzystywaniem ówczesnych możliwości naukowo-technicznych, co jednak bardzo odbijało się na ich zdrowiu, a często wręcz skracało życie. O swojej tam służbie w latach 70. i 80. ubiegłego stulecia opowiadają autorowi książki byli funkcjonariusze SB, m.in. podkreślając swoją przydatność dla ekonomicznych interesów państwa. Dzięki ich działaniom polscy negocjatorzy umów międzynarodowych niekiedy znali treść instrukcji negocjacyjnych zagranicznego partnera jeszcze przed przystąpieniem z nim do rozmów, np. w sprawach zakupu przez Polskę licencji, czy sprzedaży wyprodukowanych w kraju towarów. Wiedza ta pozwalała im na wynegocjowanie optymalnych warunków umów. A jak to się wszystko (w szczegółach) odbywało, jakie poważne zagrożenia pociągały za sobą tajne przeszukania lokali ambasad i konsulatów, to już sobie Państwo sami przeczytacie. Myślę, że Was do tego wystarczająco zachęciłem. Nie? No to jeszcze dodam, że największą zmorą owych polskich funkcjonariuszy SB był autentyczny przypadek węgierski. Węgierscy „tajni przeszukiwacze” weszli bowiem kiedyś nocą do jednej z zachodnich ambasad i … już stamtąd nigdy nie wyszli (ani ich nie wywieziono). I nikt się o nich nie śmiał upomnieć, gdyż przecież formalno-prawnie nie istnieli.
Powyższy tekst znajdzie się w mojej CZYTELNI KSIĄŻEK HISTORYCZNYCH przypuszczalnie dopiero za kilka tygodni (czeka na swoją kolej za napisanymi wcześniej).
Grzegorz Górski „Wrzesień 1939. Nowe spojrzenie”
Jagiellońskie Wydawnictwo Naukowe, Toruń 2017
Elektroniczna wersja tej książki jest do pobrania (nieodpłatnie) tu:
http://kj.edu.pl/wp-content/uploads/...publikacja.pdf
Polecam tę publikację, daleko odbiegającą od opinii o genezie polskiego Września 1939, zakonserwowanej w naszej historiografii.
Trzy lata temu tak ją opisałem:
https://kazimierzrygiel.blogspot.com...nie-autor.html
Zdania nie zmieniłem.
Cytat z Twojego bloga: "Podstawowym kanonem ówczesnej radzieckiej polityki (wynikającym z ideologii) było przecież wejście do trwającej wojny europejskiej, pokonanie osłabionych jej uczestników i „uwolnienie ciemiężonych mas żołnierskich, robotniczych i chłopskich spod kapitalistyczno-imperialistycznego jarzma”.
Analogiczną opinię spotkałem w książce "Lodołamacz" autorstwa Wiktora Suworowa (były agent GRU).
Wyraził pogląd, że klęski Armii Czerwonej w początkowej fazie wojny z Niemcami wynikały nie tylko z faktu wymordowania większości kadry oficerskiej podczas stalinowskich czystek.
Wielki wpływ na rozmiar klęski miały też kierunki szkolenia krasnoarmiejców. Szkolono ich do walki ofensywnej. Z tego względu armia miała nikłe pojęcie o walce obronnej.
Stalin nie był gotowy do wojny obronnej, bo planował wojnę agresywną.
[QUOTE=włóczykij...
Analogiczną opinię spotkałem w książce "Lodołamacz" autorstwa Wiktora Suworowa (były agent GRU).
Wyraził pogląd, że klęski Armii Czerwonej w początkowej fazie wojny z Niemcami wynikały nie tylko z faktu wymordowania większości kadry oficerskiej podczas stalinowskich czystek.
Wielki wpływ na rozmiar klęski miały też kierunki szkolenia krasnoarmiejców. Szkolono ich do walki ofensywnej. Z tego względu armia miała nikłe pojęcie o walce obronnej.
Stalin nie był gotowy do wojny obronnej, bo planował wojnę agresywną.[/QUOTE]
Oczywiście, że tak. Jeśli ten temat Cię interesuje, to przeczytaj, jak go widzi prof. Ernst Topitsch w książce pt. „Wojna Stalina”:
https://kazimierzrygiel.blogspot.com...-topitsch.html
I jeszcze jedna adekwatna lektura dla osób zainteresowanych genezą i przebiegiem wojny niemiecko-radzieckiej. Poniższy tekst z czasem znajdzie się na moim blogu, ale "premierę" ma dziś już tu.
Borys Sokołow „Straszliwe zwycięstwo. Prawda i mity o sowieckiej wygranej w drugiej wojnie światowej”
Wydawnictwo Literackie Sp. z o.o., Kraków 2021
Rosyjski historyk, bazując na badaniach archiwów, relacjach świadków, własnych analizach i obliczeniach oraz wybranej literaturze przedmiotu, przedstawia oraz komentuje przebieg „wielkiej wojny ojczyźnianej” toczonej od dnia 22 czerwca 1941 r. do dnia 9 maja 1945 r. pomiędzy III Rzeszą a Związkiem Radzieckim. Miło się to czyta, zwłaszcza czytelnikowi polskiemu. Treść książki w niczym bowiem nie przypomina oficjalnych wersji głoszonych dawniej przez historiografię radziecką, a obecnie przez współczesną rosyjską. Poniżej pozwolę sobie wypunktować najważniejsze tezy autora o tym świadczące.
Stalin był na równi z Hitlerem odpowiedzialny za wybuch II wojny światowej. Atak ZSRR na Polskę w dniu 17 września 1939 r. rosyjski autor określa jako wbicie nam noża w plecy. W 1940 r. Stalin liczył na wyczerpującą wojnę okopową pomiędzy Francją a Niemcami. Po wzajemnym wykrwawieniu się przeciwników Armia Czerwona ruszyłaby na zachód, dotarła do Atlantyku i na opanowanym obszarze zapewne zostałby ustanowiony jedyny sprawiedliwy ustrój polityczno-społeczny, czyli radziecki „raj” (tfu, tfu).
Nie powołując się na współczesnego prekursora tej idei, Wiktora Suworowa, prof. Borys Sokołow dochodzi do identycznego wniosku: w lipcu 1941 r. miało dojść do ataku stalinowskiego ZSRR na hitlerowskie Niemcy, ale Hitler zdołał uśpić czujność Stalina i wyprzedził go o kilka tygodni. Trudno to jednak nazwać atakiem stricte prewencyjnym, gdyż obaj dyktatorzy – po fiasku wizyty Mołotowa w Berlinie w listopadzie 1940 r. – już wzajemnie szykowali się do wojny ze sobą. Stalin przy tym nie wierzył, aby Hitler – nie mając zawartego rozejmu z Wielką Brytanią – zdecydował się na uruchomienie nowego frontu wojny. Uwierzył dopiero w przeddzień napaści Niemiec, wtedy było już jednak za późno na wydanie i wdrożenie odpowiednich dyrektyw militarno-organizacyjnych.
