Wyjazd rozpoczynamy pakując się do pociagu Wrocław- Lwów. Z resztą ekipy- czyli Piotrkiem i Krzyśkiem mamy się spotkac we Lwowie. Jednak póznym wieczorem okazuje się, ze nie zdążyli na planowane połączenie w Krakowie, na nasz pociąg już nie ma biletów, siedzą w Przemyslu i ogolnie są w „czarnej d...”. Nasz pociag przejezdza przez Przemyśl jakos w nocy, więc myśle, ze co szkodzi popytac obsługe czy by ich jakos nie przemycili do Lwowa w swojej kabinie albo w korytarzu. Nasz prowadnik, Stiopa, kręci troche nosem, drapie się za uchem, posapuje, mruczy ale w końcu stwierdza, ze wszystko się da, ale oczywiscie nie za darmo. Ostatecznie chłopaki w Przemyślu zostaja ulokowani w słuzbowym przedziale. Przychodzi jeszcze kierownik pociągu i podkreslajac swoja funkcje kasuje chlopakow jeszcze na 10zl. Drugiej prowadnicy tez nie podoba się , ze się kręce po korytarzu zamiast spać i gadam z chłopakami, każe mi wracac do przedziału: „bo niedługo będzie granica”. A minę to ma taka jakby też planowala na dodatkowych pasazerach ubić jakiś swoj wlasny interes
Tym samym stawiamy się we czwórke rano we Lwowie :) dobrze, ze jechały ukrainskie wagony bo z Polakami to by chyba nie było szans na powodzenie takiej akcji!
Przy dworcu zabrakło pradu we wszystkich knajpkach więc nasze plany soliankowo- pierozkowe spełzaja na niczym. Można się pocieszac jedynie dobrym, lokalnym piwem.
Kolejnym naszym miejscem przesiadkowym jest Iwano-Frankiwsk. Odwiedzam tam kibelek , gdzie od progu uderza iście niekibelkowy zapach. Przywodzi na myśl raczej indyjskie sklepy albo szkolne wycieczki, gdzie w kazdym pokoju za pomoca wonnych kadzidełek tłumiło się inne, niepożądane zapachy roznoszące się w powietrzuNa sciance międzykabinowej stoi dymiacy patyczek roznoszący wokół aromat jakiegos drzewa sandałowego (i jednoczesnie malowniczo kopcący na sufit
Na dworcu autobusowym jakos nie zauważam krawęznika, spadam z niego a przygniatana ponad 20 kg plecakiem nie jestem w stanie złapac równowagi , rozlega się nieprzyjemne „chrup” w nodze :( Na tym etapie przepuszczamy autobus do Kałusza i ogladam noge... Niby się rusza, ale boli jak szlag przy kazdym krzywym stąpnieciu no i puchnie... Pierrr*** pech- dlaczego w pierwszy dzien? Dlaczego ja zawsze muszę sobie zrobic jakas glupią krzywde? Rozumiem skrecic noge po wyczerpujacej wycieczce na ruchomym, śliskim gorganie w czasie deszczu- ale na dworcu w centrum wojewodzkiego miasta?? :( Nie pozostaje nic innego jak owinac noge mocno bandażem i dowlec się do autobusu.. A w głowie szumią same złe mysli i łzy cisna się do oczu- jest slonce, jest fajna ekipa, jest czas, jest klimatyczny plan, przed nami łany ukrainskich dzikich gór- i co teraz będzie z nasza wyprawa?
W Kałuszu odnajdujemy miła knajpkę na parterze wieżowca, malutka, niepozorna a zarcie bardzo dobre.
