Niestety, nie umiem tak poetycko oddać urody Gorganów jak Władysław Krygowski, łatwiej mi opowiedzieć o tych bardziej przyziemnych doznaniach;-)
Wędrowaliśmy w górę strumienia, potem przez powierzchnie leśnych kikutów, dalej przez jeszcze stojące dziewicze lasy, aż do poziomu kosówkowych schodów. Tam ogarnęło mnie zmęczenie, musiałam na chwilę zalec wciskając się w płożące pędy. Za chwilę znów pięliśmy się ku wierzchołkowi, ogarniając przez plecy rosnące widoki. Upał zelżał, nadchodziła rześkość zachodu.
Formy złagodniały, gruchoty spokorniały, zieloność pociemniała, błękit stał się niebiesko-różowy. Ścieżka wiernie towarzyszyła i nie prowadziła na manowce, wkrótce doczekaliśmy się podpisanej na tabliczce Mołodej. Ktoś z podobnego mi znaku horoskopu zostawił na wieszaku czapkę;-)
Gdzieś tak za szczytem dopadły mnie kulinarne fantazje;-)
Będąc szczęśliwą posiadaczką jaj na twardo i kiełbasy rodem z Osmołody, zaczęłam dumać jak je najlepiej spożytkować w porze kolacji:-) I nagle mnie natchnęło, że ugotuję żurek. Zupę w torebce miałam, jak również ziemniaczki. Czego chcieć więcej?! Nie przyszło mi do głowy, że może zabraknąć najważniejszego składnika...
Zaczęłam w skrytości ducha przygotowywać recepturę i gotować ten maciejkowy żurek (a co mi tam pierogowy czy browarowy;-) a rozchodzący się zapach przyprawiał o zawrót głowy (stąd brak fotek, bo trudno w takich warunkach strzelać z biodra;-). Będzie ze dwie godziny trwało to platoniczne pichcenie, przeminął zachód a potem zmierzch powitał nas w leśnych ostępach. Jeszcze nie ta polana, jeszcze nie ta łąka...i w końcu Sołotwinka z jednym namiotem. Przy ognisku siedziało dwóch młodych Ukraińców. Po krótkim powitaniu przeszliśmy szybko do rzeczy czyli ustalenia miejsca poboru mokrego. Na wstępie dostaliśmy wiadro zimnej wody na głowę;-) czyli, że niżej jest tylko kałuża w dodatku rozdeptana przez zwierzęta. Optymistycznie zabraliśmy się za rozbijanie namiotu a roje meszek usiłowały zjeść nas żywcem (czerwone kropki zdobiły mę facjatę przez jakieś dwa tygodnie, podobnie swędzenie odkrytych w ten czas kończyn;-) Potem raźno ruszyliśmy w dół, w ciemność i las szukać wody. Zaraz wysiadła jedna czołówka, druga ledwie bździła niemrawo próbując oświetlić teren. Coraz niżej zagłębiając się w chaszcze, wślepiając się w czarne i nieprzeniknione usiłowaliśmy dostrzec coś podobnego do rozdeptanej kałuży...Zielsko, gałęzie, jakieś kłody, błocko...ale z niczego nie dało się wycisnąć ni kropli. I nadeszła taka chwila, że trzeba było się poddać, przyjąć do wiadomości, że tego wieczoru już nic z tego nie będzie. Powlekliśmy się ponuro do obozu, żurek rozpłynął się w niebycie a jeszcze tak cholernie chciało się pić. Został nam może kubek wody, wydzieliliśmy sobie po dwa łyki przed spaniem i cześć. Oby do jutra!:-)
Ps. Jedno zwierzę spotkałam:-) Szło jeszcze wolniej niż ja;-)


Odpowiedz z cytatem