Armia Czerwona, pomimo potencjału materialnego dorównującego, a nawet przewyższającego Wehrmacht i inne niemieckie formacje zbrojne, znacznie ustępowała przeciwnikowi pod względem potencjału ludzkiego. Oczywiście nie pod względem jego liczebności (tu bowiem znacznie górowała) lecz jakości, czyli wyszkolenia bojowego. Poczynając od szeregowego rekruta, a kończąc na najwyższej kadrze dowódczej i systemie dowodzenia, była wyraźnie gorsza od armii niemieckiej, co powodowało olbrzymie straty podczas wszystkich bitew, także tych toczonych już w 1945 r. Radzieccy dowódcy, w tym sam Stalin, dopiero uczyli się współcześnie wojować. Ich stałą taktyką było szafowanie krwią żołnierską, nieliczenie się z własnymi stratami osobowymi. Temu zawdzięczali powodzenie historycznych ofensyw, przełamywanie niemieckich linii obronnych, itp. Ale nie tylko temu.
Autor, akcentując fakt zaangażowania na froncie wschodnim gros sił niemieckich, równolegle stawia jednak tezę, iż bez udziału w wojnie aliantów zachodnich Niemcy byłyby w stanie skierować na front wschodni siły jeszcze większe, zdolne do pokonania ZSRR. Bitwa na Łuku Kurskim latem 1943 r. była już prawie przez Wehrmacht i Waffen SS wygrana, ale w tym samym czasie alianci wylądowali na Sycylii i na Półwyspie Apenińskim, wyeliminowali Włochy z wojny, co spowodowało pilną konieczność ściągnięcia z frontu wschodniego części niemieckich sił pancernych celem skierowania ich do Italii. I analogicznie: letnie ofensywy radzieckie rok później mogły być skuteczne tylko dzięki zaangażowaniu sił niemieckich na nowo otwartym froncie francuskim po wylądowaniu aliantów w Normandii w czerwcu 1944 r. Poza tym przez cały czas trwania wojny Luftwaffe nie mogła przeznaczyć odpowiedniej liczby samolotów do walk na froncie wschodnim, tocząc obronną batalię powietrzną z nalotami brytyjskimi i amerykańskimi, niszczącymi m.in. wojenny przemysł niemiecki. Także bitwa o Atlantyk pośrednio okazała się pomocna dla Związku Radzieckiego. Konieczność budowy dużej liczby okrętów podwodnych dla Kriegsmarine implikowała pomniejszenie potencjału produkcyjnego przeznaczanego na inne rodzaje uzbrojenia, w tym tego wykorzystywanego na froncie wschodnim. Autor podkreśla również olbrzymią przydatność pomocy materiałowo-sprzętowej kierowanej drogą morską i lądową do ZSRR przez aliantów zachodnich.
Sporą liczbę kart książki autor poświęca na przedstawienie rzeczywistych strat poniesionych przez obie walczące strony. Jego wyliczenia znacznie odbiegają od informacji podawanych przez „oficjalną” historiografię rosyjską, po stronie strat radzieckich wykazują dane znacznie wyższe od danych tzw. urzędowych. Przyznam, że te analityczne i skrupulatne szacunki mogą być dla przeciętnego czytelnika dość nużące, zainteresują raczej tylko osoby zawodowo zajmujące się tematyką wojny niemiecko-radzieckiej (historyków, politologów, publicystów historycznych).
Borys Sokołow nie unika również przedstawiania możliwych wersji alternatywnych rozwoju tej wojny, zarówno w kontekście poszczególnych operacji militarnych, jak i jej finalnego rezultatu. Wysuwa ciekawą tezę, że zwycięstwo Armii Czerwonej, uwieńczone zdobyciem Berlina, było niezwykle korzystne dla … Niemiec. Gdyby bowiem front wschodni utknął gdzieś w głębi ZSRR lub w Polsce, Amerykanie latem (a najpóźniej jesienią) 1945 r. powaliliby Niemcy na kolana, rzucając na nie od 10 do 12 bomb atomowych. Zdaniem autora tylko dwie, jak w przypadku Japonii, nie wystarczyłyby na zmuszenie nazistów do bezwarunkowej kapitulacji. III Rzesza spłonęłaby wówczas nuklearnym ogniem. ZSRR najprawdopodobniej powróciłby do swoich granic sprzed 17 września 1939 r. A rzeczywiście niepodległa Polska do swojego przedwojennego, nieuszczuplonego obszaru dodałaby całe Prusy Wschodnie (Królewiec nie stałby się wówczas Kaliningradem), oczywiście także Gdańsk oraz resztę Górnego Śląska. I jak tu nie kochać prof. Sokołowa? „Poloniców” w jego książce jest zresztą więcej. Borys Sokołow z sympatią wyraża się o naszej Armii Krajowej, bez ogródek pisze o zbrodni katyńskiej i tragedii powstania warszawskiego.
Dwa rozdziały książki autor poświęca omówieniu sytuacji panującej na terenach ZSRR czasowo okupowanych przez Niemcy oraz na obszarze reszty kraju, stanowiącej gigantyczne zaplecze logistyczne dla potrzeb wojny. Podkreśla bardzo ciężką sytuację ludności cywilnej – zmuszonej do niewolniczej wręcz pracy na rzecz frontu, przymierającej przy tym głodem.
Reasumując, gorąco polecam tę interesującą lekturę autorstwa historyka – Rosjanina. Jak powyżej nadmieniłem, czytelnik znużony danymi statystycznymi może poświęcone im fragmenty książki po prostu szybciej przekartkować, zapamiętując tylko ogólny ich sens. Nie ma potrzeby ślęczenia nad szczegółowymi analizami składów formacji wojskowych oraz ich strat osobowych i materiałowych. A postać prof. Borysa Sokołowa nieco mi się kojarzy z osobą naszego nieodżałowanego śp. prof. Pawła Wieczorkiewicza, również nieprzejmującego się mainstreamową polityką historyczną i wysuwającego własne śmiałe, ale jakże słuszne tezy.
Przypominam:
Grzegorz Górski „Wrzesień 1939. Nowe spojrzenie”
Jagiellońskie Wydawnictwo Naukowe, Toruń 2017
Elektroniczna wersja tej książki jest do pobrania (nieodpłatnie) tu:
http://kj.edu.pl/wp-content/uploads/...publikacja.pdf
Polecam tę publikację, daleko odbiegającą od opinii o genezie polskiego Września 1939, zakonserwowanej w naszej historiografii.
I jeszcze o jednej książce "okolicznościowej". Poniższy tekst znajdzie się na moim blogu za kilka dni.
Robert Forczyk „Fall Weiss. Najazd na Polskę 1939”
Dom Wydawniczy REBIS Sp. z o.o., Poznań 2019
Dr Robert Forczyk, amerykański doradca i publicysta w dziedzinie bezpieczeństwa narodowego oraz stosunków międzynarodowych, były zawodowy oficer (ppłk.) US Army, napisał bardzo ciekawą książkę nt. wojny obronnej Polski w 1939 r. przed agresją z zachodu i ze wschodu. Od razu zastrzegam, iż (zgodnie z tytułem) znaczna jej część zawiera opisy potencjału militarnego walczących stron, posiadanego przez nie uzbrojenia i sprzętu oraz samego przebiegu działań wojennych – z wyszczególnieniem jednostek wojskowych, ich liczebności i struktur, dowódców oraz wskazania terytoriów, na których operowały. Te rozdziały spodobają się głównie miłośnikom historii wojskowości. Śmiało mogę je polecić, jako że zostały napisane przez specjalistę, który opisy strategii i taktyki walczących stron wzbogacił własnymi, fachowymi komentarzami. Oczywiście książka jest poświęcona całokształtowi wojny 1939 r., obszernie też przedstawia genezę jej wybuchu, całe tło polityczne tamtego okresu i (pobieżnie) lat dużo wcześniejszych, a także – już bardzo skrótowo – dalsze konsekwencje przegranej przez Polskę wojny. Na pewno zadowoli więc również czytelnika preferującego historię polityczną, wolącego ją od drobiazgowego śledzenia ruchu armii dopiero tę historię kreujących.