Marszrutka do Osmołody, która podjezdza jest chyba 3 razy za mala w stosunku do ilosci chcących się zalapac na podroz pasazerow. Jeszcze przed odjazdem jakas babka wszczyna zamieszanie w marszrutce, bo kierowca nie ma apteczki a jej jest pilnie potrzebna. Okazuje się , ze jej corka biegnac na przystanek wywalila się jak dluga i troche się poobijala. Ech... jakiś pechowy ten dzisiejszy dzien.. Piotrek dokopuje się do swojej apteczki i wspomaga babke woda utleniona i plastrami. Jak się pozniej okazuje jest to Julia, która wraz z mezem prowadzi w Osmołodzie pensjonat „Arnika”. Mimo totalnych roznic w światopogladzie dosyć sympatycznie nam się rozmawia po drodze. Julia często jezdzi do Polski, bardzo lubi Wrocław i jego galerie handlowe. W ostatnim miesiacu jezdzila tez na jakieś warsztaty w Ustrzykach, gdzie ucza się od naszych prowadzenia agroturystyki. Ciekawe, czy już się nauczyli , ze turyste w ubłoconych butach trzeba wyrzucac za drzwi na zbity pysk, nie przyjmowac nikogo na mniej niż trzy noclegi i wpuszczac pod dach tylko tych , którzy dokonywali telefonicznej rezerwacji pol roku wczesniej i koniecznie uiscili zaliczke.. A może to dopiero następna lekcja będzie? Na jesieni Julia znow jedzie na warsztaty do Ustrzyk... Opowiada nam tez o gorganskich chatkach- tej na Matachowie, która jest z roku na rok w coraz gorszym stanie oraz chatce pod Mołoda, trudnej do odnalezienia, ale bardzo przyjemnej, zadbanej i dobrze zaopatrzonej. Zaprasza nas tez w podziece na kawe, ale chyba nie skorzystamy gdyż planujemy raczej poszukac jakiegos jedzenia.
Autobus do Osmołody z Kałusza jedzie 3 godziny. W koncu ma do pokonania ok 60 km, wyboista, czesciowo naruszona przez powodzie droga. Niestety w ciagu calej podrozy nie jest przewidziany żaden postoj na kibelek. Mnie udaje się skorzystac z 5 min postoju w Broszniw Osada, acz czeka mnie przepchniecie się przez stojacy w calej marszrutce tłum ludzi i bagazu, a następnie dogalopowanie do knajpy ze skrecona noga i powrot... uffff, poczekali... I nawet cud- nikt z dzikiego tłumu nie zajał mojego miejsca- „bo tam diewuszka siedziala”..
Marszrutka podskakuje na wybojach a przez tylne niedomykajace się drzwi i dziury w dachu wpada ja tumany kurzu i pyłu. Zaczyna drapac w oczy , chrzęścic w zębach, pokrywac cienka warstwa nasze plecaki- a padajace z szyber-dachu promienie słonca przepieknie się rozszczepiaja na jego drobinach.
Po drodze mijamy mostek pełen wspomnien- to tu przed niespełna dwu laty rozsypała się skodusia, tu spalismy w rowie, tam zbieralismy srubki z asfaltu, tam Walerka biegł do lasu po drut... Czy cos się tu zmienilo? Nie mamy czasu się przyjrzec bo marszrytka żwawo niesie nas dalej.
Nagle w marszrutce na przystanku krzyk! Zaginał kotek! Mały kotek! Ciezko szukac jak ścisk taki, ze szpilke ciezko wsadzic.. W koncu go znajdujemy, pod siedzeniem- pluszowa zabawka. A maly wlasciciel kotka macha nam radosnie łapką gdy odjezdzamy...
W Osmołodzie kafe zamkniete więc udajemy się pod sklep, gdzie wyhacza nas Sasza, legitymujacy się jako lokalny przedstawiciel gorskiej ratowniczej służby. Przedstawia nam koniecznosc registracji w jego biurze i jedna osobe z dokumentem zabiera ze soba. Biuro miesci się w drewnianym, pietrowym budynku, który zawsze miałam za opuszczony. Mroczne wnętrze, skrzypiące podłogi, wszechobecne kable, które już chyba nigdzie nie prowadza. Duzy, stalowy klucz otwiera nam drzwi milego pokoju, którego sciany wylozone są mapami i zdjeciami z okolicznych gor. Sasza wyciaga duza ksiege o pożółkłych, nadgryzionych przez czas kartach. Ponoc wpisuja tu marszruty turystow od lat 80 tych (dziwne, ze jakos wczesniej nigdy na nią nie trafilam). W koncu w ksiazce ląduje i mój numer paszportu oraz trasa Osmołoda- Synewir, która Sasza przewiduje na 3 dniOgolnie bardzo przeprasza, ze mnie tu sciagnal, ale ponoc ostatnie dwa przypadki jakie im zafundowali polscy turysci, zachecily ich do takiego dzialania. Jeden to taki, ze turystka z Krakowa złamala noge na Grofie i potem probowala wystapic do lokalnej ratowniczej sluzby o odszkodowanie, bo nikt jej nie uprzedzil, ze w gorach pozna jesienia jest niebezpiecznie i nie było informacji na dole, ze szlaki są oblodzone. Drugi to jakiś mlody chlopaczek z zachodniej Polski, który nawiał z domu i znalezli go w rejonie Ihrowca. I oboje nie byli spisani w magicznej ksiazce w Osmołodzie- i Sasza mial przez nich klopoty...
