Mieczysława Orłowicza opowiastki z 1907r.
"
Siedemdziesiąt cztery kilometry w osiemnaście godzin.
Na mie wypadło prowadzenie 5-dniowej wycieczki w pasmo Czarnohory w drugiej połowie czerwca [ 1907 ], a więc w porze trochę niefortunnej, bo w okresie słót świętojańskich. W r. 1906 owa niefortunna wycieczka na Czarnohorę pozwoliła zapoznać się tylko z zachodnią częścią pasma, gdyż śnieżyca ściągnęła nas wówczas ze szczytu Munczeła na stronę południową, w dolinę górnej Cisy i stamtąd doszliśmy do kolei. Wschodniej części pasma ze szczytem Pop Iwana nie zwiedziliśmy wcale. Nie widzieliśmy doliny Czeremoszu ani Żabiego, ani też najpiękniejszej wsi huculskiej, położonej w tej dolinie. W dodatku trzeci dzień wycieczki odbywaliśmy w ulewnym deszczu, a w górnej części przy śnieżycy, która nie pozwalała nam dojrzeć krajobrazu. Postanowiłem raz jeszcze zaryzykować drugą wycieczkę na Czarnohorę, licząc na lepszą pogodę. Pogoda tym razem była, co prawda, nie tak zła, jak poprzednio, ale nie najlepsza. W czwartym dniu przyszliśmy z Żabiego do Worochty dobrze przemoczeni i straszliwie zabłoceni.
Tym razem frekwencja nie była już tak liczna jak w przeszłym roku. Zebrało się nas tylko 18 osób, wyłącznie mężczyzn, jak w ogóle na wycieczkach w 1907 roku. Pojechaliśmy koleją ze Lwowa przez Stanisławów do węgierskiej stacji granicznej Jasiny ( Korosmoso ), tutaj zjedliśmy w restauracji kolejowej obiad i wyruszyliśmy dość ostrym tempem do góry przez Szezę (1564m), Pietrosul (1848m) na Pietrosza (2022m). Ponieważ tym razem w wycieczce wzięli udział koledzy dobrze wyekwipowani, nie bojący się marszów nocnych i wprawieni już w chodzeniu po górach, zaryzykowałem z Pietrosza, przez szeroką przełęcz, marsz nocny na nagą zupełnie i stromą Howerlę (2058m).
Na Howerli, gdzie stanęliśmy o wschodzie słońca, przy wspaniałym widoku na góry, nie mogliśmy dojść do porozumienia co do dalszego marszu. Większość uczestników chciała proponowaną przeze mnie drogę skrócić i dostać się prędzej do Żabiego. Mniejszość natomiast chciała pójść ze mną trasą o jakieś 30-40 km dłuższą. 11 kolegów poszło więc trasą krótszą przez Żabie, a na czele tej grupy postawiłem bywalca w tych stronach, kol. Matreńczuka. Ta grupa doszła trochę prędzej, skracając odpoczynek na Howerli, grzbietem granicznym przez Szpyci (1866m), gdzie jest dział wód dorzecza górnego Prutu i Czeremoszu, tam porzuciła grzbiet graniczny Czarnohory i przez Kostrzycę (1565m) - na której szczycie stanęło potem schronisko harcerskie - zeszła do Żabiego i rozlokowała się w istniejącym tu od dawna, ale słabo frekwentowanym Dworku Czarnohorskim, stojącym w centrum Żabiego, w przysiółku Słupejka nad Czeremoszem. Można tam było przenocować i nie najgorzej zjeść.
Żabie wprawdzie było wsią, ale faktycznie jego centrum, zamieszkałe przez znaczną liczbę żydowskich kupców, nosiło charakter miasteczka. Mieścił się tu sąd, urząd podatkowy, mieszkał notariusz, lekarz, był szpital, apteka, kilka sklepów i wcale dobra reatauracja Gertnera, którą do dzisiaj wspominam z sentymentem, gdyż starając się o popularność swojej firmy wśród lwowskich turystów, dawał on tak znakomite obiady i kolacje, że nie powstydziłaby się tych potraw, szczególnie ryb, najlepsza restauracja lwowska.