Przegraliśmy wojnę i już. Ale autor inaczej niż większość historyków tę naszą porażkę postrzega. Jej przyczynę widzi nie w dysproporcji sił zbrojnych III Rzeszy i II RP, choć oczywiście tę dysproporcję zauważa i nie szczędzi jej opisów. Wskazuje natomiast błędy w polskim systemie dowodzenia, skutkujące chaosem organizacyjnym. Na str. 369 pisze wprost (cyt.): Można nawet powiedzieć, że Niemcy odnieśli zwycięstwo nie tyle ze względu na przewagę techniczną czy liczebną, ile na zdolność do koordynacji działań wielu dywizji, której to zdolności Polacy nie mieli. Należy to jednak rozumieć tylko jako przyczynę klęski tak szybkiej, ale nie przegrania wojny w ogóle. Zostaliśmy bowiem osamotnieni, a liczenie na odciążającą nas ofensywę na zachodzie było bezzasadne. Opisy żenującego zachowania przywódców Anglii i Francji oraz przebiegu „dziwnej wojny” na froncie zachodnim w 1939 r. autor kończy stwierdzeniem (cyt., str. 267): Wielka Brytania i Francja od początku 1939 roku wiedziały, że w razie niemieckiego ataku nie będą udzielać rzeczywistej pomocy zbrojnej Polsce, ale nie dzieliły się tą informacją. Ich dyplomaci natomiast karmili chętnych Polaków obietnicami, że gwarancje wojskowe zmienią się w wystarczająco silną reakcję zbrojną, by uniemożliwić Niemcom opanowanie Polski. (…) Tak naprawdę brytyjscy i francuscy przywódcy wojskowi spisali Polskę na straty jeszcze przed wybuchem wojny i nie planowali rozpoczęcia poważnej ofensywy wcześniej niż co najmniej w roku 1941. Ale jednak w 1939 r. coś się na tym froncie zachodnim działo – Niemcy bombardowano ulotkami (głównie), a armia francuska ograniczonymi siłami wdarła się (przejściowo) „aż” 8 km w głąb Niemiec, tracąc ok. 2 tys. żołnierzy, podchodząc pod bunkry niemieckiego Wału Zachodniego, ale już ich nie szturmując.
Autor przedstawia również działania militarne na wschodzie, zaistniałe po napaści na nasz kraj przez Związek Radziecki. Poprzedza je opisem nerwowych starań dyplomacji niemieckiej, dopingującej ZSRR do jak najszybszego uderzenia na Polskę, zgodnie z tajnymi ustaleniami paktu Ribbentrop-Mołotow. Na str. 328 i 329 zamieszcza pełny tekst noty dyplomatycznej wręczonej w Moskwie dnia 17 września o godz. 3:15 nad ranem polskiemu ambasadorowi Grzybowskiemu przez radzieckiego wiceministra Potiomkina.
Reasumując, amerykański autor niczego w swojej książce nie przemilcza, a do napadniętej i następnie zniewolonej Polski odnosi się z dużą sympatią. Jest to bardzo istotne ze względu na skierowanie tej publikacji przede wszystkim do czytelnika amerykańskiego, dla którego może stanowić pierwsze i tak bogate źródło informacji o sprawach tylko dla nas oczywistych. Co nie znaczy, że polski czytelnik może przejść obok niej obojętnie. Sięgnijmy i my po to opracowanie popularnonaukowe. Przypominam, iż jego autor to zarazem zawodowy politolog, uznany historyk II wojny światowej oraz specjalista od wojskowości, co już – w odniesieniu do dziś omówionej książki – dało gwarancję obiektywnego, kompleksowego przedstawienia genezy, przebiegu i następstw wojny polsko-niemieckiej.
PS. Ani w notkach na obwolucie, ani w Wikipedii, nie doczytałem się informacji o polskim pochodzeniu autora, na co może wskazywać brzmienie jego nazwiska.
Jeszcze o wojnie Polski z Niemcami, rozpoczętej 1 września 1939 r. Tak o niej pisze i tak jej ew. dalszy przebieg widzi dr Tymoteusz Pawłowski – przy założeniu, że nie doszło do napadu na Polskę również przez ZSRR dn. 17 września:
https://kazimierzrygiel.blogspot.com...li-wygrac.html
Wreszcie wychodzi w ebooku wybitna "Śmierć pięknych saren" Oty Pavla, w przedsprzedaży za jedyne 17,99zł. Za taką książkę to jak za darmo. Gorąco polecam!
Aktualnie e-book w promocji na nexto.pl, posiadacze konta premium kupią książkę za 11,45zł. To szersza promocja na książki górskie, w dobrych cenach m.in. "Minus 100 stopni" Arta Davidsona czy "Wszystko za Everest" Krakauera.
Tym razem nie do czytania a do słuchania: audiobook "Huculszczyzna" Ossendowskiego do pobrania za darmo. Tegoż autora "Polesie" w tej samej cenie.
Tego samego wydawcy (Muzeum Historii Polski) jeszcze kilka innych darmowych audiobooków,
Poniższy tekst jeszcze w br. powinien znaleźć się na moim blogu. Ale premierę ma dziś tu.
Theodor Plievier „Stalingrad”
Wydawnictwo Ministerstwa Obrony Narodowej, Warszawa 1958
O autorze proszę poczytać np. tu:
Theodor Plievier – Wikipedia, wolna encyklopedia:
https://pl.wikipedia.org/wiki/Theodor_Plievier
Przez chwilę o tym konkretnym egzemplarzu książki. Pochodzi on z jej wydania pierwszego, tj. tylko o 7 lat młodszego ode mnie. Ówczesna cena detaliczna 31 zł. Ale na ostatniej stronie widnieje wpisana ołówkiem cena antykwaryczna 200 zł – to dowód, że do mojego prywatnego księgozbioru książka trafiła gdzieś tak pod koniec lat 80. lub na początku lat 90. ub. wieku. I spoczywała tam, zawieruszona i nieprzeczytana, aż do grudnia 2021 r. W dniu, gdy to piszę, jestem świeżo po jej lekturze. W księgarniach proszę książki nie szukać. Raczej w bibliotekach publicznych – w czasach PRL miała kilka wydań. A gdyby ktoś chciał ją nabyć na własność (polecam!), to pomoże mu w tym Internet – spostrzegłem w nim kilka ofert sprzedaży po tylko kilkanaście zł za egzemplarz. Tłumaczenie angielskie (wersję elektroniczną) można sobie ściągnąć za darmo.
