Dzień 3
Kelimeński wschód słońca... podziwiali go Marcin i Ewa... oczywiście nas nie obudzili. Dodatkowo trafiła się im jeszcze inwersja... yh :P...Wieczorny chłód zamienił się w poranny ziąb... Oczywiście na taką pogodę najlepszy jest żurek :), a jeszcze z jajeczkiem i podsmażoną kiełbaską...poezja :). Gotowanie jaj powierzyłam Marcinowi :D...no jakby nie było poważna sprawa ugotować jaja na twardo :P. Zapach zwabił tym razem „prawdziwego rumuńskiego mężczyznę” :P... Po złożeniu obozu ruszyliśmy w stronę szlaku na Pietrosul.
Porzuciliśmy auto gdzieś na poboczu i obraliśmy słuszny kierunek. Jakież było nasze zdziwienie, gdy ujrzeliśmy piękną dolinę, która dzieliła nas i cel naszej wyprawy... Ze względu na to, iż dotarcie do szczytu zajęło by nam mnóstwo czasu, którego nie mieliśmy, pozostaliśmy przy podziwianiu widoków ze szlaku, podskokach, no i o dziwo zbiorze maślaków :D... W tak zwanym międzyczasie Marcin zdobył Pietricelul, pod którym urządziliśmy sobie posiedzenie :). Gdy on się drapał gdzie go nie swędzi, my dumaliśmy nad możliwością dojechania do kopalni siarki, która była tuż obok. Zboczem wiła się droga i przyjęliśmy, że właśnie nią przeniesiemy się na Marsa.... :)
Wróciliśmy do autka i rozpoczęła się nasza „kosmiczna” podróż :). Ową wijącą się drogą dotarliśmy do sporego placu, który powstał z materiału wywożonego z kopalni. Wielka żółta tablica przy wjeździe, prawdopodobnie ostrzegła nas przed zapuszczaniem się w marsjański krajobraz, a już na pewno przed podnoszeniem czegokolwiek z ziemi. Dalej wybraliśmy się na piechotkę…Po kilku chwilach dotarliśmy do skraju wyrobiska. Autentycznie krajobraz zmienił się nagle w surowy i nieprzyjemny, ale zmasakrowana góra i tak ukazała nam swoje piękno…przeróżne odcienie skał cudnie kontrastowały z szafirowym niebem :)…Oczywiście sesja foto ufoludków nad samym urwiskiem… Już wcześniej ustaliliśmy, że zostaniemy na kolejny biwak również w tych górach, więc przyszedł czas na wybranie miejsca na obóz. W trakcie wyprawy do kopalni upatrzyliśmy półeczkę z w miarę równym terenem i tam właśnie się skierowaliśmy.
Udało nam się zjechać na wybrane miejsce i powoli, bo dziś wyjątkowo wcześnie, zabraliśmy się za przygotowanie obozowiska. Marcin poczuł niedosyt poznawczy i wyruszył w teren z przykazaniem przytaszczenia kijków do kiełbasek. Po wstępnym ogarnięciu biwaku, przyszedł czas na prysznic…miałam cichą nadzieję, że woda odrobinę się nagrzała w ciągu dnia, lecz wiatry na tej wysokości nie dały jej szansy :( … Toaleta była raczej szybka, tym bardziej, że Irek przedziurawił jeden prysznic :P… Znajdowaliśmy się ponad piętrem kosówki, więc tylko na taki opał mogliśmy liczyć. Na szczęście wokół było mnóstwo suchej, wyblakłej od słońca i wiatru kosodrzewiny. Dzięki Ewie momentalnie wyrosła góra drewna, która przypominała rzucone na stertę kości. Marcin powrócił z wyprawy i postanowiliśmy zgrać zdjęcia, aby zrobić sobie wieczorem mały pokazik :)… Iras zabrał się za obieranie maślaczków, by były gotowe na śniadanko…Gdy obozowisko było już w pełni rozbite, rozsiedliśmy się w krzesełkach, by podziwiać widowisko. Mogę śmiało powiedzieć, że mieliśmy najlepsze miejscówki w okolicy… Zachód był przecudny :) … Delektowaliśmy się nim, jak kawałkiem czekolady powoli rozpuszczającej się w ustach :) … Zapłonęło ognisko szkieletów i prawie równocześnie zerwał się silny wiatr… klimacik grozy… mimo to doczekaliśmy nawet do pieczonych ziemniaków, chociaż zadek zmarzł mi niemiłosiernie :)… „ na niebie księżyc pozapalał gwiazdy…”
zdjęcia : piękny wschód z inwersją w wykonaniu Marcina![]()


… Zachód był przecudny :) … Delektowaliśmy się nim, jak kawałkiem czekolady powoli rozpuszczającej się w ustach :) … Zapłonęło ognisko szkieletów i prawie równocześnie zerwał się silny wiatr… klimacik grozy… mimo to doczekaliśmy nawet do pieczonych ziemniaków, chociaż zadek zmarzł mi niemiłosiernie :)… „ na niebie księżyc pozapalał gwiazdy…”
Odpowiedz z cytatem