Wróciliśmy!
Cała wyprawa udała się w stopniu celującym, ale jednak rywalizacja Bieszczady vs. My zakończyła się chyba remisem. Ale po kolei:
W czwartek, po całonocnej jeździe samochodami, ok. 7.30 rano dotarliśmy do Ustrzyk Górnych. Na placyku przed sklepem szybkie przebranie się i "uzbrojenie" w stop - touty (w sumie nie wiem jak poprawnie się to pisze - ochraniacze na nogawki i obuwie :p). Jeden samochód został pod Zajazdem pod Caryńską, drugim, na dwie tury pojechaliśmy do Wołosatego. Pierwotny plan przewidywał wejście na Tarnice niebieskim szlakiem i zejście przez Szeroki Wierch prosto do Ustrzyk. Już pomiędzy cerkwiskiem w Wołosatem, a początkiem lasu Bieszczady pogroziły nam palcem. Nawet w rakietach (miał je jeden z naszej siódemki) zapadliśmy się po kolana. Ale - cóż - idziemy. Po ponad dwóch godzinach doszliśmy na Przełęcz pod Tarnicą (Sidło). Na górze - śnieg dość zmrożony, więc nawet zapadanie się nie doskwierało, ale za to widoczność na max. 5 metrów, a szlak na Szeroki Wierch nieprzetarty. Decyzja - wchodzimy pod krzyż na Tarnicę. NIE MOGLIŚMY ZNALEŹĆ KRZYŻA - taka była mgła, ale jednak się udało. Jesteśmy na szczycie. 1 : 0 dla nas. Mgła powoli ustępuje. Schodzimy na przełęcz - szlak nieprzetarty, a my jednak bardziej zmęczeni niż planowaliśmy. Decyzja - schodzimy do Wołosatego - 1:1. W drodze na dół zaliczyliśmy sobie dłuższą posiadówkę pod wiatą, pojedliśmy czekoladę i odpoczęliśmy. W dwóch podgrupkach zeszliśmy na dół i na dwa kursy wróciliśmy samochodem do Ustrzyk.
Zameldowaliśmy się w Zajeździe pod Caryńską.
O Zajeździe - Moim subiektywnym zdaniem: REWELACJA. Udało nam się dostać pokój 5 osobowy z dwiema dostawkami (rezerwowany ok. 2 tygodnie wcześniej) za bardzo atrakcyjną (jak na warunki oferowane przez zajazd) cenę - 35 zł/os.
Pokój - luksus: wygodne bardzo szerokie łóżka, dwie dostawki na materacach też wygodne, telewizor z dostępem do internetu i duża łazienka.
Po chwili odpoczynku zeszliśmy na dół do części restauracyjnej na obiad. Ceny dań obiadowych akceptowalne, piwko po 5 złotych, wiśniówka po 3 zł. Po obiedzie krótka sjesta i potem powrót do gospody gdzie do wieczora trwała biesiada przy gitarze. Poza nami było kilka osób, dwie zapadły w pamięci szczególnie - Simon - Angliko - Szkot (poplątana historia), który przyjechał w Bieszczady obserwować przyrodę (sam chyba był ornitologiem), zauroczony klimatem bieszczadzkich wieczorów przy gitarze i niejednym kufelku piwka oraz Roman - poeta, pieśniarz i gawędziarz. Nie mówił zbyt wiele o sobie, ale słuchanie Go było czystą przyjemnością. Mocno rozbawieni (może aż za mocno :) ) poszliśmy spać. 2 : 1 dla nas.
Dzień drugi. Pierwotny plan - wchodzimy na Wielką Rawkę od strony Ustrzyk i schodzimy przez Małą do bacówki.
Wstaliśmy zdecydowanie za późno i nie bez problemów udało nam się być gotowymi do ruszenia ok. 10.30. Pogoda zdecydowanie zła - mocno sypie śniegiem, duża mgła. Zmiana planów. 2:2. Chcemy dojechać do Wetliny i wejść na Przełęcz Orłowicza, odpocząć w Chatce Puchatka i zejść do Berehów. Za Berehami, a podjeździe na przełęcz Wyżniańską dalsza jazda samochodem bez łancuchów niemożliwa. Zawrotka, powrót. 2:3 dla Bieszczadów.Parkujemy na Przełęczy Wyżnej. Niżej podpisanego wykończył spacerek tylko do schroniska (jakiś kryzys krótkotrwały). POd schroniskiem decyzja - czterech chętnych idzie na Małą Rawkę, trzech pozostałych grzeje ławę w schronisku. Po około 3 godzinach, grupa atakująca Małą Rawkę wróciła zdobywszy szczyt. Wynik 3:3. Wieczorem kolejna biesiada z gitarą i złocistym płynem i znowu poznane nietuzinkowe osoby - pozdrawiam Andrzeja z Kielc, jeżeli tutaj zagląda - rozmowa z Tobą była czystą przyejmnością!.
Dzień trzeci: wstajemy w miarę wcześnie, szybkie śniadanko (jajecznica w Bacówce pod Rawką ma magiczny smak) i schodzimy na parking. W samochodach zostawiamy wszystkie zbędne rzeczy i minimalnie obciążeni atakujemy Połoninę Caryńską. Z Przełęczy Wyżnej szlak był trochę przetarty. Było ciężko, piszący te słowa miał duży kryzys przed samym szczytem, ale się udało. Na górze piękne widoki (jak to z Caryńskiej) ale przepotężny wiatr i temperatura odczuwalna chyba -35 stopni. Najpierw poszliśmy w lewo - na szczyt, potem zawróciliśmy i grzbietem Caryńskiej przeszliśmy aż do zejścia niebieskiego szlaku w kierunku Przysłupu Caryńskiego i schroniska Koliba. Okazuje się że szlak nieprzetarty. Na siedem osób tylko jedne rakiety. Ale cóż - IDZIEMY. Było krytycznie ciężko i po ponad 3,5 godzinie ostatkiem sił doczłapaliśmy się do Schroniska Koliba (jedni trochę szybciej, inni trochę wolniej). 3:4 dla nas :) .
W nowej Kolibie byłem pierwszy raz. Skandalem (ale z przymrużeniem oka) okazał się brak piwa - właściciel obiektu - Politechnika Warszawska zakazała sprzedaży. Nie umiem wyobrazić sobie racjonalnych argumentów stojących za tą decyzją. Poza tym istotnym mankamentem, samo schronisko bardzo miłe. Ze zdziwieniem odkryliśmy, że pomimo ostatniego weekendu ferii w schronisku byliśmy sami.
Obsługa schroniska przemiła. Jedzonko (pomimo bardzo skromnego menu - fasolka, bigos, pierogi) pyszne. Do późnego wieczora, po odpoczynku rozgrywaliśmy turniej brydża.
Ostatni dzień - decyzja - staramy się jak najwcześniej wyjechać. Pobudka pierwszej grupy o 5:30, o 6:00 wymarsz w stronę Bereżek, a potem Ustrzyk po samochody. Druga grupa wymaszerowała około 7:30 i tym sposobem parę minut po 8:00 w komplecie wyruszyliśmy z parkingu w Bereżkach w drogę powrotną.
Był to mój trzeci zimowy i nie wiem który ogólnie wyjazd w Bieszczady. Towarzystwo doborowe, sprzęt i ekwipunek się sprawdził. Plany zrealizowane w mojej ocenie w 65 - 70 % - jest powód, aby wrócić w końcu zdobyć Wielką Rawkę zimą od strony Ustrzyków.
Zdjęcia będą - jak będą.
Pozdrawiam
sz


Odpowiedz z cytatem