Przed sklepem postoj planowany (trzeba dokupic wodki) i wymuszony (zabraklo benzyny). Na dodatek zaczyna lać i zrywa sie straszny wiatr. Do ekipy dołacza jeszcze jeden gosc, ktorego imienia zapomnialam ale przypuszczam, ze przy kolejnym spotkaniu nie mialabym problemow aby go rozpoznac w tłumie.



Co chwile zaglądaja tez na chwile (tzn na przynajmniej trzy stakanczyki) inni miejscowi, przywitac sie z przyjaciólmi czy zaspokoic ciekawosc co to za dziwni nieznajomi przyjechali do ich wioski. Pożeramy spore ilosci pysznych solonych rybek!



Odwiedzamy tez miejsce zwane tu "rybnym sowchozem". W srodku pólmrok, jakies biurko a na nim pełno papierow, wielkie skrzynie oraz kłebowisko kabli i ociekajacych sieci. W powietrzu unosi sie zapach tytoniowego dymu i swiezej ryby oplecionej wodorostem. Niektore ryby sa tak swieze, ze jeszcze machaja ogonkami!



Chłopaki kupuja cale naręcze małych rybek, ktore jakos tak wychodzi, ze pozniej lądują w mojej czapce z braku innego naczynia









Pogoda jakos nie sprzyja biwakowi, ktory planowalismy zrobic nad jeziorem a siedzenia w aucie chyba wszyscy maja juz dosc. Sanat zabiera nas wiec do domu swojego brata. Tak sie sklada , ze brata akurat nie ma, a jego żona i dzieci robią wrazenie nieco zdziwionych i skrępowanych nagłym najsciem krewnych, w dodatku troche juz podpitych i co gorsza w towarzystwie jakis nieznajomych i to jeszcze obcokrajowcow! Z domownikami mozna sie porozumiec wyłacznie po gruzinsku (albo ormiansku?) wiec tym samym jestesmy z toperzem troche wyłaczeni ze wspolnej rozmowy, chyba ze Sanat lub Boria nam jej kawalek przetłumacza. Czasem jednak mam odczucie, ze tłumaczenie jest mocno naciągane i selektywne typu: "Sprawilismy rodzinie wielka radosc,ze ich odwiedzilismy. U nas w Gruzji tak jest, ze wszyscy uwielbiaja przyjmowac gosci".. No a my w oczach gospodyni widzimy troche co innego...



Corka gospodarzy staje na wysokosci zadania, przerywa ogladanie telenoweli i nakrywa stól. Zaczyna tez myć i patroszyc rybki. Ja tez jej troche w tym pomagam, ale idzie mi to znacznie gorzej, tzn. ze trzy razy wolniej. No ale ja sie nie wychowalam nad jeziorem!!
Rybki zostają poddane obróbce cieplnej majacej cos wspolnego z gotowaniem, prażeniem i duszeniem. Dawno nie jadlam takich pysznych ryb, choc trzeba przyznac , ze sa paskudnie osciste!!
Ciekawa niezwykle rzecza jest tez "herbata po tabaskursku". Dostajemy od gospodyni do szklanek wrząca wode. Czekamy na jakis ciag dalszy ale nie nastepuje. Wrzatek stygnie a my nie wiemy czy wypada nam wyjac wlasne torebki i wrzucic, czy mamy chłeptac ta sama wode- czy tym samym wyjdziemy na debili. Sytuacje ratuje Sanat, ktory sugeruje, zebysmy sobie nalozyli do szklanki ktore konfitury. Czynimy to wiec, wychodzi jakas dziwna breja o straszliwie slodkim smaku, ale jest to jedyna rzecz do picia w tej chwili (no oprocz wodki oczywiscie...). A po slonych rybach chce sie bardzo pic!



Spiewamy Borii "Sto lat". Mamy wrazenie, ze strasznie sie tym ucieszyl. Sanat probuje zapamietac slowa, prosi kilkakrotnie aby mu przypomniec i calkiem niezle mu to idzie. Akurat tak sie ulozyly slowa, ze wszyscy je rozumieja, nawet nic nie trzeba tlumaczyc! Acz tylko glowna zwrotka bo o "gwiazdce pomyslnosci" juz nie są w stanie nawet powtorzyc

Impreza trwa w najlepsze, na stól wjezdzaja kolejne flaszki. Na pewnym etapie ja i toperz rezygnujemy z dalszego picia chcac jutro byc w miare zywymi ,kontynuowac wycieczke i nie powtorzyc schematu znad karpackiego jeziorka nad Białym Czeremoszem. Odmowa wymaga od nas sporej asertywnosci i hartu ducha. Niełatwo odpierac rozne namowy i zachęty, od "ale ja was tak kocham" do "ja was zastrzele" Ostatecznie wypracowujemy kompromis. My nie pijemy, ale wstajemy przy kazdym kolejnym toascie, bierzemy pelna szklaneczke w dłon, stukamy sie nia ze wszystkimi , po czym odkladamy na stół.
Bo toast jest najwazniejszy.

