Na dole okolica wyglądała znajomo: most nad rzeką i ciągnąca się kilometrami wieś. Tym razem była to Ludwikówka (Myśliwka). Z każdym krokiem po wyłupanym asfalcie oddalaliśmy się od gór i myśleliśmy o pogrążeniu się w luksusie...Najpierw załapaliśmy się na sklep, który ukoił nieco nasz smutek...Sam widok schodzących "jagodziarzy" (czy też "borówkarzy";-) z gór dodał nam otuchy. Jagodziarze oddali bańki do skupu, po czym ruszyli do baraczku na piwko. To my za nimi:-)
Siedliśmy zgodnie pod płotem i nic nie mówiąc sączyliśmy zimne, patrząc o zachodzie słońca na to co przed nami, a właściwie za nami...
Potem powlekliśmy się dalej, a towarzyszyły nam miejscowe pieski. Minęliśmy „zamek obronny” - miejsce wypoczynku oficjeli ukraińskich i lądowisko dla śmigłowców. Po czym kawałek dalej wpadliśmy w pułapkę dla turystów. Tak, daliśmy się złapać, bo nasza czujność cywilizacyjna była uśpiona. Trafiliśmy na nocleg w miejsce drogie i dziwaczne. Po nieudanej kolacji postanowiliśmy powrócić do baraczku na piwo. I to co lubię w tych wioskach - jak pojawia się klient to sklep się otwiera;-)
Wzięliśmy złociste na miejscu i zrobiliśmy wywiad względem komunikacji dnia następnego.
Informowała nas zza płotu cała rodzina pani sklepowej w humorach wieczorowo-świątecznych;-) Nie byliśmy pewni naszego porozumienia, ale ustaliliśmy, że rano będzie jechał autobus do Lwowa...
I był! Wszystko się zgadzało. A potem to już nas nieubłaganie wiozło ku granicy, na której poczuliśmy, co znaczy przejście piesze...Już rozumiem te całe torby z prażonym ziarnem słonecznika;-)
A i tak powrót był udany, bo trwał całe trzy dni, przebiegał przez Przemyśl, Pogórze i Bieszczady:-)


Odpowiedz z cytatem
