Wiem, że dla wielu będzie to nudne, ale jakoś nie mogłem się powstrzymać...
Wczoraj musiałem w mieszkaniu moich Rodziców trochę pogrzebać w mych starych książkach i czasopismach. W jednym z kartonów z czasopismami sprzed ćwierćwiecza znajdowała się ponad setka zeszytów niewydawanego już drukiem od lipca 1991 r. "Gościńca" - "Miesięcznika Turystów i Krajoznawców"; wydawcą był Zarząd Główny PTTK). Zacząłem przeglądać niektóre numery pisma. Pozapominane - ale jakby znajome - teksty... Pozapominani - ale jakby znajomi - autorzy... Piszący o górach, dolinach i morzu, o Kolbergu i generale Zajączku, o Kukuczce, Orłowiczu i Bonattim...
Rzeczy nieaktualne oraz aktualne zawsze...
W numerze 140-141 z lutego-marca 1981 r. natknąłem się, na s. 28, w dziale Recenzje, na stosunkowo krótki tekst. Był to artykuł, sygnowany tylko inicjałami autora (T.K. - współpracujący niegdyś z "Gościńcem" Tomasz Kowalik, na którego obszerniejsze teksty można natrafić chociażby na łamach "Wierchów"), a zatytułowany Wielka gawęda o przeszłości. Czytałem wtedy "Gościńce" od deski do deski - miałem czas, studiowałem na I roku chyba dość łatwo przyswajalnego kierunku, czyli archeologii. Duża część publikowanych w "Gościńcu" tekstów wylatywała z głowy już po pięciu minutach. Ta zaś recenzja w mej pamięci pozostała chyba na zawsze.
Lektura tekstu T.K. była to dla mnie wtedy, na początku 1981 r., prawdziwym odkryciem. Spowodowała najpierw pośpieszne i nerwowe bieganie i rozglądanie się po wrocławskich antykwariatach, a potem ustawiła w dużym stopniu "profil" moich górskich zainteresowań. Nieco późniejsze, od chwili lektury tekstu T.K., wyjazdy w góry Rumunii (od 1982 r.), znacznie późniejsze Ukrainy (od 1990 r.), to chyba konsekwencja tego czegoś, co wtedy - w czasie czytanie tych kilkudziesięciu zdań T.K. - naprawdę mną szarpnęło. Bo czytałem wówczas, w wydawanym w socjalistycznej Polsce (ale już po sierpniu 1980 r.) "Gościńcu", o czymś mi wcześniej zupełnie nieznanym. Egzotycznym i tajemniczym... A mimo to bliskim, może z racji karpackich korzeni mojego Taty, i jednocześnie jakże odległym. Wtedy - w 1981 r. - prawdziwie nierealnym...
Tekst Wielka gawęda o przeszłości był recenzją wydanego w końcu 1980 r. przez Instytut Wydawniczy "Pax" I tomu dzieła życia Stanisława Vinzenza - "Na wysokiej połoninie - prawda starowieku. Obrazy, dumy i gawędy z Wierchowiny Huculskiej". Słyszałem wcześniej nazwisko autora, uszeregowane w ciągu naszych emigracyjnych literatów, filozofów i historyków gdzieś tam obok Miłosza, Giedroycia i innych. Ale mimo wszystko mniej znanego... Bo przecież Nobel dla Miłosza, bo przecież paryska "Kultura" Giedroycia, bo jeszcze coś innego... jakoś to bardziej działało na nasze uczniowskie i wczesnostudenckie umysły oraz nasze emocje niż praktycznie nieznane nam teksty jakiegoś tkwiącego gdzieś na szwajcarskiej prowincji prozaikopoety, etnografa i filozofa.
Tekst recenzji "Starowieku" przepiszę. Dla mnie ważny, może i kogoś poruszy - bardzo bym tego pragnął.
