Wieczorem mijaja nas wracajace z pola traktory oraz stada krow. Z jednym stadkiem gospodarze maja spory problem, nie moga go zagnac do wsi. Krowy przechodzily akurat przez zdziczaly sad, caly wypelniony dywanem strasznie kwasnych jabłek. (Wiem, probowalam. Uwielbiam kwasne jabłka ale tych sie zjesc nie dalo..). Juz kiedys na wsi w Bieszczadach widzialam, ze takie dzikie, lekko nadgniłe jablka to dla krow najwiekszy przysmak. Bydlątka maja wiec ogolnie gdzies popedzanie ich bacikami i glosne pohukiwanie opiekunów. Żarłocznie pochłaniają wiec jabłuszka, grzdykajac i ksztuszac sie z łapczywosci.



Jako ze mamy benzyne wreszcie mozemy sobie ugotowac duzo zarcia i do woli herbaty. Wczoraj mielismy strasznie dziwne doswiadczenia z gazowa butla. Wiem, ze bylo zimno, wiem ze byl wiatr! Ale przez ponad godzine nie moglismy zagotowac porzadnie wody, mimo zawiniecia w karimate.. Woda byla z dosc niepewnego zrodelka wiec chcielismy aby sie chwile pogotowala. A tu woda zaczynala lekko bulgotac, na sekunde, dwie i przestawala.. I znowu oczekiwanie 10 minut na pare bąbelkow i dalej nic.. Nigdy nam sie jeszcze takie cos nie zdarzylo.. W koncu po godzinie sie poddalismy, zalalismy makaron ciepla wodą i zjedlismy taki pol twardy bo oczywiscie nie zmiękł odpowiednio niezalany wrzatkiem..

Benzyna kopci niemilosiernie, zaraz cala maszynka i my jestesmy upaprani w sadzy. Ale herbatka i cieple zarcie jest w 5 minut. Kuchenka jest z nami na drugim wyjezdzie a juz zdążylismy sie bardzo do niej przywiązac i ogromnie ją polubic. Dziś nadalismy jej imie- bedzie sie nazywac "Marusia".





Dzis niestety zaden pasterz nas nie zaprasza na barana...

Rano udaje sie złapac stopa do Achalkalaki, jedziemy z bardzo malomownym kierowca.
W Achalkalaki jest fajna stara twierdza, niektorzy mowili, ze raczej warowny klasztor. Tak sobie mysle, ze jakby to bylo w Polsce to pewnie zaraz obok by byla budka z hot-dogami i napojami dla turystow. A okazuje sie, ze i tutaj jest podobnie! Niedaleko przy twierdzy stoi sobie baraczek a w srodku trzech facetow popija wodeczke.



Toperz zaglada do srodka i zaraz dostaje kielonka oraz bulke z parowka. Ja rowniez. Podzamkowy "hot-dog po achalkalacku" jest wyjatkowo smakowity!





Probuje sie popisac znajomoscia paru gruzinskich slow. Okazuje sie jednak, ze nasi wspoltowarzysze sa Ormianami i wolą rozmawiac po rosyjsku, a na dzwiek gruzinksich slow krzywia sie z obrzydzeniem. Kurcze! nie wpadlam na to aby nauczyc sie choc jednego slowa po ormiansku! Ciezko sie polapac na tym Kaukazie w tych ich wzajemnych antypatiach! Gruzini lubia Azerów, a z Ormianami i Rosjanami sie nie lubią.. Ormianie nienawidzą Azerów ale za to lubia Rosjan. Czeczenów nikt nie lubi, no moze troche Azerowie. Wszyscy lubia Turkow bo robia z nimi interesy i sprzedaja im barany! Pasterz wczoraj nam jeszcze mowił ze Kachetyjczycy, Adżarowie i Swanowie nie do konca są Gruzinami i maja swoj język, kulture i z Gruzją niekoniecznie sie identyfikują.. Ale w tym to sie zaczne łapac pewnie dopiero jak bede tu dziesiaty raz ;-)
Kolesie z barakowozu nic nie sa nam w stanie pomoc w sprawie lokalizacji mostu z wagonu, ktory pamietam z jakiejs relacji i gdzies tu, w Achalkalaki powinien sie znajdowac.