Do nazwy wydawnictwa i czasów publikacji proszę się nie uprzedzać. Żadnej agitacji proradzieckiej Państwo się nie obawiajcie. Na 591 stronach (tego wydania) znajdujemy bardzo realistyczną powieść dokumentalną, napisaną dla czytelnika niemieckiego już w 1945 r. Przedstawiającą opis bytowania żołnierzy niemieckich w coraz to bardziej kurczącym się kotle stalingradzkim (listopad 1942 – luty 1943). Nie tylko ich zaciętych walk z oblegającą Armią Czerwoną, ale też zakwaterowania, wyżywienia, zaopatrzenia, opieki medycznej. Wszystko to szybko okazało się niedostateczne. Zakwaterowanie frontowych żołnierzy miało miejsce w prowizorycznych bunkrach, w wykopanych i okrytych tylko brezentem dołach, także w ruinach domów – przy zawiejach śnieżnych i temperaturze sięgającej minus 30 st. C. Wyżywienie było skąpe, niekiedy żadne. Zaopatrzenie w broń i amunicję też szwankowało – zwłaszcza gdy przedwcześnie wysadzano w powietrze własne magazyny, aby nie dostały się w ręce wroga. Opieka medyczna nad olbrzymią liczbą żołnierzy (chorych, rannych, z ciężkimi odmrożeniami) była iluzoryczna. Nielicznym lekarzom szybko zabrakło lekarstw, środków znieczulających, z czasem też materiałów opatrunkowych. Nieleczeni pacjenci tłoczyli się i masowo umierali w zimnych piwnicach – także z chłodu, głodu i ostrzału artyleryjskiego. Generalnie wśród oblężonych powstawał coraz większy chaos, zauważalny również w systemie dowodzenia obroną.
Bohaterami powieści Plievier uczynił kilkunastu żołnierzy Wehrmachtu, z których większość uśmiercił. Padli w boju lub zmarli z ran i odmrożeń, nie otrzymawszy właściwej (bądź żadnej) pomocy lekarskiej. Postacie te były autentyczne lub autor wprowadził je do powieści na podstawie konkretnych pierwowzorów. Owi bohaterowie książki to żołnierze w stopniach od szeregowca do generała – różnego pochodzenia społecznego i wykształcenia, różnych światopoglądów oraz oczywiście różnych charakterów. Generalnie, z małymi wyjątkami, odważni i dobrze sprawujący się na polu walki. Swojego Führera przestawali szanować na ogół dopiero wtedy, gdy uświadomili sobie iluzoryczność odsieczy i nieuchronność klęski. Autor pokrótce przedstawił też ich wcześniejsze losy, zanim trafili pod Stalingrad. Kilku wysłano tam drogą lotniczą, już podczas oblężenia. W tym niektórych na własną prośbę – uroili sobie, że uczestnictwo w bitwie stalingradzkiej zapewni im wysokie odznaczenia bojowe i przyspieszy drogę awansową. Oczywiście po odblokowaniu kotła, w co święcie przed wylotem uwierzyli.
Reasumując, książka przedstawia niezwykle realistyczny obraz kilkudziesięciu dni walk w oblężeniu, jak też zawiera opisy różnych żołnierskich zachowań, charakterów i refleksji wywołanych tragiczną sytuacją. Miłośnicy dobrej literatury pola walki na pewno się nie rozczarują. Jak dowiedziałem się z powołanej na wstępie notki w Wikipedii, „Stalingrad” to tylko jedna część wojennej trylogii Plieviera, pozostałe to „Moskwa” i „Berlin”. Tych dwóch innych nie znam, zdaje się, że nie było ich polskich wydań.
Czytałem jak najbardziej w czasach współczesnych - w bieżącym stuleciu. Przyłączam się do opinii: warto przeczytać. Mocna rzecz! Do dziś pamiętam opis jak żołnierze niemieccy zaglądają do wagonów i odkrywają ich przerażającą "zawartość". Oraz to, że jeden z bohaterów tej powieści był wcześniej strażnikiem w obozie dla jeńców radzieckich. I ten finał, gdy ślady dwu bohaterów dołączają do tysięcy innych wyznaczających szlak wędrówki jeńców niemieckich do niewoli po kapitulacji - po latach powróci z niej tylko 6 tysięcy "Stalingradkaempfer"...
Poniższy tekst znajdzie się w mojej „Czytelni Książek Historycznych” dopiero za parę tygodni. Premierę ma dziś tu.
Robert Walenciak „Gambit Jaruzelskiego. Ostatnia tajemnica stanu wojennego”
Wydawca: Fundacja Oratio Recta, Warszawa 2021
Trudno tę książkę sklasyfikować formalnie. Stanowi po części reportaż historyczny, można ją określić jako literaturę faktu, ale też składają się na nią osobiste wspomnienia i opinie głównych dramatis personae wydarzenia, którego 40-tą rocznicę obchodziliśmy dnia 13 grudnia 2021 r. Autor prezentuje się jako niezależny komentator poszukujący wyłącznie prawdy, bez znaczenia jakiego odcienia politycznego by ona nie była. I prawdę tę odkrywa, m.in. dokładnie analizując dostępne po latach radzieckie dokumenty. Nie bez kozery napisałem: dokładnie. Robert Walenciak demaskuje m.in. manipulatorskie czynności niektórych naszych historyków, którzy ze stenogramu dyskusji z posiedzenia Biura Politycznego KC KPZR w dniu 10 grudnia 1981 r. wysnuli „rewelacyjny” wniosek, jakoby Związek Radziecki nie zamierzał zbrojnie w Polsce interweniować. A zatem, w domyśle, tłumaczenie gen. Jaruzelskiego, iż stan wojenny zapobiegł takiej interwencji, wg nich nie wytrzymuje krytyki. W książce dokładnie są zacytowane fragmenty ww. stenogramu, z premedytacją pominięte przez owych historyków. Całość dostępnego tekstu dowodzi, że towarzysze radzieccy, i owszem, podjęli wówczas decyzję o nieinterwencji, lecz chodziło wtedy o rezygnację z wkroczenia do Polski wojsk Układu Warszawskiego równocześnie z wprowadzeniem w Polsce stanu wojennego (którego datę w dniu posiedzenia politbiura już na Kremlu znano). Czyli nie była to decyzja o nieinterwencji w ogóle, lecz tylko rezygnacja z przygotowanej interwencji „wspomagającej”. Natomiast groźba wkroczenia do PRL „sojuszniczych” sił zbrojnych ZSRR, w politycznym towarzystwie dywizji czechosłowackich i enerdowskich, pozostawała cały czas realna – w razie niewprowadzenia w Polsce stanu wojennego, bądź jego niepowodzenia.
Autor dokładnie przeanalizował ówczesną rolę Polski w polityce międzynarodowej, gdzie byliśmy bardziej przedmiotem niż podmiotem. Przez nasz kraj wiódł najkrótszy szlak zaopatrzeniowy dla ok. 400 tys. żołnierzy radzieckich stacjonujących w NRD. Także około ich 100 tys. ulokowano w Polsce. Jedni i drudzy dysponowali strategiczną bronią jądrową. I nie chodziło przecież tylko o wojskową logistykę (transport, zaopatrzenie, etc.) w okresie pokoju. Trwała tzw. zimna wojna, w każdej chwili mogąca się przerodzić w rzeczywistą. Niedawno oglądałem na kanale TVP Historia odcinek cyklicznego programu pt. „Archiwum zimnej wojny”. Odcinek ten dotyczył pierwszych lat 80-tych i przygotowań w tym czasie do ofensywy wojsk Układu Warszawskiego przez terytorium Polski w kierunku północnych Niemiec i Danii. Twierdzenie, że na Kremlu AD 1981 pozwolono by na wyplątanie się PRL z gorsetu wspólnoty „demoludów” świadczy albo o złej woli głosicieli takiego poglądu, albo o ich polityczno-historycznej ignorancji. Nie bez znaczenia pozostawały też dla władców ZSRR, Czechosłowacji i NRD względy ideologiczne – wszak polska „zaraza” (Solidarność) mogła się rozprzestrzenić na kraje sąsiednie niczym współczesny covid-19 w mutacji omikron.
