SOBOTA - 17 sierpnia
Obfite śniadanko to podstawa.
Zbieramy się do dalszej wędrówki. Bieszczady w tym okresie są żółte, opanowała je rudbekia naga, rośnie gdzie tylko może.
Docieramy do Tworylnego, niestety latem nie ma tu wielkiego uroku, wszystko zarośnięte zielskiem wszelakim.
Ruin zabudowy gospodarskiej prawie już nie widać.
Wychodzimy na stokówkę, mijamy wypał drewna, który musiał zakończyć żywot jakiś czas temu.
Z domowego archiwum wygrzebałem fotkę sprzed lat, gdy praca furczała.
Jest gorąco, dobrze po drodze spotykać wodospadziki.
Z mostu można podziwiać Smerek w oddali.
Marsz kończymy nad potokiem w dawnej wsi Zawój. Jedni wolą leżeć plackiem na słońcu.
Inni wolą kąpiel i poleżeć w cieniu.
Wieczorem ognisko i sen w wiacie.
NIEDZIELA - 18 sierpnia
Nie ma to jak sen na świeżym powietrzu i szum potoku.
Pakujemy graty i powoli trzeba się kierować do auta.
Udaje nam się być przy osuwisku w Sinych Wirach, gdy jeszcze nie dotarły tłumy. Nawet kąpiel była. Szkoda, że dawne Jeziorko Szmaragdowe znikło, fajne było pływanie.
Im bliżej samochodu tym więcej ludzi mijamy. Ostatni łyk wody ze strumyka.
Przy parkingu istny armageddon samochodowy, parking pełny i auta stoją gdzie tylko mogą. Pakujemy plecaki do auta i żegnamy Bieszczady.
Nie było nic odkrywczego, ale miło było spędzić te kilka dni na takim łażeniu. Liczę, że jesienią uda się pojechać w jakieś sensowniejsze góry.
KONIEC


















Odpowiedz z cytatem