Na dworze juz dawno zrobilo sie ciemno, a teraz dodatkowo zerwal sie huraganowy wiatr, a my wciaz mamy wątpliwosci co zostalo postanowione w sprawie naszego noclegu. Sanat uswiadamia nas, ze spimy dzis w tym oto domu gdzie sie znajdujemy. To "letni domek" jego brata i to nie bedzie dla nikogo problem, mamy sie czuc jak u siebie w domu, jako goscie i przyjaciele rodziny. Nie jestesmy pewni czy gospodarze tez o tym juz wiedza.. (gdy Sanat nam przedstawia wizje spedzenia nocy to gospodyni patrzy na nas okrąglymi oczami nie rozumiejac ani slowa..) Mamy spore podejrzenia, ze domownicy pałaja znacznie mniejszym entuzjazmem do tego, jakze wspanialego, pomyslu.. Nie wiemy tez czy to napewno "letni domek"- wszedzie sa porozkladane jakies ubrania, garnki i inne sprzety codzienniego uzytku swiadczace ze domek jest zamieszkany i na bieżąco uzywany! Ale Sanat postanowil: Tu spimy i koniec. Jestesmy jego goscmi, on nie pozwoli abysmy sie włoczyli gdzies po nocy. Tu jest cieplo, sucho, bezpiecznie. Tu zostajemy. Koniec. Kropka.

Probujemy oponowac, ze my mamy namiot, moze postawimy go w ogrodku? Ale w ogrodku ponoc albo grządka albo gnojówka i sie nie nadaje do biwakowania. A sami raczej nic nie znajdziemy w totalnych ciemnosciach w srodku wsi.. Boria i Sanat wprawdzie proponują jako alternatywe, ze zawiozą nas autem do Bakuriani, do siebie do domu, albo gdzies "na prirodu", w jakies najpiekniejsze miejsce w calych gruzinskich gorach. Obaj niestety sa juz tak zaprawieni, ze potykaja sie o wlasne nogi wiec wsiadanie z nimi do samochodu jest ostatnia rzecza jaka sklonni jestesmy zrobic. Z dwojga złego lepiej byc nieproszonym gosciem niz przechodzic przyspieszony kurs latania na kaukaskich przełęczach!

Okolo 22 wkraczamy w pętle czasoprzestrzeni. Gospodyni idzie spac. Jej syn siedzi z nami z kwasna mina poziewując. Boria wstaje, wyglasza dlugi toast za Gruzje, za Polske, za nas wszystkich albo kogos pojedynczo. Sanat usciskuje mlodego, mowiac, ze jest mu jak syn. Wstaje z kanapy, podchodzi do drzwi, juz trzyma klamke jedna reką... Druga reke podnosi do góry i wyglasza mowe ze czas sie zbierac do domu,bo goscie z Polski sa zmeczeni a i gospodarze musza sie wyspac. Boria wypija toast, podchodzi do stołu, bierze rybe i idzie z nia w ręku w strone drzwi. Zatrzymuje sie na srodku izby i... wszystko powtarza sie od poczatku!. Sanat znow jest na kanapie a Boria przy stole z kieliszkiem w reku. I nastepny raz. I kolejny. I znów tak samo! Z ta sama melodia toastow, szurnięc nogami, iloscia krokow. Jak w "Dniu Świstaka" Tylko mijajace kolejne godziny, odmierzane przez tykający scienny zegar, sugerują, ze czas jednak plynie, przynajmniej gdzies daleko, gdzie wyprodukowano ten zegar... Bo tu nie plynie napewno.. No chyba ze plynie po jakiejs dziwnej spirali- dookola izby
Tylko mlody ziewa coraz szerzej a po godzinie ja z toperzem tez mu wtórujemy ochoczo, marzac o kawalku poduszki.
Jakos kolo 1 zdaje sie cos drgnac. Boria z Sanatem sie o cos posprzeczali. Sanat podkresla raz jeszcze , ze dzis ten dom jest naszym domem. (Chwala mu za goscinnosc, ale szkoda tylko ze tak ochoczo dysponuje nie swoim domem...) Probuje nam jeszcze skombinowac posciel i poduszki ale na szczescie udaje sie jakos wykrecic..
Razem z Boria wychodza na dwor. Udaje im sie odnalezc drzwi do auta. Ruszaja, raz do przodu, raz do tyłu. Silnik bardzo wyje albo gasnie. Ciekawe czy maja dosc benzyny czy wszystko wychlapali przez zgubiony korek.. Wiem, ze oni sa miejscowi, wiem, ze maja wprawe.. Ale jak oni beda w tym stanie wracac do Bakuriani nad przepasciami, droga stu zakretow? Jakis czas slychac ze jezdza w kółko po wsi. Nie wiem czy szukaja drogi na przelecz, benzyny czy wiecej wodki? Syn gospodarzy znika natychmiast w ciemnej bramie domu obok..