"Mało kto dziś na własnych nogach pójdzie tam, gdzie wiodą owiane legendą szlaki pośród Huculszczyzny, Pokucia, Czarnohory. Pozostały nam opowieści weteranów szlaku, dawne przekazy pisane i nieliczne relacje współczesnych wędrowców. Nie może być inaczej. W tym roku otrzymaliśmy od wydawców dwie niezwykłe pozycje, których autorem jest Stanisław Vinzenz: "Z perspektywy podróży" i "Na wysokiej połoninie". Pierwodruki tych książek ukazały się przed wojną, a druga z wymienionych tu pozycji dopiero obecnie wyszła w pełniejszej wersji, poprawionej przez autora, zmarłego w 1971 r. na emigracji. Stanisław Vinzenz należy do tych autorów, których pamiętają nieliczni. Leksykon PWN poświęca mu kilka uwag, m.in. informuje, że był tłumaczem, eseistą i filozofem, po wojnie przebywającym na Węgrzech, we Francji i Szwajcarii.
Czymże jest "Na wysokiej połoninie"? Opowieścią z przeszłości, dokumentem folklorystycznym, reportażem z Huculszczyzny? Trudno określić jednoznacznie. Krytycy prac Vinzenza mówią, że nikt nigdy o górach nie pisał w języku polskim tak, jak on. Istotnie, dopiero pełna lektura, niespieszna zaduma nad tymi kilkuset stronami pozwala zrozumieć wielkość jego pisarstwa, wartość "Na wysokiej połoninie" jako opisu egzotycznego dla nas regionu. Mamy tylko w powszechnym użyciu nieskończoną liczbę mitów, wspieranych niepełnymi relacjami z literatury turystycznej. Vinzenz dał nam dzieło, które wytrzymuje porównanie tylko z "Chłopami" Reymonta.
Opowieść lub wielka gawęda - takie określenia przybliżają czytelnikowi to dzieło o Huculszczyźnie, ziemi i ludziach, mitach, wierzeniach, obrzędach, codziennym bytowaniu pośród odwiecznych puszcz i połonin. Trudno oprzeć się zachwytowi, gdy z kart tej wielkiej sagi huculskiej wyjdą ku nam: przyroda gór, obyczaj ludu, niezwykły dźwięk mowy, prastare wierzenia, opisy redyków, spławu drewna, wypasu bydła, budowy domów, tańca odświętnego. Ale przecież po pewnym czasie przychodzimy do siebie po tym zauroczeniu, bo to nie miał być pokaz egzotyki, to nie miała być encyklopedia folkloru. Stanisław Vinzenz dał nam niezwykły dokument, zapis własnych myśli i wspomnień stamtąd, jedyny tak obszerny dowód bogactwa kultury ludu z legendarnej krainy borów i podniebnych połonin.
Na czym polega wartość tego dzieła w literaturze? Na pełni przekazu, na pełni języka, na pełni życia, które postanowił dać autor. Tam się urodził w roku 1888, tam dojrzał, tam zaczął rozumieć, iż stary świat huculski już odchodzi w przeszłość. Wraz z autorem wstępujemy nie tylko w gąszcz problemów człowieczych, ale i zjawisk przyrodniczych, niemal wprost w karpacką puszczę, uroczyska, bory przepastne, jakie mogą się ostać tylko w legendach i bajach. Gdy jeszcze nauczymy się słuchać tonacji, gdy zrozumiemy więcej niezwykłych słów zapomnianej polszczyzny kresowej, wówczas obraz połoninnego kraju ukaże się nam w pełni. Ale ciągle będzie brakować tych realiów, jakie tylko autorowi od dzieciństwa były dostępne. On nawet po latach musiał je zachować w bogatej pamięci i może właśnie dlatego w ostatnich latach życia pokusił się o uzupełnienie "Na wysokiej połoninie", dodając barw swej opowieści.
Trudno uznać dzieło Stanisława Vinzenca za literaturę turystyczną, byłoby to niepotrzebne spłycenie. Ale ta opowieść o Huculszczyźnie jest lekturą dla turysty, zwłaszcza tego który choć kilka razy przemierzał karpackie drogi. Znajdzie on w dziele Vinzenza odbicie swych myśli. To połączenie mitu i prawdy jest ucztą krajoznawczą i "prawdą starowieku", jak zatytułował dodatkowo swoje dzieło Vinzenz. (T.K.)"
![]()



Odpowiedz z cytatem
Zakładki