Grupa prowadzona przeze mnie składała się tylko z 7 kolegów. Byli to bez wyjątku dobrzy piechurzy. Szliśmy grzbietem granicznym dalej, poza Szpyci. Jeszcze przed Szpyciami przeszliśmy po znanych nam z poprzedniego roku szczytach Dancerza (1822m) i Turkuła (1935m), na których w tym roku, wobec późniejszej pory wycieczki, nie było już pięknych nawisów śnieżnych które zdobiły Czarnohorę przed rokiem i których używaliśmy do zjeżdżania. Nastąpiły Szpycie, a za nimi znany nam już z ubiegłego roku Gutin Tomnatyk (2018m) i Munczeł (2002m), któremu dopiero w tym roku mieliśmy czas się przyjrzeć. Zobaczyliśmy południowe jego zbocze, a dalej w lesie rysowało się zagłębienie, spadające w dół bardzo stromo. To była owa fatalna dolina górnej Cisy, przez którą z takim trudem, brnąc po potoku chętnie schodziliśmy do klauzy Balzatul. Jak niewinnie wyglądało w dole ukryte wśród lasów modre jeziorko. To była owa klauza, w której przyjęto nas tak gościnnie i w której niemal połowie naszego towarzystwa spalono w piecu buty.
Tym razem nie mieliśmy zamiaru schodzić w dolinę na stronę węgierską. Szliśmy dalej grzbietem granicznym, który prowadził wciąż w kierunku południowo-wschodnim. Na końcu pasma, z dala widoczny wznosił się stromo nad okoliczne szczyty wschodni bastion Czarnohory - Pop Iwan (drugi co do wysokości na Czarnohorze). Stąd skończył się marsz szczytami na wysokości 2000m, gdyż grzbiet graniczny opadał mocno w dół na poziom około 1500m, tj. z wysokości połonin, porosłych tylko trawą, na wysokość górnych partii lasu. W tej okolicy stanęło bardzo rzadko odwiedzane przez turystów schronisko "Na Poliwnym"
(nazwa połoniny), które wystawił oddział Czarnogórski [sic!] TT w Kołomyi w r. 1881 na gruncie darowanym przez właściciela. Było ono tak słabo odwiedzane, że około 1900 r. ukazał się nawet w "Pamiętniku Towarzystwa Tatrzańskiego" artykuł jakiegoś zamiłowanego w tych stronach turysty, w którym pisał on, że schronisko wobec braku turystów Huculi zamienili na stajnię dla owiec i tak zabrudzili, że nie nadaje się na noclegi, tym bardziej że wynieśli oni zeń drzwi i okna do wsi, gdyż owcom nie były potrzebne. [.....]
Z "Poliwnego" zeszliśmy do sztucznego jeziora Szybenego, ukrytego w dolinie Czeremoszu, używanego do spływu tratw, który w dolinie Czeremoszu odbywał się stale w miesiącach letnich - o ile sobie przypominam - dwa razy w tydzień w określonych dniach. Nie trafiliśmy jednakże na dzień takiego spuszczania wody i nie skorzystaliśmy z możliwości jazdy tratwami. Nie mieliśmy też czasu czekać do dnia , kiedy woda popłynie. Przenocowaliśmy w zakładzie kąpielowym w Burkucie, zbaczając 6 km od nadleśnictwa w Jaworniku. Nie mieliśmy nawet czasu zboczyć do najdalej na południe wysuniętego przysiółka Żabiego, czy też Hryniawy, którym były Szykmany, bardzo malowniczo położone w dolinie Probijny, której nazwa pochodzi od tego, że ten potok, tworzący wspaniały wodospad, próbuje się przedostać przez skalisty wąwóz dopływu Czeremoszu. Wieś posiadała przed wojną wyjątkowo malownicze chaty huculskie, gdzie w czasie późniejszych wycieczek chętnie nocowaliśmy.