Idziemy na twierdze, ktora malowniczo sobie stoi na gorce. Bardzo dogodne miejsce na biwak by tu bylo! Cudny kraj do wolnej włóczegi- wszedzie mozna biwakowac, na stopa chca zabierac..









Z twierdzy najbardziej nam sie podoba budynek z kopuła. Mozna wejsc do srodka. Po ilosci nawozu na ziemi widac , ze czesciej od turystow bytuje tu bydelko.









Toperz zostaje na twierdzy z plecakami a ja ide do pobliskiego kafe po piwo. Otwieram drzwi baru a tam schody prowadzace na gore. Na gorze dlugi korytarz, jedne drzwi otwarte. W srodku kanapa, stolik, szafka, telewizor. Widac jakis hotelik. Na scianie w korytarzu wisi kartka a na niej napis "kafe-bar" i strzalka. Ciągne wiec za klamke najblizszych drzwi... a tam... jakas parka sobie w najlepsze baraszkuje! Zupelnie nie przejmujac sie naglym najsciem i nieproszonym gosciem w drzwiach.. Eeeeeeee.. Tak jakos wyszlo, ze trafilam wlasnie przypadkiem na lokalny burdel! Z konca korytarza przybiega jakas babka i wskazuje mi drzwi do wlasciwego baru. Zaczyna tez bardzo przepraszac za zaistniala sytuacje i lekkomyslna pracownice, ktora nie zamknela drzwi od pokoju. Babka tłumaczy mi tez, ze to budynek dla kierowcow, głownie tirowcow z Turcji. Maja tu co dusza zapragnie- full wypas! Jest wulkanizacja, czesci zapasowe do ciezarowek, mechanik, hotel, bar i oczywiscie panienki. "Tak, tak, Turcy uwielbiaja nasze piekne ormianskie dziewczyny! I nasze barany! Jedno i drugie wychowane tu, w naszych Gorach Samsarskich!". Przychodzi sie tez przywitac wlasciciel obiektu, bardzo dumny z szerokiego asortymentu proponowanych usług. Mowi, ze lubi Polaków i jesli jacys koledzy z mojej ekipy chcieli by skorzystac z usług- to 50% znizki!!! Pyta tez gdzie reszta ekipy. Mowie mu wiec , ze ekipa niewielka i tylko jest moj mąż, ktory czeka w twierdzy na piwo, ktore mam przyniesc z baru. Tu twarz burdel-taty sie rozpromienia! Zaraz woła swoja żone i widze, ze stawia mnie za przyklad odpowiednich zachowan w rodzinie
Pytaja tez czy bylismy juz w Armenii, bo tam pieknie, ciekawe zabytki i mili ludzie. Mowie im wiec, ze po co jechac do Armenii skoro w Gruzji sami Ormianie! Na tym etapie oboje rzucaja mi sie na szyje, wznoszac okrzyki o polsko-ormianskiej przyjazni!
Pytam o most z wagonu. Tłumacza mi, ze to zapewne gdzies kolo ruin rosyjskiej bazy wojskowej- wiec brzmi zachecajaco.
Babka odprowadza mnie do drzwi "coby zaden klient mnie nie zaczepil"

Obiekt pt: "wszystko dla kierowcow" prezentuje sie tak:



Wracam na twierdze. Jest kupa smiechu jak opowiadam toperzowi moja przygode. Wypijamy piwko z widokiem na stare kamienne mury i nowsze jakies ruiny postindustrialne , zamykajace płowy, pylisty horyzont.



A wokół góry, wąwozy i ogolnie cala okolica bardzo nam przypadła do gustu:





Obkupujemy sie na targu w rozne pysznosci. Jedno jest pewne- Achalkalaki zostanie nam w pamieci jako najmilsze i najbardziej przyjazne miasto na trasie naszej włóczegi. Wszyscy chcą nam tu pomóc, zagadują, usmiechaja sie i zycza wszystkiego najlepszego na przyszlosc, udanej wędrowki, zdrowia i szczescia do piątego pokolenia! Nie wiem czy ma to jakis zwiazek, ale nie spotkalismy tu zadnego turysty.. (no chyba ze mianem "turysty" nazwac tureckich tirowcow ;-) )