Nie ma nikogo, to nie ma! Wczułem się więc w rolę gospodarza i przygotowałem wszystko do noclegu. Niestety do wieczora nikt nie przyszedł, więc ostatnią przytarganą w plecaku ćwiartuchnę zeszłorocznej wiśniowej naleweczki, charakteryzującej się wspaniałą, lekko korzenną nutą wytrąbiłem sam, wznosząc toasty ku mrocznym ostępom leśnym, z których dobiegało wspaniale głośne puchanie puchacza. Osuszywszy źródełko, zapakowałem się pod puchową kołderkę i po chwili nynałem jak niemowlę.
Nagle, w środku nocy zerwałem się krzycząc: orzesz ty! frańco kudłata!!!
To moje ciut impulsywne zachowanie spowodował potworny szelest (jeśli szelest może być potworny?) tuż obok głowy. W izbie było prawie całkiem ciemno, w kominku już przygasło a kontaktu nie znalazłem. Zaświeciłem więc latarkę, ale wokół panowała już cisza i spokój. Kładąc się spać wieczorem, zapomniałem swoje zapasy jedzenia odpowiednio zabezpieczyć i zostawiłem wszystko w reklamówce na stole, tuż u wezgłowia łóżka. A wiadomo, zwierz kudłaty w nocy nie śpi, tylko czuwa i poluje. Mea culpa! Czego nie zrobiłem wieczorem, musiałem teraz. Wygramoliłem się z wyrka, zapasy zawiesiłem na wbitym u powały gwoździu, dołożyłem drew do kominka i z powrotem myk pod pierzynkę.
Trrrrrr, Trrrrrr, Trrrrrr.....dzięcioła poranne stukanie niosło się po lesie.
Z kubkiem gorącej kawusi wyszedłem przed hacjendę powitać nowy dzień. Bezchmurne niebo zapowiadało wspaniałą pogodę (foto_20).


Odpowiedz z cytatem