Pokazuje mi też rozne mapy i zdjecia okolic, co chwile wypytujac czy na pewno mamy wlasciwy sprzet do gorskich wycieczek, orientujemy się w terenie , czy wiemy , ze w Gorganach latwo się zgubic, ze nie należy wychodzic w gory w zła pogode, albo jak jakiś uczestnik ma problemy ze zdrowiem.. I tu jakos przykuwa jego uwage moja noga- nawet się pyta czy mnie przypadkiem nie boli, bo jakos tak dziwnie chodze... Oczywiscie zapewniam, ze wszystko w porzadku![]()
Gadamy chyba z godzine- az toperz zaczal mnie szukac.
W sklepie kupujemy piekielnie drogie ziemniaki- 15 UAH za kilogram! Nie wiem co się stalo na Ukrainie z tymi ziemniakami!!
Następnie udajemy się na pole namiotowe na zakrecie, gdzie stawiamy namioty, zasiedlamy jedna wiate oraz robimy wielkie ognicho.
Jest akurat weekend więc obozuja tu tez dwie grupki miejscowych- jedni biegaja po lesie z piła spalinowa a drudzy z maczetąCi z piła są bardziej groźni – przyjechali autem więc robia dyskoteke z pola namiotowego. Muzyka umck umck bum bum niesie się po calym lesie. Ostatecznie w nocy przenosimy namioty w las, bo tu nie ma szansy zmrużyc oka.. Cala noc tez slychac nieludzkie ,bulgoczace wrzaski dwoch panienek z tej ekipy, które chyba w ten sposob chca podkreslic swoja atrakcyjnosc. Nie udalo nam się na Polesiu trafic na tokowiska głuszczow – to tu mamy przeglad innych odglosow godowych
)))
Rano budzi nas deszcz.. Probujemy przeczekac, ale wraz z upływem czasu zawleka się coraz bardziej. Wszyscy są dosyć załamani, a ja w cichości ducha niezmiernie się ciesze ta pluchowata pogoda... Jest szansa, ze dziś nigdzie nie pojdziemy i noga troche wydobrzeje :))
W mokrym namiotach zle się spedza caly dzien więc uderzamy do knajpy! Z charczacego, ciagle gasnacego telewizora pod sufitem puszczaja moje ulubione „Biełyje rozy” :) a babka przyrządza nam makaron z parówka i biała kapusta.
Poznajemy tez miejscowego leśniczego Dimę, który mowi, ze dba o porządek, sprawdza czy pole biwakowe nie jest zasmiecone, narzeka , ze nie ma jeszcze grzybow i cos chyba zgubil w lesie i tego szuka- ale czego? Mowi dosyć niewyraznie i nie wszystko jestesmy w stanie zrozumiec..
Po drodze zaczepia nas tez Sasza-ratownik, chwalac nasza odpowiedzialnosc, ze nie poszlismy w gory w tych potokach deszczu. Poleca tez ostatnie gospodarstwo przy szlabanie, aby tam kupic mleko, ser czy ziemniaki. Faktycznie są tam tansze niż w sklepie, gratis dostajemy jeszcze sól malowniczo zawinieta w gazete oraz zielona cebulke i koperek.
Można tu także zanocowac jakby kto chcial- dużo taniej i sympatyczniej niż w lokalnych pensjonatach.
W ulewnym deszczu rozpalamy dymiace ognisko i owinieci w nieprzemakalne ubranka brodzimy w błotnistym igliwiu piekąc ziemniaki, degustujemy lokalne wina i słuchamy opowiesci Piotrka o czasach wojska..
![]()










Odpowiedz z cytatem