Idąc z Czarnohory doliną Czarnego Czeremoszu w górę rzeki do Burkutu minęliśmy kilka wiosek huculskich, które spotykało się mniej więcej co 8 km. Nie były to wioski samodzielne, ale przysiółki Żabiego. Tylko niektóre z nich zapamiętałem z nazwy, jak np. Bystrzec, Wołowy, Jawornik, Zełene, Szybene i Burkut. W niektórych z nich były karczmy, skromnie zaopatrzone. Najczęściej nie można było w nich niczego dostać prócz wódki ( nawet nie było piwa lub chleba ). Chleba w Żabiem w ogóle nie wypiekano, zastępowały go placki z mąki kukurydzianej, zwanej przez Hucułów kułeszą. Ową kułeszę gotowano nam do mleka. I to było całe jedzenie, jakie można było tu dostać w czasie dwudniowego marszu w górę rzeki do Burkutu i w dół rzeki do Żabiego Słupejki. Zresztą Żabie stanowiło osobliwość w swoim rodzaju, bo było największą co do obszaru wsią b. Galicji. Miało przeszło 600 km kw. powierzchni. Nim zobaczyłem Żabie, myślałem, że to jest wieś, której ulice ciągną się na przestrzeni kilkunastu km, ale gdy przeszedłem Żabie od końca do końca, przekonałem się, że były to właściwie samodzielne wsie (kilkanaście), oddzielone od siebie górami i lasami, w ogóle nie zamieszkałymi na przestrzeni ok. 10 km. Żabie stanowi faktycznie gminę zbiorową. Jest to raczej pojęcie dużego terytorium, niemal wielkości powiatu, które zamieszkiwało zaledwie kilka tysięcy ludności.
Za owych czasów Huculi nosili jeszcze wspaniałe stroje ludowe z przewagą koloru czerwonego. Huculi wyjątkowo chodzili pieszo, na co dzień jeździli konno, i to zarówno po drogach jezdnych w dolinie Czeremoszu, jak i ścieżkach zwanych płajami, które prowadiły grzbietem gór. Nie rozstawali się z fajkami, które były charakterystyczną cechą tego regionu. Chaty Żabiego były położone tak wysoko, że zboże tam się nie udawało, ziemniaki wyjątkowo, owsa było niewiele, żyta i pszenicy wcale, a głównym źródłem utrzymania było bydło i owce, wypasane zimą we wsi i karmione sianem zwożonym z licznych łąk, zwanych w terenach górskich połoninami. Siano to przechowywano w zimie nie w stodołach, ale w stojących na wolnym powietrzu, niczym nie przykrytych stogach. Otaczano je wysokim parkanem z długich drągów o grubości i długości dyszla, które to płoty nazywano "woryniami".
W czasie pierwszej wycieczki na terenie huculskim niewiele widziałem, idąc wciąż doliną Czeremoszu, a nie grzbietami gór, ale w każdym razie mogłem stwierdzić, że teren ten jest niezmiernie ciekawy, bardzo malowniczy, jedyny w swoim rodzaju pod względem obyczajowości, a ludność huculska jest bardzo sympatyczna, i w odróżnieniu od górali z Zakopanego nie ma zmysłu kupieckiego i nie potrafi w najmniejszym stopniu wykorzystać w celach handlowych budzącego się w tych stronach ruchu letniskowego i turystycznego.
Umówiłem się, że przyjadę do Worochty po 5 dniach wycieczki o godz. 3 rano, gdyż pociąg do Stanisławowa odchodził o tak wczesnej porze, żeby tam "złapać" połączenie z pociągiem zmierzającym z Czerniowiec na Bukowinie do Lwowa. Ponieważ grupa prowadzona przez kol. Matreńczuka nocowała w Żabiem, a ja nie zdążyłem dojść do Żabiego na czas i nocowałem w Burkucie, oddalonym od niego o ok. 41 km, zapowiedziałem moim 6 towarzyszom podróży, że musimy wyjść 24 godziny wcześniej, a zatem o 4 rano. Był to okres najdłuższych dni i najkrótszych nocy w roku, toteż gdy wychodziliśmy o 3 rano z Burkutu, już świtało. W Jaworniku czy Szybenem przyłączył się do nas pięknie ubrany Hucuł, udający się również do Żabiego, gdzie miał jakieś interesy w sądzie. Zabawiał nas przez cały czas rozmową, którą na ogół rozumieliśmy, chociaz od czasu do czasu wplatał w nią jakieś słowa z gwary huculskiej, dla nas niezrozumiałe. Ale był w naszej grupie pewien Ukrainiec, którego nazwisko wyleciało mi z pamięci (a w posiadanych notatkach nie mam spisu uczestników wycieczek), który rozumiał wszystkie prowincjonalizmy huculskie i był dla nas tłumaczem. Ów Hucuł, młody i przystojny, opowiadał nam po prostu dziwy o swoim powodzeniu w miłości i podbojach dokonywanych na lewo i prawo. Jedną z tych opowieści zapamiętałem sobie dotychczas. Mianowicie Hucuł miał kochankę - jak oni nazywają "lubaskę" - pewną mężatkę, której zaprzysiągł wierność i zdobył jej zapewnienie, że ona będzie mu także wierna, mając tylko jego i męża. Ale po 3 miesiącach, w czasie których był tak głupi - jak sam twierdził - że był jej wierny, dowiedział się, że ona go zdradza z trzecim. Przyszedł tedy do mężą i zbił go za brak dozoru nad żoną. Mąż przeleżał w szpitalu, a teraz on idzie do Żabiego na sprawę sądową o jego pobicie. Szedł on krokiem dość tęgim i gdyby nie to, że byliśmy młodzi i zaawansowani w marszach, na pewno byśmy mu tempa nie dotrzymali, a dzięki niemu prawie na całej odległości z Burkutu do Żabiego szliśmy w tempie 8 km na godzinę, co przy 41 km po zabłoconej drodze było tempem wcale niezłym.
