цей центр села Шибене - сказав водій
Oto centrum Szybennego - powiedział kierowca busa zatrzymując się przed szlabanem.
.

.
Szybene , to taki koniec świata, a zarazem centrum. Stąd w okresie międzywojennym najłatwiej było trafić na trójstyk granic
Polski - Rumunii - Czechosłowacji
Dziś pozostały granice, ale zupełnie inne, a pilnują ich też pograniczniki, jak za dawnych lat.
Gdy nas zobaczyli uśmiech zagościł na ich twarzach : wreszcie będą mogli sobie kogoś skontrolować, bo od dwóch tygodni nikt obcy się nie pojawił.
Młody mundurowy, który zgodnie z regulaminem marzł w tej zielonej budce (nie mylić z producentem lodów z Mielca) wyskoczył sprężyście
i zażądał dokumentów , dopytując się dodatkowo czy "propusk" u nas jest ?
Nie, nie mieliśmy żadnej przepustki i nie zgłaszaliśmy swojego przybycia w kwaterze głównej.
No to muszę wezwać oficyjera.
Przybył, raz dwa, przedstawił się owszem i bardzo grzecznie kazał nas spisać co byśmy mogli ruszyć w góry.
Ale, ale ..... powiedział żebyśmy poczekali, bo zaraz przyjdzie direktor parku narodowego i udzieli nam wskazówek.
Ani żeśmy się nie obejrzeli a już przyszedł człowiek, przywitał się i przedstawił jako dyrektor wypytując o kierunki naszego marszu.
Czuliśmy się zaszczyceni, bo na ten przykład w Bieszczadzkim Parku nigdy nie dostąpiliśmy zaszczytu powitania przez dyrektora.
Wypytał nas szczegółowo i udzielił dobrych rad aby zachowywać się rozsądnie żeby nas na wiosnę nie szukali.
Zapytał nas czy mamy komórki, ale zapomniał dodać że nie ma tu zasięgu, (nie mówiąc już do kogo mielibyśmy dzwonić)
Zresztą nie oczekiwaliśmy opiekuńczej rączki gopru, że nas wyciągnie z zaspy, jak zgubimy buty.
Ostatnie zakupki w sklepiku i ruszamy w głąb dolinki wytyczonej dopływem Czeremoszy, dopływem o nazwie Szybene, na którym
najdłużej fungowała klauza Szybene tworząca niepowtarzalny klimat spływów, spławów drewna.
Idziemy w kierunku gdzie kiedyś istniała ta klauza.
To przysiółek Pohorylec
.


Parę zabudować , daleko za końcem świata, dziwne że ktoś tu żyje.
Tu zakładamy rakiety bo śniegu dość.
Jest możliwość zostawić swój ślad na ziemi.
.


Śnieg miękki, chętnie przyjmujący nacisk obcych turystów, ale te 20-30 cm przyjmujemy z pokorą,
ostatecznie po to żeśmy tu przybyli aby zobaczyć BIEL.
Krok , po kroku i wciskamy się między góry.
Odcinek do klauzy przewodniki opisują że trzeba na niego poświęcić 1,5 godz. Nam to zajęło 3,5 godz.
Już wiemy że nie będzie łatwo, a nawet może być trudno.
Dochodzimy do miejsca, gdzie tabliczki leśnictwa zakazują kontaktu z rybami.
Nasz Komisarz von Ryba jest wielce niezadowolony. Jak to bez ryb ? jak tak można żyć.
Głębokie dysputy ustalają kierunek marszu, wychodzi na to że prowadzi stromo pod górkę, tyle że wcześniej trzeba pokonać potok.
Bazyl idzie na stracenie, stąpa miękko po tym potoku, licząc że kra się nie zapadnie, bo kąpiel w tych warunkach nie jest pożądana.
Udało się.
Pozostali ruszają jego śladem, ale pora jest nieciekawa.
Minęła 15-sta, a więc nie zostało zbyt wiele czasu.
Grupa szturmowa ostro wspina się w górę osiągając za jasności poziom 1200 m.
Dużo ?
Szybene jest na 850 , więc trochę jest, ale do Słonia jeszcze sporo, przecież on siedzi powyżej 2000 metrów
Decyzja jest, jedyna sensowna , rozbijamy obóz.
.

.
Domki stoją, więc możemy się asymilować
i tu przydało się to co tak zainteresowało Tomasa Pabo
..bardzo jestem ciekaw owego ''domowego wyrobu
Uspokoję Cię, wszelkie wyroby były przyjmowane zgodnie i te domowe i te przemysłowe.
A na przepitkę pyszna jest herbatka,
ale nie taka pierwsza, lepsza, jeno czarnohorska, z topionego śniegu, z dodatkiem ułomków gałęzi świerkowych.
Ach, jakiż to niepowtarzalny aromat !!!
.