Wyraz „gambit” posiada dwa znaczenia. Drugie, to nieszachowe, wytłumaczone jest jako (cyt. str. 197 w: „Słownik 100 tysięcy potrzebnych słów pod redakcją profesora Jerzego Bralczyka”, Wydawnictwo Naukowe PWN, Warszawa 2005): „działanie ryzykowne, podjęte w celu stworzenia korzystnej dla siebie sytuacji”. Jakiż był zatem ów tytułowy gambit Jaruzelskiego? Pozwolę go sobie, tak jak to zrozumiałem z lektury książki, wypunktować.
Perfekcyjne (z punktu widzenia organizacji i logistyki) przygotowanie i przeprowadzenie operacji stanu wojennego. Także uzasadnione choć bardzo ryzykowne zwlekanie z decyzją o jego wprowadzeniu, ponieważ mogło to wyczerpać cierpliwość Breżniewa i jego świty.
W polityce wewnątrzpartyjnej pozbawienie realnej władzy tych towarzyszy z polskiego politbiura, których zidentyfikowano jako faktycznych radzieckich agentów, kontaktujących się z ambasadorem ZSRR i z wojażującymi po Polsce (jawnie bądź incognito) radzieckimi generałami. Jaruzelski ów czołowy tzw. beton partyjny wtedy jedynie skutecznie zneutralizował, pozbył się zaś go całkowicie dopiero w połowie lat 80-tych.
W polityce wewnętrznej brak możliwości i chęci Jaruzelskiego do dogadania się z Solidarnością, niezamierzającą dać się uczynić partyjną przybudówką na wzór peerelowskiej Centralnej Rady Związków Zawodowych (CRZZ). W kraju szalał kryzys ekonomiczny, w sklepach zaczynało brakować już w zasadzie wszystkiego (doskonale to pamiętam z autopsji). Zdesperowani pracownicy byli podatni na wszelkie hasła antyrządowe, antypartyjne i antyustrojowe. Ciągle albo strajk, albo pogotowie strajkowe. Chciano pracować jak w socjalizmie, ale zarabiać jak w kapitalizmie (czego bezsens wyjaśnił dopiero 10 lat później prof. Balcerowicz). Jedną z radzieckich opcji było podjęcie zbrojnej interwencji dopiero po wybuchu w Polsce wojny domowej. I zapewne by do niej doszło, ponieważ ZSRR planował w 1982 r. drastycznie ograniczyć nam dostawy ropy naftowej i gazu. Bez tych nośników energii i tak ledwo dysząca gospodarka PRL by padła, a wtedy cały polski naród (głodny, nieogrzany, nieleczony, pozbawiony transportu, etc.) wyszedłby na ulice. Od owej, już zaplanowanej redukcji Związek Radziecki odstąpił dopiero po wprowadzeniu u nas stanu wojennego.
Równoczesne z ogłoszeniem stanu wojennego wyprowadzenie Ludowego Wojska Polskiego z koszar, skierowanie oddziałów (w pełni wyposażonych w broń i amunicję) na poligony oraz w miejsca blokad dużych ośrodków miejskich – dziwnym „zbiegiem okoliczności” były to rejony planowanych dyslokacji oddziałów radzieckich. W tej sytuacji, w razie podjęcia radzieckiej interwencji, naszego wojska nie można by odizolować w koszarach (jak to miało miejsce w przypadku armii czechosłowackiej w 1968 r.), a ponadto wejście „sił sojuszniczych” groziło niekontrolowanym wybuchem starć zbrojnych.
Świadomość generała Jaruzelskiego, że rozpoczęcie radzieckiej interwencji wojskowej będzie stanowić koniec jego kariery politycznej, być może też kres jego życia. Nie chcąc doczekać upokarzającego aresztowania lub nawet doraźnej egzekucji, był przygotowany na popełnienie honorowego samobójstwa (co również sugerował, w takiej hipotetycznej sytuacji, Mieczysławowi Rakowskiemu).
Reasumując polecam tę książkę wszystkim zainteresowanym okolicznościami wprowadzenia dnia 13 grudnia 1981 r. stanu wojennego w PRL i dalszego jego przebiegu. Także osobom, które – wskutek zmanipulowanej tzw. polityki historycznej – uwierzyły w urzędową wersję przekazu historycznego. Będą miały teraz okazję ją zweryfikować. Pod warunkiem, że nie cierpią na redukcję dysonansu poznawczego.
Na zakończenie jednak też i parę słów krytyki – nie orientuję się tylko, czy pod adresem autora, czy wydawnictwa. Na str. 252 i 253 znajduje się tabelaryczny wykaz sił zbrojnych Ludowego Wojska Polskiego i planowanych sił interwencyjnych. Pomylono tam rozmieszczenie pozycji w tabeli – siły LWP wykazano jako liczniejsze i lepiej uzbrojone niż oddziały radzieckie, czechosłowackie i enerdowskie razem wzięte. O tym, iż jest to ewidentny błąd, można się przekonać podsumowując dane liczbowe z poszczególnych wierszy tabeli.
Byłem w Trójmieście w czasie gdy Wałęsowie mieszkali już przy ulicy Polanki. Mogę podzielić się tylko okruchami jakie zostały mi w pamięci. Wtedy jako jeden z punktów wycieczki mieliśmy
przejazd ulicą obok domu Wałęsów.
Pamiętam, że w porcie pani przewodnik pokazywała nam rurociąg wychodzący daleko w morze(zatokę), który był zbudowany w czasach Gierka(któremu stanowczo odradzano ten projekt) i przystosowany do odbioru ropy z tankowców, których kilka sztuk wtedy mieliśmy. Sprawa była mało opłacalna i stało to prawie bezużyteczne, tankowce zaczęto wyprzedawać ale nie wszystkie. Według słów pani przewodnik gdybyśmy tego nie mieli, to ze strony ZSRR groził nam paraliż energetyczny.
Odnośnie zasadności wprowadzenia stanu wojennego, to wypowiedzi Zbigniewa Brzezińskiego potwierdzają tezy zawarte w tej książce.
Brzeziński był doradcą do spraw bezpieczeństwa narodowego USA za prezydentury Jimmy'ego Cartera w latach 1977-1981 i z tego co pamiętam,
nie miał złudzeń co do ewentualnego zachowania Moskwy.
ten rurociąg w morze to chyba była budowa portu Północnego...
Albert Wass „Czarownica z Funtinel”
Niegdyś zachęcajkę do przeczytania książki zacząłem od opisu okładki (link) a dzisiejszą zacznę od ostatniego zdania :grin:, czyli na samym początku zdradzę Wam zakończenie :mrgreen: :
„Niech ta książka będzie hołdem złożonym przeszłości, pamiątką minionych dni, drogowskazem w ludzkiej dżungli.”
I o tym właśnie jest ta powieść.
Koniec.
