Hej:D
No Marcowy, czyta się Ciebie z zapartym tchem :) Może dlatego, że co i rusz widzę siebie w podobnych sytuacjach, kiedyś tam, kiedyś? Wspaniała wyprawa i wspaniała opowieść, bo wywołuje masę wspomnień:) Ta grupa z księdzem - sam widziałem takich ludzi ze trzy razy:D Zaczynali od UG Carynę, spadali do Berehów i na smaczek robili Wetlińską nieświadomi tego, że można inaczej (czyt. krócej):D Dwa razy to byli 'szkolniki', a raz tzw firmowy obóz integracyjny. Co do mocy własnych - na lekko w ostatnie lato przeszliśmy z Czartem traskę Wyżnia-Chatka-Berehy-Caryńska-UG, co zważywszy na moje lata możnaby wobec tego zaliczyć do wyczynów hardcorowych <lol> Jednakże jakoś umęczony się nie czułem po wszystkim pomimo tego, że trwał okres wielkich upałów. Na górze było zacnie, jakieś 21-23 stopnie, obaliłem około 4,5 litra mineralnej, było pusto, było ślicznie...
Mam znajomą, która wręcz biega po górach. Kiedyś z córką i grupą koleżanek z pracy przemierzała Bieszczady bazując właśnie w UG, jak i ja. Któregoś dnia spotkałem ją na Wyżniańskiej tak około 10 rano. Zameldowała, że właśnie zeszły z Rawek i idą na Caryńską. Przy wieczornym winku w UG usłyszałem, że '...Chatka Puchatka ma takie ładne okna od frontu...'. O mały włos nie połknąłem kieliszka z wrażenia :P
A profesorka w PTTK-u to chyba moja dawna wychowawczyni z liceum Potrafiła bandę rozigranych po klilku głębszych młodzieniaszków ustawić w kilka sekund :D A spróbowałby który kosz na głowę jej nasadzać;> No, może trzeba by takim nauczycielom stawiać pomniki?
Co zaś do kieratu... gdy jeszcze w bagnie postawiony, to już jak przedsionek piekła :P Zawracaj do gór Marcowy...:)