Pomimo długiego dnia wczorajszego szybko udało nam się pozbierać, spakować co potrzebne i wyruszyć w drogę... na stopa złapałyśmy busik... nic innego jakoś nie chciało się zatrzymać.. ale za to dowiózł nas do Wołosatego i wysadził u stóp TARNICY :) Pierwszy raz szłam od tej strony a w ogóle to moje drugie wejście na Tarnicę.. pierwszy raz byłam... 6 lat temu, wtedy kiedy to pierwszy raz byłam w Bieszczadach w ogóle... z tym że wtedy wchodziliśmy z Ustrzyk i przez Tarnicę, Halicz i Rozsypaniec do przełęczy Bukowskiej i do Wołosatego a z Wołosatego busikem do Ustrzyk...

Pogoda jest rewelacyjna!! :)


już na początku ubieramy krótkie spodenki bo słońce jak w środku lata... jeszcze nie wiemy że na górze wiatr głowy urywa (prawie)



jesteśmy coraz bliżej... na trasie mijamy parę młodą.. ona w sukni białej i w ciężkich butach, on w garniturze... wiatr trochę popsuł jej fryzurę



widać różnicę między Tarnicą teraz a Tarnicą z 2006 roku... a barierek powstaje coraz więcej bo już na wyjściu z lasu chłopaki działali i robili cd. drewnianych płotków...


robimy sobie z Magdą wspólne zdjęcie... chociaż nie lubię być po tamtej stronie obiektywu ale marudziła że chce ze mną zdjęcie

dla porównania zdjęcie z mojego pierwszego razu i ostatniego latem... chociaż teraz też pomimo że to był środek tygodnia to ludzi było sporo...


na przełęczy po zejściu z Tarnicy dylematy... wieje... robi się późno... w Ustrzykach czeka Piskal i reszta ekipy... Bukowe Berdo nie zdobyte... co robić...
wspólnie podejmujemy decyzję że Bukowe odpada... po raz kolejny nie udało mi się tam wejść... za każdym razem jak jestem w B. mam tam iść i za każdym razem się to nie udaje... no ale nic, wiem już że i tym razem jak pojadę ( o retyyy za tydzień o tej porze mam być w Bieszczadach :D ) to też na Bukowe nie wejdę :D ale to co.. wejdę może jesienią... albo jak się uda na KIMB przyczłapać :)
wybieramy drogę przez Szeroki Wierch... idzie się fajnie.. szczególnie jak są momenty z wiatrem:) idziemy razem ale osobno...



aż nie chce się wracać na dół...



a tutaj bardzo żałowałam że nie mam ze sobą mojego rowerka... oj jaki piękny zjazd by to był...



W Ustrzykach jesteśmy ok 17... i kolejny dylemat... wracamy do "domu" ostatnim busikiem czy idziemy na piwo z chłopakami... nie wiem co pomaga podjąć decyzję ale decyzja pada na busik i piwo na werandzie Cieniu PRL :)
jednak przed ostatecznym wejściem do busika moja aspołeczność podpowiada że może chociaż wyściskać się z chłopakom bo już raczej się tej jesieni spotkać nie planowaliśmy... więc zostawiamy Monikę "w zastaw" u pana busika i z bieszczadzką tęsknotą ku wielkiemu zdziwieniu Piskala wchodzimy do zajazdu pod caryńską i tak szybko jak wchodzimy tak szybko wychodzimy... bo przecież Monia czeka :)

kolejny dzień udany... szkoda że tak szybko się skończył...