E tam, ściemniam – jeszcze kilka zdań skrobnę, żeby zachęcić, ponieważ wydaje mi się, że ta powieść jest u nas mało znana a moim zdaniem zasługuje na szersze zainteresowanie gdyż (i tu nie ma co ukrywać) jest fantastyczna! I to nie z tego powodu, że gdy była dostępna w księgarniach to umieszczano ją na półkach z fantastyką, jeno dlatego, że w sposób genialny przenosi czytających do czasów jeszcze niemalże dziewiczych Karpat Węgierskich (obecnie Rumuńskich):
„A kiedy już mocno zatęsknisz za pięknem, a i za tym, by móc zapomnieć o ludziach, chodź, pójdziemy w górę wzdłuż rzeki Maros!
Przy Dédzie dolina jest jeszcze szeroka, ale gdy pozostawisz za sobą piłę nieopodal Bystrego i dotrzesz tam, gdzie zielone wody potoku Galonya wlewają się do Maros, naraz gromadnie otoczą cię góry. Rzeka jest tam już płytka i wartka. Kamienie na czysto filtrują jej wody i pośród tych kamieni zobaczyć możesz przemykające pstrągi i lipienie. Podnóże lasu schodzi aż do pędzącej wody, a ze szczelin w ogromnych szarych skałach wychyla się jedna i druga słabowita brzózka i w znikającym lustrze podziwia swój biały pień.
Do Ratosnyi dolina coraz bardziej się zwęża i gęstnieje las po obu jej stronach. Wody Zsizsy wpadają do rzeki już w szpalerze świerków, a dalej, za Ratosnyą, koronkowy grzbiet Lisztes wypiętrza się niemal nad twoją głową.
Tutaj powietrze ma już swój własny zapach. Wiosną jest to aromat brzóz, latem – świerków, jesienią – buków. A jeśli napotkasz wiatr, poczujesz w nim poziomki, maliny, jagody, które wypełniają jary tam w górze. Gdy halą Kóbor wdrapiesz się na szczyt Andrenyásza i na wielkiej polanie zatrzymasz się przed kolibą węglarzy, ujrzysz przed sobą nasze piękne góry, wszystkie, każdą z nich. Na wschodzie Pietrosz, Cserbükk, Góry Kelimeńskie, na południu góry Ilva, Bélbor, Borszék, w kierunku zachodu łańcuchy łagodnych grzbietów Görgény, a na północy Tron Boży o płaskim szczycie.
I pod sobą, tam głęboko, dostrzec możesz Maros, jak w ciasnych przesmykach zakręca to w jedną, to w drugą stronę, podobna do wąskiej srebrnej wstążki. I dokładnie naprzeciw ciebie, pod Szerecsen, zamknięty pomiędzy dwiema górami o ostrych szczytach, wpada do Maros potok. To właśnie jest Szalárd. Wypływa gdzieś daleko w górze, na grzbietach Görgény, i z rozległego, pokaźnego obszaru przynosi z sobą wody trzydziestu kilku potoczków. Wokół niego, dokąd tylko sięgną twe oczy, wszędzie jest las. Tylko las. I nigdzie twój wzrok nie dojrzy zagrody leżącej w odosobnieniu, wsi, nawet w odległości, do której przebycia potrzeba by dwóch dni.”
Za czasów młodości nie trawiłem opisów przyrody a teraz je uwielbiam. Być może wtedy zniechęcały mnie smęcenia lekturowe, do których miałem chroniczne anty nastawienie. Może było tak, że te opisy w lekturach nie były najwyższych lotów? Nie wiem i na razie sprawdzał nie będę. Za to te zamieszczane przez Alberta Wassa po prostu mnie urzekają i działają niesamowicie na wyobraźnię, wybornie odmalowując karpackie pejzaże z całym ich przyrodniczym bogactwem.
Powieść nie tylko obfituje we wspaniałe opisy szczytów, połonin, lasów, śródleśnych polan, rzek i potoków, jeleni, niedźwiedzi, dzików, głuszców i innych przedstawicieli fauny i flory ale też np. obiektów użyteczności ludzkiej:
„Taki właśnie był ten dom, który powstał na hali Komárnyik. Gdy powoli i spokojnie wznoszono jego ściany, pomiędzy ładnie pachnące bale świerkowe wbudowało się coś z ciepła promieni słońca. Z czystości błękitu letniego nieba. Z zapachu kwiatów, który unosił się tam pod drzewami niczym jakiś niewidoczny woal. Wbudowało się weń ciche gruchanie gołębi grzywaczy, gwizd drozda, gdy rankiem zataczał łuk ponad polaną, chłodne opary rosy i ten cichy, kojący szmer, jakim czasem rozmawiały drzewa, gdy po cichutku przemykał pomiędzy nimi wiatr w papuciach z mchu.”
„Naprzeciw ganku stał most. Jedyny most, który wiódł przez Maros, nad Szalárd. Zbudował go Márton, cieśla z Ilvy. Był to most osobliwy. Márton takie oto dostał zlecenie:
– Ma to być taki most, żeby przeszedł po nim koń i krowa też, ale wóz już nie!
I taki powstał ten most. Wąski na pięć stóp, z poręczą po obu stronach. Strzeliste jesionowe słupy dźwigały go wysoko nad wodą, żeby na wiosnę, gdy ruszają lody, nie zaszkodziła mu piętrząca się kra. Długi był, wysoki i wąski. Chybotał się pod nogami, a na środku wręcz huśtał się. A jednak nigdy nie było z nim problemu. Dobrze go posadowił Márton, ów cieśla.”
Któż by nie chciał mieć takiego domu gdzieś na polanie za rzeką, przez którą prowadziłby tylko taki most? Ja bym chciał :grin: ale na razie widoki na to są marne :evil: Za to dzięki lekturze tej książki , kisząc się teraz w blokowisku mogę sobie poczytać i pomarzyć o takiej hawirze.
Wracam na orbitę i zachęcam dalej:
Akcja powieści rozgrywa się na przestrzeni kilkunastu lat. Główną bohaterką jest Nuca, tytułowa czarownica, która w wyniku pewnych okoliczności , jako dwunastoletnia dziewczyna pędzi żywot sama w domu znajdującym się na znacznie oddalonej od siedzib ludzkich górskiej polanie. Historia kilku/kilkunastu lat jej życia jest głównym motywem opowieści ale występuje tam wiele innych barwnych postaci. Są to m.in. Dumitru Wilk, Gáspár, duży Dudás i mały Dudás, Iwan ryży moskal, stary Vénség, Mihály, Birtalan, Csoban, Bandilla, Ferenc, Włochatouchy, Tóderik i inni. Wymienieni powyżej to ludzie, którzy parają się różnymi zajęciami (małomówni strażnicy leśni, przepadnicy, karczmarz, bartnik) bądź psy. Kto z nich jest człowiekiem a kto psem zdradzał nie będę :) Autor powieści co pewien czas przeplata główny wątek pogmatwanymi i ciekawymi historiami z ich życia.
Wracając do głównej bohaterki to zdradzę tylko, że posiada ona pewne niecodzienne przypadłości/umiejętności, które tłumaczą tytuł i przez to pewnie umieszczano książkę w dziale fantastyka. Ale proszę się tym nie zrażać, gdyż to tak jakby umieścić książkę o indiańskich szamanach czy słowiańskich szeptuchach bądź zielarkach też w tym dziale.
Jak już wcześniej wspomniałem akcja toczy się przez lat kilka więc obserwujemy wielokrotnie zmieniające się pory roku, które autor cudownie opisał:
„Na próżno wysilały się ciemnoniebieskie lejki goryczki, żeby las uwierzył w lato: las już im nie wierzył. W głębinach jarów, w cieniu kotlin ziemia była już gotowa na przyjęcie pierwszego szronu. A powietrze było czyste i chłodne niczym stal, jakby wiatry odcedziły z niego ostatnie krople lata.
