Wracamy i od razu idziemy do mavo a tam… niespodzianka, „Ten co nie pracuje 1 maja” przygotował wędzoną, w naturalnej wędzarni koło domu, karkówkę wraz z całą furą dodatków. Obiad z widokiem na pasące się konie w zagrodzie nieopodal strumyka Kniażki, z widokiem na zbocze Magury Nasiczańskiej a też i widokiem na górę Caryńską po lewej, z widokiem na słoneczne niebo i z widokiem na wszędobylską zieleń, bajka. Tak zawsze można jeść obiad a do tego jeszcze popijając australijskie wino „z kolorową żabą” o którego, już następnego dnia pani w sklepie w Lutowiskach zapytana, czy takowe jest, odpowiedziała „było, ale wczoraj był tu jeden pan i… całe wykupił”.
Każde spotkanie z Jasiem było „odpowiednio” okropione i nawet nie wiem czy te „z kolorową żabą” „całe wykupione” wypiliśmy czy nie, bo przecież było jeszcze polewane nasze włoskie i francuskie a było też lekkie musujące i były jeszcze piwne „wynalazki”. Wszystko zależało od okazji W mocne trunki nie szliśmy, te lżejsze były odpowiednie do sytuacji i trzeźwości w mowie i uczynkach.
Jako, że latarek nie mieliśmy, a w Nasicznem noce były jakieś takie bardzo ciemne, wracaliśmy do Gościńca zawsze dobrze po północy i w ciemno choć oko wykol, na macanego… jak pod stopami (też i palcami) czuliśmy trawę to znaczy „Uwaga! schodzimy z drogi”, później lekko w lewo pod górkę, jeszcze wymacać drzwi i klamkę, zapalić na chwilkę światło i już.
To do rana!... bo przecież nie do jutra
DSC00028.JPG
Cdn.