Kiedyś - równe 10 lat temu pokonywałam odcinek tego szlaku niebieskiego od Przemyśla do Krasiczyna rowerem, z nieletnimi dziećmi.
Zwiedziliśmy fort Prałkowce i zjechali do szosy przepiękną drogą forteczną (marzenie rowerzysty).
W drugiej części szlak był poprowadzony całkiem inaczej niż dziś - najpierw szosą do Tarnawiec a potem szedł samym brzegiem Sanu.
W którymś momencie okazało się że do dyspozycji do marszu mam ścieżynkę szerokości 30 cm a rower prowadziłam już w Sanie, dzieci za mną - też.
Do góry wcisnąć się roweru nie dało (metodą Wojtka), bo skarpa nad Sanem była niemal pionowa.
W końcu dopchaliśmy te rowery do Krasiczyna, między drzewami prześwituje już zamek i widać w lesie jakieś domki campingowe. Wprost do rzeki prowadziła droga. Weszłam na nią pchając rower i wpadł mi po osie do gęstego błota, ja zaś po kolana, syn za mną, też wpadł po kolana, w błocie został mu but zaś rower mu się przewrócił i ugrzązł kierownicą w błocie.
Drugi młody pozostał nieco z tyłu i nie wpadł.
Jakiś nieznany a uprzejmy pan sam zdjął buty wszedł po kostki do błota i pomógł nam wyciągnąć z niego nasze rowery.
Po czym w ogrodzie zamkowym w Krasiczynie (zamek był już zamknięty) umyliśmy nogi oraz buty w fontannie i wypłukali w niej skarpetki.
Po czym szosą wróciliśmy do Przemyśla gdzie mieliśmy noclegi w tamtejszym PTSM.
Przed wejściem do schroniska trzeba było jakoś oczyścić rowery z błota, więc na głównej ulicy pod stojącą tam pompą zaczęliśmy je myć.
Na co podszedł pan ze Straży Miejskiej i zapytał "co pani tu robi".
Na co ja "przecież widać, że myję rower".
Mycie było już na ukończeniu, resztę błota można było sobie darować, mandatu nie dostaliśmy.
B.


Odpowiedz z cytatem