Dobre było to rykowisko. Jeszcze nawet w południe byki nie odpoczywały, tyle że pomoczyły się w błocie, tam gdzie kąpie się dzika zwierzyna, a ich porykiwania słychać było to tu, to tam, w głębinie jarów lub w drągowinie. Kiedy zaś słońce poczynało się skłaniać ku zachodowi i mgła ruszała w górę wzdłuż potoków, odzywały się wszystkie naraz. Powietrze falowało koliście, ziemia jęczała. Wieczorem byki porykiwały już z górskich grzbietów, na polanach, na płaśniach hal, dopóki tylko trwała noc, bez przerwy waliły ich racice, stukały wieńce i ryczały gardła. Od tego wszystkiego powietrze aż drżało. A odurzone byki ryły przejętą dreszczami ciszę nocy. Piękne było to rykowisko.”
„Bo jakżeż inne są wysokie góry zimą, ledwie można je rozpoznać! Tam, gdzie był nieprzebyty wiatrołom, tam jest gładki całun śniegu. Młoda choina zdaje się być raczej ośnieżoną skalną ścianą, a każda szczelina, którą wiatr wygrzebał w lesie, wabi ku sobie wędrowca, jakby była drogą, a w końcu prowadzi go w gęstwę nie do przebycia.
A kiedy nadejdzie wieczór! Kiedy wszystko staje się szare i śmiertelnie jednakowe, drzewa wręcz strzelają, trzeszczą od mrozu, a człowiek jest zmęczony, głodny i wstrząsają nim dreszcze od potu, co przymarzł do ciała. Człowiek zatrzymuje się w środku ośnieżonych szczytów i naraz dochodzi do niego ta przygnębiająca, przeraźliwa cisza, która wraz z oparami zmierzchu opada na pogrzebane w śniegu lasy. To już nie jest cisza; to już jest sama śmierć, zabójcza, wielka samotność, która niczym jakaś ogromna trumna z kości zamyka w sobie zamarznięty świat i w nim też człowieka, który stoi tam tak śmiertelnie osamotniony, że aż krew zastyga w żyłach.
Biada wówczas temu, kto się zatrzyma i zmęczony siądzie na śniegu, żeby odpocząć! Biada mu! Do rana wyciągnąłby się martwy na złudnym łożu, jeśliby go do tej pory nie pożarły włóczące się wilki. Biada temu, kto jest zmęczony i bezradny wobec spadającej nań zimowej nocy! Kogo sparaliżuje cisza. Kogo zaczaruje szarobiały bezruch. W kim nie ma siły i woli, żeby walczyć z każdą minutą. Kto nie potrafi znaleźć najodpowiedniejszej choiny, której gałęzie, niczym namiot, sięgają w dół do śniegu, nie odgarnie spod tych gałęzi lodu i białego puchu, nie nanosi do tego legowiska, ile tylko się da, świerkowych pędów. Kto jest już zbyt słaby, by zwalić kilka drzew i zbudować przed sobą ścianę, a pod ścianą ułożyć ogromny stos i przez całą bożą noc, czuwając, strzec ognia, żeby potem rankiem jeszcze bardziej zmęczony, z oczami na czerwono przeżartymi od mrozu i dymu, leczy żyw, żyw, móc dalej powędrować poprzez krainę, którą włada śmierć, poprzez góry.”
Nie myślcie sobie, że tylko przyroda i przyroda i tak do znudzenia. Fabuły opisywać nie chcę, żeby pozostawić każdemu jej odkrywanie ale zapewniam, że toczy się wartko niczym wody górskich potoków i jest pełna zwrotów i niespodziewanych zdarzeń. A wracając do przyrody (a jakże :mrgreen:) to przytoczę też opisy innych zjawisk, np. wiatru:
„Któż zna tajemnicę wiatrów tam wysoko, w krainie ośnieżonych szczytów, któż ją zna? Któż zna te zapadłe kotliny, gdzie owe wiatry kryją się w taki czas, wraz z upływem jesieni, pod wilgotną szubą deszczu, w szczelinach skał, przyczajone obok przemokniętych pni drzew? Któż je zna?
Człowiek myśli, że to już koniec świata. Każde życie powoli więdnie i pada, podobnie jak liście z potarganych drzew. Gasną światła i barwy. Z każdym dniem gęstnieje szarzyzna, chmury stają się coraz cięższe i człowiek myśli, że to koniec świata.
Po czym raptem zjawiają się wiatry. Któż to wie skąd? Któż to wie, w której kotlinie czaiły się do tej pory, pod którą skałą cierpliwie znosiły mgły i deszcze, które tam padają? A przecież wreszcie się zjawiają.
Lecz są już inne, jakżeż inne!
Nadchodzą któregoś wieczoru. Albo kiedy jest już nocka. Nie wiadomo skąd i kiedy. Raptem zaczyna gwizdać strych. Człowiek w ciemności siada na łóżku i zamienia się w słuch. I nagle do jego uszu dochodzi z daleka szum świerków. Wtedy już można wiedzieć: to one, wiatry.
Kilka chwil i trzeszczą buki. Jęczą, wzdychają. Potok wyje w głos, jary zgrzytają zębami. Skrzypią okapy w chacie, szaleje ogień w piecu. Chłodne ostrza tną przestrzenie pomiędzy belkami i wydmuchują na środek izby starannie powtykany tam mech. Człowiek czuje, że na zewnątrz coś się oswobodziło. Rozpętało się i teraz galopuje poprzez góry, obala drzewa w drągowinie i zmusza jary do płaczu, przeczesuje przemoczoną wełnę choin i batem wybija mgły z kotlin. Huczy, świszcze przez calutką noc.”
- mrozu i śniegu:
„Kto zimę zna tylko w wygodnej izbie, przy ciepłym piecu, ten nawet nie może sobie wyobrazić, jak to jest, gdy człowiek o głodzie, szczękając zębami, brnie w śniegu, zboczem w górę, zboczem w dół, pośród dzikich świerkowych borów, okrutnie daleko od miejsca zamieszkanego przez ludzi. Kiedy pot przymarza człowiekowi do skóry, a płuca rozrywa mu zimne powietrze oddechu. Kiedy przy każdym kroku człowiek zapada się na tych bezdrożach po pas, a przy tym musi uważać nie tylko na śnieg, nie tylko na mróz, ale i na samą połoninę, na bezładnie pokręcone górskie grzbiety, żeby nie zgubić się na tym pustkowiu. Bo jakżeż inne są wysokie góry zimą, ledwie można je rozpoznać! Tam, gdzie był nieprzebyty wiatrołom, tam jest gładki całun śniegu. Młoda choina zdaje się być raczej ośnieżoną skalną ścianą, a każda szczelina, którą wiatr wygrzebał w lesie, wabi ku sobie wędrowca, jakby była drogą, a w końcu prowadzi go w gęstwę nie do przebycia.