Do Żabiego Słupejki przyszliśmy o godz. 5 po południu i nie zastaliśmy już w Dworku Czarnohorskim kol. Matreńczuka i towarzyszy, którzy około południa poszli stąd po obiedzie, zawiadamiając, że spodziewają się być o zachodzie słońca w Worochcie, przenocują tam w Dworku Czarnohorskim i zaklinali, żeby nie spóźnić się na pociąg o 3 rano do Lwowa, bo oni już nie mają pieniędzy na całe bilety.
W tych warunkach trudno było wypoczywać w Żabiem dłużej niż godzinę. W związku z tym nie mieliśmy czasu nawet na rozejrzenie sie po Żabiem i na zobaczenie pięknej drewnianej cerkwi. Po godzinie pobytu, w czasie którego zjedliśmy kolację, wyszliśmy o godz. 6 po południu, pożegnawszy sympatycznego Hucuła, który nam powiedział swoje nazwisko. Dotychczas je pamiętam, nazywał się Ołeksa Ołeksiuk. Korespondowaliśmy z nim nawet, choć był niepiśmienny, używaliśmy go jako przewodnika i korepetytora w rozmowach ukraińskich, gdy bywaliśmy w Żabiem.
O ile w ożywionej rozmowie z Ołeksą Ołeksiukiem, która wyglądała jak opowiesci z 1001 nocy, szło się nam bardzo dobrze, o tyle 35 km drogi z Żabiego Słupejki do Worochty stanęło nam kością w gardle. Przede wszystkim zaczął padać deszcz, a droga była bardzo śliska i błotnista. Po drugie, około godziny 9 wieczorem, czyli w 3 godziny po wyjściu z Żabiego, ogarnęła nas już kompletna ciemność. O ile dotychczas, idąc przez przysiółki Żabiego: Żabie Słupejka, Żabie Ilcia, względnie najgęściej zabudowane, szliśmy jeszcze za widna lub o szarówce, robiąc po 6 km na godzinę, dzięki czemu do godziny 9 zrobiliśmy połowę drogi do Worochty, o tyle drugą połowę, przez przełęcz powyżej Żabiego-Ilcia, szliśmy nie widząc przed sobą drogi, wpadaliśmy raz po raz w kałuże, ślizgaliśmy się lub potykali o wystające z błota kamienie i przewracaliśmy się w błoto. Zmęczenie zaczęło nam dokuczać, a senność utrudniać marsz.
Do Worochty doszliśmy skrajnie wyczerpani o 3 rano, na pół godziny przed odejściem pociągu, powitani z wielką radością przez kolegów oczekujących nie tyle na nas, ile na zniżkę kolejową. Byliśmy w marszu przez pełne 24 godziny i zrobiliśmy w tym czasie 76 km.
Ale mimo tych trudów i ogromnego wysiłku wycieczka bardzo mi się podobała. Zobaczyłem całą Czarnohorę i poznałem walory etnograficzne Huculszczyzny, która później, już w okresie po odzyskaniu niepodległości, była ulubionym terenem moich wycieczek wakacyjnych, trwających po kilka tygodni. Ale w tych późniejszych latach już nie odwiedzałem Huculszczyzny niosąc plecak, ale korzystałem z pomocy Hucułów i koni huculskich, którzy wieźli nam cały ekwipunek, prowiant i naczynia do jego gotowania. Wtedy też poznałem całą urodę i piękno Beskidów Huculskich i Huculszczyzny. "


Odpowiedz z cytatem