Zostajemy sami.. W jakiejs ciemnej gruzinskiej wsi, w domku nieznanych ludzi z ktorymi nawet nie potrafimy sie porozumiec... Noz coz.. Chcialam przygod i gruzinskiej goscinnosci - to je mam
Wychodze do kibelka. Noc jest pogodna ale nie ma ksiezyca. Wokol totalnie namacalna ciemnosc. Tylko w swietle latarki ucieka mi spod nóg z dziwnym kwikiem jakies kotopodobne jasne futerko. Przelatuje nad domem ogromny ptak, łopocąc skrzydłami. Łopocą tez na wietrze drzwi do kibelka i stodoły. Świszcza cienkim glosem pordzewiale drzwi od komorki. W srodku cos sie rusza, chrząka.. Moze to koza? Moze to wiatr? Moze mi sie zdawalo? Szybko czmycham do domu. Wiatr duje na zewnatrz jakby chcial drzwi i okna wepchnac do srodka.. Jest godzina druga...
Jakos nie moge spac. Co chwile sie budze. Męcza mnie jakies dziwne sny. Ani złe ani dobre. Jakies takie pogmatwane i irracjonalne- jak sytuacja w ktorej sie znalezlismy..
O 5 rano budzi nas swiatlo i szeleszczenie w izbie. To synowie gospodarza wyciagaja z roznych kątow, a takze spod naszych plecakow rozne fragmenty swojej garderoby.. Co robic? Udawac, ze spimy? Podniesc glowe ze spiwora, usmiechnac sie i powiedziec "dzien dobry"? Rowniez wstac, ubrac sie i wyjsc? Tylko gdzie? Za oknem czarna noc.. Wybieramy wersje nr 1- udajemy ze spimy. Chlopaki sprawnie sie ubieraja i wyruszaja w strone swoich obowiazkow. Spimy dalej. Przed 7 zaczyna zagladac gospodyni i pochrzakiwac. Potem po cichu wybiera popiol z pieca. Widac chce zaczac cos gotowac bo przyniosla wielki garnek. A tu plecak toperza oparty o piec.. Trzeba stad spadac... Ale jedno jest pewne! Nasza nieco dziwna impreza miala zbawienny wplyw na moje zdrowie. Budze sie i czuje jak mlody Bóg! Przeszedł katar, kaszel, ból glowy i drapanie w gardle! Jestem makabrycznie niewyspana ale zupelnie zdrowa!

Gdy wychodzimy z domku do srodka izby wslizguja sie dwie kury! Toperz probuje je przepedzic. Jedna sie udalo wyprowadzic spowrotem na podworko. Druga, mam nadzieje, ze wyszla sama. Bo toperz jej w pokoju nie znalazl.



Czerwone promienie slonca podnosza sie zza gor i oswietlaja jezioro. Rzadko mam okazje ogladac wschod slonca i to jeszcze w takich pieknych okolicznosciach przyrody. Choc oczy sie kleją a gęba sie drze z niewyspania to zachwyt nad ta wsia nie ma granic! Chałupki, stodółki, stogi, spichlerzyki, wszystko stłoczone na cyplu wychodzacym w jezioro, ktorego rowna tafla odbija promienie budzacego sie dnia.
Horyzont zamykaja wielkie czarne szczyty gór, przez ktore przelewaja sie mgly.