Zjadamy pierozki w malutkiej przybazarowej knajpce. Na zapleczu jest bardzo klimatycznie, babka lepi ciasto, dymi żeliwny piecyk, skwiercza osmolone wielkie patelnie.





Szukamy dalej mostu z wagonu. Miejscowi robia wrazenie jakby kompletnie nie mieli pojecia o jakim miejscu mowie.. Kazdy chce nam pomoc i kazdy kieruje nas w inna strone. Trafiamy do wiszącego mostu nad wąwozem albo do starego wagonu kolejowego w czyims ogrodzie. Po kilku godzinach poddajemy sie. Nie bedzie mostu z wagonu. Ale plus taki , ze dokladnie obejrzelismy cale miasteczko obchodzac go kilka razy dookola.











Wychodzimy serpentyna z miasta i na zakrecie probujemy łapac stopa w strone skalnych miast. Lapanie stopa w tym kraju to bajka, poezja po prostu!! Nawet jak ktos nas nie moze zabrac to czesto sie zatrzymuje, pokazuje ze nie ma miejsca, albo mowi, ze jedzie w inna strone. Jakos tu nikomu nie przeszkadzaja ani wielkie plecaki ani odrazajace elementy wygladu , ktore muszą napawac panicznym strachem lub odrazą 99% polskich kierowcow.

Gdy suniemy juz autem w strone Kertwisi, pare kilometrow za miastem, mijamy nasz most z wagonu. Mignął tak szybko, ze nawet nie zdążylam zrobic zdjecia...



C. D. N.