A kiedy nadejdzie wieczór! Kiedy wszystko staje się szare i śmiertelnie jednakowe, drzewa wręcz strzelają, trzeszczą od mrozu, a człowiek jest zmęczony, głodny i wstrząsają nim dreszcze od potu, co przymarzł do ciała. Człowiek zatrzymuje się w środku ośnieżonych szczytów i naraz dochodzi do niego ta przygnębiająca, przeraźliwa cisza, która wraz z oparami zmierzchu opada na pogrzebane w śniegu lasy. To już nie jest cisza; to już jest sama śmierć, zabójcza, wielka samotność, która niczym jakaś ogromna trumna z kości zamyka w sobie zamarznięty świat i w nim też człowieka, który stoi tam tak śmiertelnie osamotniony, że aż krew zastyga w żyłach.
Biada wówczas temu, kto się zatrzyma i zmęczony siądzie na śniegu, żeby odpocząć! Biada mu! Do rana wyciągnąłby się martwy na złudnym łożu, jeśliby go do tej pory nie pożarły włóczące się wilki. Biada temu, kto jest zmęczony i bezradny wobec spadającej nań zimowej nocy! Kogo sparaliżuje cisza. Kogo zaczaruje szarobiały bezruch. W kim nie ma siły i woli, żeby walczyć z każdą minutą.”
Do tej krainy sielskiej wkracza w pewnym momencie nowe, burząc dotychczasowy porządek:
„Tamtego lata zaczęli budować kolej w górę wzdłuż Maros. Wcześniej mówili, że tylko do Szászrégen, potem jednak okazało się, że zbudują ją wysoko, aż po Dédę, a to z powodu piły barona. Okolicę po prostu zalali inżynierowie, którzy przez całe lato dokonywali pomiarów i słupkami wytyczali drogę dla parowej maszyny. Niewiele dbali o to, czyją ziemię rozcinają na dwoje. Gdzie taki inżynier wbił czerwony palik, tam od tej pory ziemia służyła już nie swemu dawnemu gospodarzowi, lecz państwu. Tak mówili.
Oczywiście nocami ludzie starali się nieco poprawiać pracę inżynierów i tu i tam przesuwali paliki. Ale wszystko to w niczym im nie pomagało, a tylko sprowadzało na kark kłopoty i żandarmów. Za inżynierami stało, niczym jakiś niewidzialny potężny bóg, państwo, i ludzie musieli się nauczyć, że jest dwóch bogów.”
Widać, że miejscowi starali się jak mogli temu zapobiec ale czy im się udało i jak przebiegało wkraczanie nowego dowiecie się z lektury tej powieści.
Jest też sporo o ludzkich namiętnościach, uczuciach, uprzedzeniach, przywarach i zaletach.
Np. o ludzkiej pazerności:
„Bo wiesz, jakoś tak to jest: człowiek kręci się tu i tam po świecie, niczym jakiś niespokojny dziki zwierz, i czegoś szuka. Ale ledwie to znajdzie, już chce mieć z tego zysk, i w ten sposób wszystko psuje. Bo świat nie jest po to, żeby komuś przynosić zysk. Świat jest po to, żeby był piękny, żeby był pełen spokoju, żeby był dobry. Żeby można było w nim żyć, w znoju, jednak bez zysku. Bo sensem życia jest piękno. A zysk to najbardziej niepożyteczne słowo, jakie kiedykolwiek wymyślono. Jednak dzisiaj już człowiek w tej pogoni zaszedł tak daleko, że ilekroć zobaczy coś pięknego, natychmiast się zastanawia, jaki zysk mógłby z tego mieć. I dlatego jest tak, że to, co zbuduje, mając na uwadze ów cel, to całkiem szybko też upada. Najczęściej burzy to jakiś inny człowiek, zazdrosny o ów zysk, a na miejscu tego czegoś dawnego nie pozostaje nic, tylko plama pokrzyw: wieczny ślad po człowieku.
Także u wylotu Szalárd żyli ludzie szukający zysku, mordowali las i dzisiaj już tylko pokrzywy zachowują pamięć o nich. Ile drobnych podłości owi ludzie uronili, tyle łodyg pokrzyw wyrosło z ziemi i nadal będzie wyrastać, póki istnieć będzie świat, ku pamięci i przestrodze.
Ale to wszystko to są już nowsze sprawy. W tamtych czasach, kiedy żyli jeszcze ludzie, o których chcę ci opowiedzieć, kolej nie dochodziła w góry. Nie było również pił parowych, tylko tu i ówdzie jeden i drugi młyn wodny. Ale też i mało kto mieszkał w tamtych stronach.”
I na koniec przytoczę fragment z samego początku książki:
„Tam wysoko, ponad rzeką Maros, stoi góra Istenszéke – Tron Boży. Po jednej jego stronie rozgałęzia się potok Galonya, po drugiej płynie potok Bystry, a za nim widać szczyty Gór Kelimeńskich. Oczywiście dzisiaj nawet i tam świat nie jest już taki, jaki był naonczas, gdy Bóg przysiadł, by odpocząć pośród gór. Dzisiaj już nie przychodzi w tamte strony, gdy pragnie odpocząć. Przegnali go ludzie. Odstraszyły piły parowe, zgiełk i krzyki, hałas spowodowany wyrębem drzew, gwizdy lokomotyw; wiele zbudowanych naprędce, byle jak skleconych domów, śmieci, brud, brak spokoju i wszystko to, co wraz z człowiekiem przyszło z dolin.
Dzisiaj już tylko na górskich grzbietach i tam, gdzie biją źródła, wciąż panuje porządek. To tam, w górę, przeniosły się także jelenie i tych kilka niedźwiedzi, które ocalały. Jesienią głosy wielkich byków przenikają poprzez mgłę i słychać je nawet w dolinie. Kiedy harujący przy parowych piłach ludzie je posłyszą, przeciągają po bladych czołach brudnymi rękoma i mają uczucie, jakby coś sobie przypominali.”
Mimo, iż zamieściłem tu sporo cytatów, to nie łajajcie mnie, że zbyt wiele zdradziłem, gdyż to zaledwie trzy, cztery strony z powieści liczącej stron 877. Chciałem tylko dać miarodajną próbkę stylu pisarza, żeby każdy mógł pokosztować, czy mu smakuje, czy raczej niekoniecznie. Albert Wass oprócz tego, że był powieściopisarzem i poetą był również leśnikiem i w opisach czuć łączącą go więź z przyrodą, podziw nad jej misterium i zrozumienie zachodzących w niej cyklów. Jest pięknie, czasami wręcz baśniowo ale też bywa melancholijnie i smutno, że się nawet kilka razy wzruszyłem ukradkiem roniąc łzę w rękaw koszuli!
Jeśli komuś przypadły do gustu takie powieści jak „Leśne morze” czy „Wzgórze błękitnego snu” Neverlego, „Na wysokiej połoninie” Vincenza to jest duża szansa, że i na „Czarownicy z Funtinel” się nie zawiedzie.
Książkę polecam wszystkim przyrodolubom i miłośnikom Karpat.
Dla mnie 10/10.
Zaproponuję dwie pozycje ze znanej serii wyd.Czarne - Reportaż.
https://czarne.com.pl/katalog/ksiazki/nomadland
https://czarne.com.pl/katalog/ksiazki/karawana-kryzysu
Czytam dużo i od zawsze ale już dawno słowo pisane tak mną nie wstrząsnęło.
Zresztą przeczytajcie sami - naprawdę warto.
Może komuś się przyda: Słownik tematyczny polsko-ukraiński z PWN (Польсько-український тематичний словник) - do pobrania bezpłatnie przez dwa miesiące.