Po wizycie na cmentarzu zostały nam jeszcze dwa punkty do odwiedzenia. Pierwszym było cerkwisko w Woli Michowej. I tu również przyroda nie pozwoliła na poszukanie śladów przeszłości, za to pokrzywy na łące bardzo chciały wspomóc moją odporność. Ale był jeden plus z odwiedzenia cerkwiska - po drodze był niewielki stawek, w którym mój towarzysz mógł się ochłodzić.
Od cerkwiska kawałek maszerowaliśmy drogą by później skręcić w stronę przełęczy Żebrak - miałem w planach odwiedzenie kirkutu. Czytając o nim wiedziałem, że nie będzie łatwo do niego dotrzeć, ale nie myślałem, że będę musiał nadłożyć aż tyle drogi. Nie udało się pójść na przełaj, bo były ogrodzone pastwiska dla koni a dalej dość strome i zarośnięte zbocze potoku. W pewnym miejscu zobaczyłem przybitą do drzewa deskę z mocno już zatartym napisem "CMENTARZ" ale kierunku za bardzo nie pokazywała a i ścieżki nie udało mi się wypatrzeć. Doszliśmy do mostu, z czego towarzysz był zadowolony, bo mógł się zmoczyć a ja uzupełniłem wodę przeznaczoną dla niego na koniec wędrówki. Za mostem przeszliśmy przez łąkę i po pokonaniu elektrycznego pastucha mogliśmy już ciągnąć w stronę położonego na grzbiecie kirkutu. Kirkut niestety jest dostępny dla koni i jego dewastacja postępuje.
Pierwotny plan, by na przełaj iść w stronę kościoła w Woli Michowej odwidział mi się i wracając prawie po śladach doszliśmy do drogi głównej. Stamtąd zostało nam jeszcze ponad 2km bicia asfaltem i wreszcie mogliśmy odpocząć w cieniu pod wiatą na parkingu.
A wracając do tytułu - dla mnie nie było to odfajkowanie terenu, którego jeszcze nie znałem. Znalazłem to, co chciałem znaleźć, dodatkowym bonusem obdarzyła mnie przyroda. Tak wybrana trasa również pozwoliła na wędrówkę z dala od ludzi. Tytuł taki przyszedł mi do głowy przyglądając się zachowaniu napotkanych w Balnicy rowerzystów.
A spoglądanie na cyferki (o czym kiedyś don Enrico pisał) utwierdziło mnie w jego trafności.


Odpowiedz z cytatem